Zgoda zbudowała, czyli piłkarskie korzenie Rafała Kurzawy

Trening Reprezentacji Polski
 /  fot. Adam Starszyński  /  źródło: Pressfocus

Ze Świby do Kępna - najbliższej większej miejscowości - jest nieco ponad 8 kilometrów. Za Kępnem skręcić można w prawo, do „Epoka Club” w Kobylej Górze; albo w lewo, by zakończyć swą podróż w Chojęcinie, w „Energy Dance Club”. - To najpopularniejsze dyskoteki w regionie - mówią bywalcy. - Zjeżdża się do nich młodzież z całej okolicy.

Jadąc ze Świby do Kępna, można też jednak zatrzymać się w połowie drogi, czyli w Olszowej. I niejaki Rafał Kurzawa - wtedy 9-letni chłopak - tak właśnie zrobił. Piętnaście lat później tamta jego wyprawa poskutkowała... zmianą celu weekendowych wypraw młodzieży z jego rodzinnej wioski. Dziś bardzo często młodzież ta - zamiast do wymienionych wcześniej klubów muzycznych - rusza do Klubu Sportowego Górnik Zabrze, by dopingować swego krajana w jego szeregach. - Na spotkanie z Lechem Rafał, na moją prośbę, załatwiał 120 biletów - mówi Paweł Baraniak, najbliższy przyjaciel Kurzawy już od wielu lat. Jego ojciec jest prezesem miejscowego A-klasowego Sokoła, pomaga więc przy organizacji podobnych wyjazdów na spotkania przy Roosevelta. - Wie pan, od pewnego czasu dzięki karierze Rafała lokalne środowisko jakby mocniej się zjednoczyło. Młodzi trzymają się razem - mówi Jacek Kłodnicki.

 

Kłótnie przez miedzę

To pierwszy trener Kurzawy, w tamtych latach - nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Olszowej. To on wpadł na pomysł założenia Uczniowskiego Klubu Sportowego w tej miejscowości. I nazwał go Zgoda, bo... - Między dzieciakami z Olszowej i Świby nigdy tej zgody nie było. Zawsze jakieś niesnaski, kłótnie - wspomina.

 

Pomysł wypalił; w Sokole półtorej dekady temu jeszcze z tak młodymi zawodnikami nie pracowano. Pan Jacek - zapamiętawszy co zdolniejszych piłkarzy z rozgrywek międzyszkolnych - zaprosił ich na treningi do Olszowej. - Jak któryś z rodziców miał czas, podrzucał nas samochodem - wspomina Paweł Baraniak, dziś piłkarz II-ligowego MKS-u Kluczbork. - Ale częściej zasuwaliśmy raczej na rowerze.

 

Jedenastoletni (wice)mistrz

Ten duet pozostał nierozerwalny na wiele lat. Zaczynali od polekcyjnych popołudni, spędzanych na szkolnym boisku w Świbie. Potem - przez dwa lata - były treningi w Zgodzie. - Dwa różne charaktery, dwie różne osobowości: Paweł to taki „boiskowy skurczybyk”, nigdy się nie bał żadnego starcia. Rafał - spokojny... do bólu, prywatnie i na murawie. Ale za to znakomity zawodnik. - Głównie dzięki tej dwójce, w drugim roku naszych wspólnych treningów, zdobyliśmy... wicemistrzostwo Polski - mówi z dumą trener Kłodnicki. Taką (nieoficjalną) rangę do dziś w rywalizacji 11-latków ma coroczny Turniej im. Marka Wielgusa. Drużyna z Olszowej jak burza przeszła eliminacje lokalne i wojewódzkie, wygrała też cztery kolejne spotkania w finałowej imprezie we Wronkach. I dopiero w wielkim finale znalazła pogromcę - lepszy okazał się Niedźwiadek Chełm. - Ale Rafał został najlepszym zawodnikiem imprezy - dodaje Jacek Kłodnicki. Tu jednak pamięć go zawodzi; tytuł ów przyznano Sebastianowi Dąbrowskiemu z Chełma. Tyle że Dąbrowski - po przejściu im przez akademię Legii - ostatnio grał w KS Łomianki. A Kurzawa dziś być może zadebiutuje w reprezentacji narodowej!

 

Łzy pod namiotem

Swoją drogą - nie jest tak, że dzisiejszemu liderowi klasyfikacji asyst w ekstraklasie zawsze wszystko przychodziło łatwo. Na boisku - i owszem. - Od zawsze miał „oczy dookoła głowy”, więc niespecjalnie obciążałem go zadaniami defensywnymi. Miał tworzyć sytuacje kolegom i sam strzelać gole - mówi Jacek Kłodnicki. Czasami jednak życie - i ludzie - płatali figle... - Pamiętam nasz pierwszy obóz - to jeszcze raz niegdysiejszy trener Zgody. - Zabrałem chłopaków do Mikorzyna, pod namioty. Rafał mocno przeżył ten wyjazd z domu; nawet łezkę uronił. Efekt był taki, że pierwszego wieczoru... musiałem zatelefonować do jego rodziców. Przyjechali, porozmawiali z nim; został z nami. Ale... dużo otuchy dodała mu ciocia mieszkająca na co dzień w Mikorzynie, która od następnego dnia zatrudniłem w kuchni - uśmiecha się Jacek Kłodnicki.

 

Zemsta „traktorzystów”

Kilka lat później - znów za sprawą futbolu - Rafał tym razem na dłużej „ruszył z domu”. Przez trzy lata występował przecież co prawda w barwach Marcinków, ale mieszkał w internacie w Poznaniu, ucząc się w liceum i szkoląc w ośrodku prowadzonym przez Wielkopolski ZPN (trenerem rocznika 1993 był Marcin Dorna). - Rafał trochę się przejmował, gdy słyszał od miejscowych: „Wsiadaj na traktor” - wspomina Jacek Falszewski prowadzący go w Marcinkach Kępno. Swoją drogą inny wychowanek Marcinków, Patryk Tuszyński, w chwilach swej sławy (też przecież dwa lata wstecz dostał powołanie od Adama Nawałki) owo „wsiadanie na traktor” wykorzystał medialnie: w wywiadach nigdy nie krył, że kierowanie takim pojazdem i prowadzenie gospodarstwa to dlań przyjemność...

 

- Rzeczywiście, na początku poznaniacy trochę próbowali nam dokuczać. Podśmiewywali się, że ze wsi jesteśmy - przypomina sobie Paweł Baraniak. - Ale kiedy raz czy dwa zareagowaliśmy na te zaczepki, odpuścili.

 

Tak naprawdę zaś najlepszą reakcję przyniosło... boisko. W 2009 roku Lech - z paroma zawodnikami mieszkającymi w tym samym internacie - zmierzał po mistrzostwo Polski juniorów młodszych. Jedyną porażkę na szczeblu regionalnym poniósł wtedy w Kępnie. - Przyjechali do nas w najsilniejszym składzie - z Wojtkiem Gollą, Bartkiem Bereszyńskim i z trenerem Rumakiem na ławce. I dostali „bęcki”. A Rafał zdobył chyba swojego najładniejszego gola: dostał wrzutkę na 16. metr i uderzył z woleja - emocjonuje się cytowany już przyjaciel ze Świby.

 

- Nie zapomnę tego spotkania! Prócz Pawła i Rafała, gola strzelił jeszcze Kamil Urbaniak. Wygraliśmy 3:1! - jak widać, i dla Jacka Falszewskiego był to mecz niezwyczajny.

 

Z podziwu dla Lubańskiego

Aż dziw w tej sytuacji bierze, że Lech - przecież „pan w regionie” - ostatecznie nie sięgnął po Rafała Kurzawę. - A na pewno po raz pierwszy chciał go już jako 11-latka - przypomina sobie trener Kłodnicki. Na Bułgarską trafił jednak tylko Baraniak. - Rafał oferty nie dostał - mówi.

 

- Dostał - odpowiada jednak Jacek Falszewski. - Ale... ja zawsze byłem wielkim kibicem Górnika. Lubański, Gorgoń, te sprawy... A że akurat na obozy do Kępna często przyjeżdżał trener Marian Becher ze swymi podopiecznymi ze szkółki z Roosevelta, zaproponowałem Rafałowi, by tam spróbował swych sił. Posłuchał.

 

Na krętych ścieżkach

„I dobrze na tym wyszedł” - chciałoby się dodać, widząc zdjęcia Kurzawy w reprezentacyjnym stroju (na razie treningowym). Ale przecież droga do miana gwiazdy ekstraklasy - i „kadrowej” nominacji - nie była usłana różami. Wypożyczenie do Energetyka ROW Rybnik, gra co najwyżej w III-ligowych rezerwach, „ogony” w pierwszej drużynie. - Wiele rozmów przeprowadziliśmy w tych czasach. Rafał bił się z myślami. Całkiem poważnie chciał odchodzić z Górnika, szukając regularnej gry - przyznaje trener Falszewski, w pewnym okresie „powiernik piłkarskich tajemnic” byłego podopiecznego. Jeszcze parę okienek transferowych wstecz o Kurzawie myśleli raczej trzecioligowcy, niż selekcjoner biało-czerwonych! O występach w barwach BKS-u Stali Bielsko-Biała rozmawiał z nim na przykład Rafał Górak. - I nie usłyszałem wcale jednoznacznego „nie”! - zaznacza szkoleniowiec dziś pracujący w Toruniu. Piłkarzowi starczyło jednak wówczas cierpliwości. Wytrzymał presję; po Leszku Ojrzyńskim, u którego miał niskie notowania, doczekał się na trenerskiej ławce Górnika najpierw Jana Żurka, a potem - Marcina Brosza. A kiedy wreszcie poczuł, że ktoś zaufał mu bezgranicznie, odpłacił się grą, która zespół zaprowadziła (na razie) na szczyt tabeli ekstraklasowej. Jego samego zaś - na Stadion Narodowy w dniu meczu z Urugwajem.

 

Po prostu „swój człowiek”

- A wie pan, co jest najlepsze? Wciąż pozostaje tym samym Rafałem, który ze Świby przed laty wyjeżdżał. Pewnie dlatego gdy wraca w nasze strony, choćby na „lekcje z mistrzem”, jakie prowadzę w szkole w Bralinie, moi obecni wychowankowie patrzą na niego jak w obrazek. Swój człowiek - uśmiecha się szeroko Jacek Falszewski. Zresztą „swój człowiek” i rodzinę założył w tych stronach - małżonka Paulina pochodzi przecież z... Olszowej!

 

Z tej samej kategorii