Łukasz Piszczek - o mundialach z... dzieciństwa; i o pracy w IV lidze

Najpierw był uraz w meczu eliminacyjnym do rosyjskiego mundialu - z Czarnogórą. Potem komunikat o powrocie na boisko za parę tygodni. Wreszcie zdjęcia, pokazujące naszego reprezentanta - choćby przy okazji meczów LKS-u Goczałkowice w IV lidze - poruszającego się o kulach. Nic dziwnego, że kibice o stan zdrowia jednego z najważniejszych piłkarzy naszej kadry pytali z dużym niepokojem...

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Od feralnego dla pana meczu z Czarnogórą minęło już parę tygodni, w trakcie których pojawiło się mnóstwo spekulacji dotyczących pańskiego zdrowia. Pytamy więc u najlepszego źródła: jak jest?
ŁUKASZ PISZCZEK: Jest tak, że - jeśli wszystko pójdzie dobrze - w połowie grudnia będę mógł wrócić do treningów. Na razie jestem na etapie... odpoczynku. Poruszałem się o kulach, bo noga - zgodnie z zaleceniami lekarza - mogła mieć tylko 20 kilo obciążenia. Potrzebna jest więc przede wszystkim cierpliwość; pozostaje jedynie siłownia, i to wyłącznie na górne partie ciała.

Stąd pańska obecność w kraju, a nie rehabilitacja w Dortmundzie?
ŁUKASZ PISZCZEK: Uznaliśmy z naszym klubowym lekarzem, że - skoro i tak właściwie mam przede wszystkim odpoczywać - wskazany będzie mój wyjazd w rodzinne strony, gdzie czas po prostu szybciej mi zleci, a głowa zajmie się czymś innym: odwiedzinami przyjaciół i krewnych, meczami LKS-u Goczałkowice. Wszystko po to, by nie rozmyślać zbyt wiele o samej kontuzji.

Sam moment jej odniesienia - zderzenie z Wojciechem Szczęsnym; już wtedy pan wiedział, że to może być poważniejsza sprawa?
ŁUKASZ PISZCZEK: Czułem, że kolano z boku się napina; że jest przeprost. Za moment jednak nastąpiła ulga; to oznaczało, że więzadła krzyżowe tylne i przednie są całe. Potem dobrych wiadomości było więcej: obejdzie się bez operacji, wystarczy leczenie zachowawcze.

A co się konkretnie stało?
ŁUKASZ PISZCZEK: Naderwane zostało więzadło poboczne i ścięgno. Przez chwilę zastanawiano się nad operacją, ale byłem na konsultacji u profesora Andreasa Weilera w Berlinie. Ocenił uraz nie tylko na podstawie wyniku rezonansu magnetycznego, ale i odpowiedniego testu. Okazało się, że kolano jest stabilne, nie wymaga interwencji chirurgicznej, a jedynie - jak mówiłem - czasu i cierpliwości.

Rozmawiamy dosłownie godzinę po opublikowaniu listy zagranicznych powołań na towarzyskie mecze z Urugwajem i Meksykiem. Kogoś - pytam przekornie... - panu na niej brak?
ŁUKASZ PISZCZEK: Cóż, trener powołał tych, których mógł... Taki los piłkarza, że kontuzje są wpisane w ten zawód. Warto po prostu tę myśl zaakceptować, niż potem - w takich chwilach - psychicznie się pastwić nad sobą...

OK. Do mundialu jeszcze sporo czasu. A ja zapytam o pański pierwszy - świadomy - mundial jako kilkulatka zafascynowanego futbolem?
ŁUKASZ PISZCZEK: To nie był mundial, ale igrzyska w Barcelonie. Byłem na wakacjach u cioci, no i wpadało mi w ucho, że wygrywamy w grupie, że walczymy o medal. Zostały mi w głowie nazwiska Kłaka w bramce, Juskowiaka i Kowalczyka strzelających gole. Potem - już bardzo świadomie - jako 11-latek śledziłem Euro 1996. Byłem rzeczywiście zakręcony na punkcie piłki, mogłem z każdej drużyny grającej w tym turnieju - a potem w finałach mistrzostw świata we Francji - wymienić po kilku zawodników.

To już był ten etap, że dzieciaki wychodziły „na plac” w koszulkach z nazwiskami swych zagranicznych idoli?
ŁUKASZ PISZCZEK: Tak! Najwięcej miałem tych z Beckhamem na plecach. Ponieważ kibicowałem Manchesterowi United, zdarzyła się i z nazwiskiem Andy'ego Cole'a. Ale - dla odmiany - miałem też koszulkę Andreasa Moellera z Borussii Dortmund.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~JanekUżytkownik anonimowy
~Janek :
No photo~JanekUżytkownik anonimowy
Było spytać dlaczego ekstraklasa to jedna z najsłabszych lig Europy ?!
5 lis 10:28 | ocena:67%
Liczba głosów:3
67%
33%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii