Tak niedawno w Podgoricy: „Przemek nie był sobą”

Już w niedzielę reprezentacja Polski zagra kolejny mecz w eliminacjach rosyjskiego mundialu 2018. W Podgoricy rywalem biało-czerwonych będą Czarnogórcy. 4,5 roku temu Polacy zagrali jedno z najdramatyczniejszych spotkań tej dekady, pełne emocji nie tylko sportowych. Wspominamy je z ówczesnym selekcjonerem, Waldemarem Fornalikiem.

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI:Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że mecz w Podgoricy był jednym z najlepszych - o ile nie najlepszym - pańskiej kadry w eliminacjach MŚ 2014. Zgodzi się pan?
WALDEMAR FORNALIK: Czy najlepszy? Na pewno dramatyczny. No i pierwszy o punkty po Euro 2012. Ciut wcześniej mieliśmy tylko 2-3 sesje treningowe oraz towarzyski mecz z Estonią; i to musiało wystarczyć, by podjąć decyzję, komu z uczestników mistrzostw Europy podziękować, a komu dać szansę kontynuacji gry w kadrze. Stąd w Podgoricy zobaczyliśmy jeszcze trzon zespołu z mistrzowskiego turnieju na polskich boiskach, ale już uzupełniony m.in. Kamilem Glikiem czy Kamilem Grosickim. Zagadek było wiele, więc by jak najwięcej ich rozwiązać przed meczem, poleciałem do Podgoricy na starcie Śląska Wrocław z Buducznostią w eliminacjach Ligi Mistrzów. Chciałem zobaczyć stadion, poczuć atmosferę trybun.

Ale tego, co was spotkało na tym samym obiekcie, przewidzieć pan nie mógł...
WALDEMAR FORNALIK: Nie mogłem, choć już podczas wizyty wrocławian sporo działo się na ulicach - jakieś starcia między kibicami. Zdaje się, że coś też z szatni Śląska zniknęło. Na stadionie jednak - prócz żywiołowego dopingu - nie zdarzyło się nic niezwykłego. A już na pewno nie takie sytuacje, jak podczas reprezentacyjnej potyczki. Race na murawie, petardy wybuchające na boisku, fragmenty krzesełek rzucane z trybun... Jestem pewien, że dziś mecz rozgrywany w takich okolicznościach zostałby przerwany; istniało przecież realne zagrożenie życia i zdrowia zawodników, zwłaszcza naszego bramkarza, Przemka Tytonia. Niestety, arbiter dopuścił do dalszej gry...

Czy w trakcie tych wydarzeń ktokolwiek - sędzia techniczny, może delegat UEFA - próbował konsultować z wami, czyli osobami na ławce, decyzję dotyczącą przerwania lub kontynuowania gry?
WALDEMAR FORNALIK: Nie. Staliśmy trochę zażenowani całą sytuacją; nikt nie potrafi powstrzymać potoku rac i innych przedmiotów lądujących obok naszej ławki. Z perspektywy czasu trochę dziwię się może nie tyle samej decyzji o kontynuowaniu gry, co późniejszej bierności władz PZPN. Wszyscy przeszli jakby do porządku dziennego nad tymi wydarzeniami. Tymczasem wydaje mi się, że można było oficjalnie domagać się na przykład walkoweru.

Powiedział pan „zażenowaniu”; o strachu nie było mowy?
WALDEMAR FORNALIK: Raczej nie. Przecież byliśmy w cywilizowanym kraju, w którym policja czy służby porządkowe funkcjonują.

Ale wspomniany Przemek jednak ucierpiał. Kiedy - ogłuszonemu przez wybuch petardy - udzielano mu pomocy, wysłał pan rezerwowego bramkarza na rozgrzewkę?
WALDEMAR FORNALIK: Oczywiście. Przede wszystkim czekaliśmy jednak na wynik konsultacji lekarskiej. Odpowiedź brzmiała: „Jest OK”. Ale miałem wrażenie, że po tej całej sytuacji to nie był już ten Przemek, który wyszedł na murawę pełen odwagi i energii. Nie powiem, że popełnił wielkie błędy, natomiast sądzę, że jednak nieco inaczej niż zazwyczaj reagował na boiskowe wydarzenia. Mówię to na podstawie wcześniejszych analiz jego meczów ligowych i zachowania na treningach.

Z tej samej kategorii