Grzegorz Lato: To Nawałka szczekał na szakali

Rozmowa z Grzegorzem Latą, królem strzelców finałów Weltmeisterschaft 1974.

RUCH - GORNIK
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Ma w dorobku złoty i srebrny medal olimpijski, dwa brązowe medale mistrzostw świata, na trzech mundialach rozegrał 20 meczów i zdobył 10 goli. Żaden inny piłkarz nie osiągnął tyle z reprezentacją Polski.

 

Adam GODLEWSKI: Prawda jest taka, że jest pan najbardziej utytułowanym polskim piłkarzem w historii, tymczasem plebiscyty wygrywają inni. Dlaczego?
Grzegorz LATO: - Plebiscyty to tylko zabawa kibiców lub dziennikarzy. Najlepiej świadczy o tym fakt, że piłkarzem 40-lecia we Polsce został Kazio Deyna, a 50-lecia Zbyszek Boniek, mimo że już od dawna nie grał. Dlatego nie czuję się niedoceniony, moich dokonań nikt nie zabierze. W Niemczech zdobyłem 7 goli. I proszę sobie wyobrazić, że od 1974 roku tylko raz król strzelców mundialu zdobył więcej bramek. Czekam aż któryś z naszych zawodników przebije moje wyniki i mam nadzieję, że dożyję tego momentu. Bardzo kibicuję Robertowi Lewandowskiemu, bo to wybitny piłkarz i najbardziej utalentowany wśród moich młodszych kolegów, ale nie wiem, czy on akurat zdąży. Ma już swoje lata, a o gole na mundialach jest równie trudno jak w moich czasach. A może nawet trudniej, przed laty grało się przecież dwie fazy grupowe, co dawało gwarancje rozegrania sześciu meczów w turnieju. Dziś natomiast szybko zaczyna się faza pucharowa, a w niej zaczyna się... orzeł-reszka. Już po pierwszym niepowodzeniu mówią ci: – Do widzenia.

Dostał pan specjalną premię za tytuł króla strzelców mundialu?
Grzegorz LATO: - Tak – uścisk dłoni prezesa. A później piękną koronę z siedmioma piłkami wyrzeźbionymi w krysztale z Huty Szkła w Krośnie. Do dziś stoi u mnie na honorowym miejscu. Od tamtego turnieju w każdym meczu miałem mniej miejsca boisku, a bardzo często indywidualnego opiekuna. Nie narzekam, sam się o to postarałem jako chłopiec liczący sobie lat 24, który miał wszystkich gdzieś. Niezależnie, czy uderzyłem palcem, nogą, głową, czy... byle czym, wpadało do siatki. Prawda jest jednak taka, że za plecami miałem bardzo dobrą drużynę. Deyna był jednym z najlepszych rozgrywających świata. A jak Kazia pokryli, to Heniek Kasperczak i z Zygą Maszczykiem robili taką robotę, że się w głowie nie mieści!

Który mundial wspomina pan najlepiej?
Grzegorz LATO: - Zdecydowanie ten w Niemczech. Nie tylko dlatego, że był tak udany dla Polski i dla mnie osobiście. Perfekcyjna organizacja, piękne stadiony, klimat mistrzostw – to wszystko było na znacznie wyższym poziomie niż później w Argentynie i Hiszpanii. Zresztą turniej Espana'82 był pod każdym z wymienionych względów najsłabszy.

A kiedy biało-czerwoni mieli według pana najsilniejszą drużynę?
Grzegorz LATO: - Mówiono, że w Argentynie, ale ja nigdy nie podzielałem tego zdania. To była wyłącznie propaganda Jacusia Gmocha. Pewnie, w 1978 roku zespół był najbardziej doświadczony, ale o wiele lepiej wyglądaliśmy w RFN. Zapowiedzi, że do Ameryki Południowej lecimy po złoto, też nie pomogły. A warto przypomnieć, że na finały Weltmeisterschaft jechaliśmy jako chłopcy do bicia. Na miejscu okazało się, że to my będziemy bić, a nie nas. Graliśmy na dużej szybkości, z przerzutami, fantazją, mieliśmy bardzo dynamicznych skrzydłowych, pewnie nawet wtedy najbardziej dynamicznych na świecie. Jednym był Robert Gadocha, a nazwiska drugiego nie pamiętam. Zima, czy jakoś tak podobnie się nazywał.

Proszę sobie darować tę niepotrzebną skromność. Drugim, a w zasadzie pierwszym skrzydłowym Orłów Górskiego był Lato. Marzył pan kiedykolwiek o tytule króla strzelców mundialu?
Grzegorz LATO: - OK, niech będzie i tak, po prostu lubię sobie pożartować. Nie będę jednak czarował, że życie przerosło moje marzenia. Pierwsze finały obejrzałem w 1966 roku, te w Anglii. Miałem 16 lat, grałem już w juniorach Stali Mielec, ale na wakacje pojechałem do babci. Wtedy telewizor był rarytasem, więc miałem szczęście, że klub gospodyń wiejskich był w posiadaniu takiego luksusu. Z otwartymi ustami oglądałem wyczyny Eusebio i wtedy przeszło mi przez myśl, że to byłoby coś naprawdę wielkiego, gdyby kiedyś udało się zagrać w podobnej imprezie. Bo wówczas mógłbym stanąć w jednym szeregu z Bobym Charltonem czy Franzem Beckenbauerem. Na spełnienie tego marzenia przyszło mi poczekać długie 8 lat.

 

Z tej samej kategorii