Tomasz Wołek o urugwajskim i meksykańskim futbolu: Lwi pazur i ziarno fasoli

Urugwaj - Boliwia
 źródło: Pressfocus

- Urugwaj jest absolutnym fenomenem. To maleńkie państewko, które liczy niespełna 4 mln mieszkańców, a niegdyś liczyło jeszcze mniej. I oni, aż trudno uwierzyć, dwa razy byli mistrzami świata i dwukrotnie mistrzami olimpijskimi – mówi dziennikarz, znawca i miłośnik południowoamerykańskiego futbolu

JAKUB KUBIELAS: Słynny wielobranżowy artysta włoski, Pier Paolo Pasolini, powiedział, że południowoamerykańska piłka nożna, to rodzaj natchnionej poezji. Czy pańskim zdaniem takie stwierdzenie jest do dziś aktualne, czy też w czasach, kiedy większość najlepszych piłkarzy z Ameryki Łacińskiej gra i żyje w Europie, tamten romantyzm się zatarł?

TOMASZ WOŁEK: - Trzeba przypomnieć też inne słowa Pasoliniego. Mówił, że Europejczycy piłkę kopią. A Latynosi ją pieszczą. To stwierdzenie z podtekstem erotycznym, bo przecież wiemy, że jego twórczość tym właśnie była nacechowana. Może rzeczywiście niegdyś różnice były większe. Ale, mówiąc o artystach z Ameryki Łacińskiej, nie można zapominać, że Europa, w każdej epoce, miała nie gorszych wirtuozów. Fenomenalnych dryblerów, kapitalnych żonglerów piłki, takich jak Stanley Matthews, Raymond Kopaszewski czy George Best. Nie brakowało znakomicie wyszkolonych technicznie zawodników, grających na „Starym kontynencie”. Mit latynoski jest jednak do pewnego stopnia słuszny, bo oni poczynali sobie z jeszcze większą lekkością i finezją. Ale to nie jest ich wyłączna domena. A cóż dopiero, kiedy w dzisiejszych czasach absolutna czołówka piłkarzy południowoamerykańskich gra na co dzień w klubach europejskich?

 

Czyli jednak poezja Passoliniego nieco na wartości straciła.

TOMASZ WOŁEK: - Style gry na siebie nachodzą, a jedni drugich obdarzają swoimi walorami. Ekspansja jest jednokierunkowa, bo choć Europejczycy grywają w Ameryce Południowej, to skala jest nieporównywalna. Kiedyś było nieco inaczej. W czasach hiszpańskiej wojny domowej za oceanem grali znakomici piłkarze z Hiszpanii. A w latach bardziej współczesnych, to Meksyk przyciągał europejskich graczy. Przecież grał tam też nasz Grzegorz Lato, czy Jan Gomola. Próbował Jan Banaś, ale z mizernym skutkiem. Nawet w Wenezueli występował Jacek Grembocki z Lechii Gdańsk. To były jednak pojedyncze przypadki. A klasyczny jest ten z 1948 roku, kiedy argentyński klub Newell's Old Boys, ten sam, w którym zaczynał Messi, a kończył Maradona, sprowadził trzech Szkotów. Wyszedł jeden wielki niewypał i po paru meczach zostali odesłani do domu.

 

W piątek na Stadionie Narodowym w Warszawie wystąpi wielka piłkarska kultura. Może pewne rzeczy zostały zapomniane, ale witamy Urugwaj i kłaniamy się w pas.

TOMASZ WOŁEK: - Urugwaj jest absolutnym fenomenem. To maleńkie państewko, które liczy niespełna 4 mln mieszkańców, a niegdyś liczyło jeszcze mniej. I oni, aż trudno uwierzyć, dwa razy byli mistrzami świata i dwukrotnie mistrzami olimpijskimi, kiedy ten złoty medal miał swoją wagę! A ponadto 15 razy wygrywał mistrzostwo kontynentu. To są zupełnie niebywałe dokonania. Do tego dochodzą wyczyny klubowe Penarolu i Nacionalu z Montevideo, swego czasu najlepszych klubów świata. I cała galeria fenomenalnych piłkarzy. Ta drużyna, która przyjechała do Polski, to nie jest byle jaka ekipa. Zabraknie Suareza czy bramkarza Muslery. Ale mają godnych zastępców. Filarem jest na pewno Diego Godin, być może najlepszy stoper na świecie. I Edinson Cavani, który toczy heroiczną walkę o palmę pierwszeństwa w napadzie PSG.

 

Co jest największym atutem tego zespołu?

TOMASZ WOŁEK: - Przez dziesięciolecia ogromnych sukcesów Urugwajczycy dorobili się własnego stylu i wielkiej klasy. Ale ich najbardziej charakterystyczną cechą jest waleczność. Czyli słynna „Garra Charrua”, lwi pazur. Indianie Charrua, zamieszkujący w okolicach Montevideo i wymordowani w znacznej mierze przez konkwistadorów, słynęli z niebywałej wręcz waleczności. To jest znakiem firmowym zespołu narodowego. Wskutek niższej populacji, ilość dobrych piłkarzy, z natury rzeczy, musi być mniejsza. Zdarzali się oczywiście geniusze, ale braki podaży trzeba nadrabiać walką i ambicją. Do tego dochodzi świetna technika, znakomita organizacja gry. A ich trener Oscar Tabarez ma pseudonim „Maestro”. Czyli mistrz, nauczyciel. To wybitny futbolowy intelektualista.

 

Jak zatem wyglądać będzie piątkowe spotkanie?

TOMASZ WOŁEK: - Myślę, że to będzie bardzo ciekawa konfrontacja. Pięć lat temu przegraliśmy w Gdańsku 1:3 i wówczas różnica między obiema drużynami, na korzyść Urugwaju, była znaczna. Uważam, że teraz taka nie będzie. Oczywiście nie wiemy, w jakiej dyspozycji znajduje się Robert Lewandowski. Wydaje mi się, że jeżeli wyjdzie na boisko, to na 45 minut. Niemniej jednak wydarzeniem będzie z pewnością to, że na placu gry zobaczymy dwóch z pięciu, może sześciu, aktualnie najlepszych napastników na świecie. Naszego Lewandowskiego właśnie i Edinsona Cavaniego.

 

W poniedziałek zagramy z Meksykiem w Gdańsku. Zespołem solidnym, który jednak od wielu lat nie potrafi się wydostać poza 1/8 finału mistrzostw świata. Co jest z tym zespołem takiego, że nie potrafi przeskoczyć tego jednego szczebla? Od 1986 roku nie potrafią dobić do najlepszej ósemki mundialu.

TOMASZ WOŁEK: - To solidny, dobry zespół, ale ma problemy z tym, aby przeskoczyć najwyżej zawieszoną poprzeczkę. Wpływ na to, zapewne, ma siła ligi meksykańskiej. Bo o jej obliczu stanowią przede wszystkim cudzoziemcy, głównie z Ameryki Południowej. Meksykanie mają problem, aby się przebić na własnym podwórku. Wielokrotnie było to wytykane jako hamulec, który krępuje rozwój piłki meksykańskiej i narodowej reprezentacji. Inna sprawa, że nastają pewne pokolenia. W obecnej drużynie jest wielu dobrych zawodników, ale nie ma gwiazd tej miary, co Hugo Sanchez, Manuel Negrete czy Rafa Marquez. To był najwyższy poziom światowy. W tej chwili brakuje lidera. „Chicharito” Hernandez zjechał do West Hamu, bo jest to, mimo wszystko, regres. Oczywiście grają Meksykanie w porządnych klubach, zwłaszcza FC Porto upodobało sobie zawodników z tego kraju. Jak Miguela Layuna, Diego Reyesa, Hectora Herrerę czy Jesusa Coronę. Czterech piłkarzy w bardzo silnym klubie europejskim to nie byle co. Ale z drugiej strony zapowiadający się na wielkie gwiazdy bracia Dos Santos trafili do Los Angeles Galaxy. Liga północnoamerykańska, to nie są zawrotne szczyty. Tam się raczej kończy karierę, a nie się ją rozwija.

 

Nie sądzi Pan, że problemem Meksyku jest fakt, że w strefie CONCACAF jest im po prostu za ciasno? W eliminacjach grają z Kostaryką, Hondurasem, Panamą, albo Jamajką. Tam dominują, ale przyjeżdżając na mistrzostwa świata zderzają się ze ścianą.

TOMASZ WOŁEK: - Zgoda. Są skazani na mecze z partnerami znacznie słabszymi. Poziom jest niższy, pułap aspiracji się nie zwiększa. Od przypadku do przypadku grają z mocnymi rywalami. Stanowczo zbyt rzadko. To na pewno jeden z naczelnych powodów braku sukcesu poza swoją strefą. Meksyk zbiera dobre recenzje, podoba się, jest szanowany, ale walczyć o coś więcej raczej nie ma szans.

 

Czego zatem powinniśmy się obawiać przed poniedziałkową rywalizacją?

TOMASZ WOŁEK: - Meksykanie nie są obdarzeni specjalnymi warunkami fizycznymi. To niewysoki zespół, ale niezwykle twardy. Mam takie porównanie, że są twardzi, jak ziarna fasoli, która jest narodowym specjałem w tym kraju. I pewne wspomnienie. Podczas mistrzostw świata w Meksyku na trybunach Estadio Azteca wywieszono ogromny transparent, który miał wydźwięk polityczno-społeczny. Napisano „Nie chcemy goli, tylko fasoli”. To było niesłychanie popularne hasło. Reprezentacja Meksyku nie jest zespołem kelnerów, czy amatorów. To nie jest klasa Argentyny, Brazylii czy choćby Urugwaju, ale jednak drużyna, z którą zawsze trzeba się liczyć. Która potrafi sprawić trudności największym światowym potęgom. Myślę, że dla nas, zarówno Urugwaj, jak i Meksyk, to niezwykle solidny sparingpartnerzy.

Z tej samej kategorii