Kamil Glik specjalnie dla „Sportu”: Medal na mundialu to marzenie, nie cud

- Podstawowym zadaniem jest wyjście z grupy. Jednak im dłużej będziemy grać w mistrzostwach, tym apetyt będzie bardziej zaspokojony, bo nie da się ukryć, że każdy z nas jest ambitny - mówi obrońca reprezentacji Polski i AS Monaco.

Polska - Kazachstan
 fot. Pawel Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

Adam GODLEWSKI: Gdzie czuje się pan u siebie: w Monako, we Włoszech...
Kamil GLIK: - W Polsce! Przede wszystkim na Śląsku, gdzie się wychowałem i gdzie nadal mieszka moja mama. A także teściowie, którzy swoje lokum mają dwie klatki obok. Tam jest nasz prawdziwy dom. W Boże Narodzenie miałem okazję zagrać w Jastrzębiu-Zdroju na Orliku, który ufundowałem. I nawet się wzruszyłem. Boisko powstało bowiem na naszym osiedlu, i jest naprawdę super. Wraz z rówieśnikami mieliśmy kiedyś do dyspozycji tylko kawałek pola, na którym stały dwie bramki. Latem tak się kurzyło, że zaraz wszystkie szyby w oknach były czarne. Teraz dzieciaki mogą się bawić przy sztucznym oświetleniu i na dobrej nawierzchni. Gdy bywam u mamy, to widzę, że cały czas ktoś tam gra. Jestem zadowolony, a nawet dumny, to była super inwestycja. Warto było wyłożyć 150 tys. złotych.

To przymiarka do inwestycji w rodzinnym mieście? Kolejnym krokiem będzie wejście do GKS Jastrzębie?
Kamil GLIK: - Kibicuję chłopakom mocno, każdy mecz staram się śledzić na bieżąco i ściskam kciuki za awans do I ligi. Byłoby to wielkie wydarzenie dla miasta. Myślę zresztą, że gdybym kiedyś zaczął działać w GKS to też byłoby fajne. Może jako inwestor, a może w roli dyrektora sportowego, choć nie wiem, czy takie stanowisko w tym momencie w ogóle w jastrzębskim klubie istnieje. Za 6-7 lat sytuacja może być jednak zupełnie odmienna. Klub dobrze znam, gra w nim nadal kilku moich kolegów, więc wejście w jego struktury byłoby sprawą naturalną.

Wróćmy do teraźniejszości: Mario Balotelli to pański największy koszmar?
Kamil GLIK: - Mimo że przez ostatnie półtora roku nastrzelał nam trochę bramek, wcale tak tego nie odbieram. Można co prawda powiedzieć, że ma na AS Monaco patent, ale Włoch nie śnił mi się po nocach przed ubiegłotygodniowym meczem derbowym z Nice, po remisie 2:2 i jego dwóch golach także zresztą nie. Nie straszył również w ciągu dnia. Owszem, ma z nami dobry bilans, ale to zbieg okoliczności.

Przy pierwszym golu dla rywala liczył pan, że sędzia odgwiżdże przewinienie Włocha? Czy był to pański błąd?
Kamil GLIK: - Przecież Mario mnie faulował! Byłem dobrze ustawiony, od piłki i w świetle bramki, miałem kontrolę nad dośrodkowaniem. Zostałem jednak przestawiony, to znaczy nie przegrałem fizycznej walki o pozycję w polu karnym, tylko Balotelli przepchnął mnie rękami. Francuska prasa bezbłędnie wychwyciła przewinienie, sędzia niestety nie, a że w Ligue 1 nie stosuje się jeszcze VAR-u, gol został uznany.

Monaco po 21. kolejce plasowało się na całkiem niezłym 4. miejscu w tabeli, lecz szanse na obronę tytułu mistrzowskiego macie już tylko teoretyczne.
Kamil GLIK: - W klubie wszyscy sobie zdają sprawę, że nie ma sensu porównywać poprzednich rozgrywek do obecnych. Na pięciu kluczowych zawodnikach, którzy zostali wytransferowani latem Monaco zarobiło 400 mln euro. Z góry było więc wiadomo, że stracimy na jakości. W Księstwie i w klubie jako sukces odbierany jest fakt, że z Marsylią i Lyonem tasujemy się na miejscach 2-4, a różnica punktowa między nami sięga raptem 2 punktów. Do końca powinniśmy walczyć o wicemistrzostwo i taki mamy cel.

Kogo brakuje najbardziej?
Kamil GLIK: - Każdego z filarów. Lewy obrońca Benjamin Mendy, który odszedł za 60 mln funtów i był wówczas najdroższym defensorem świata, dawał bardzo dużo także w ofensywie. Bernardo Silva lewą nogą wiązał krawaty i jego dośrodkowania robiły spustoszenie w polu karnym rywali, o czym świadczy liczba asyst. Brak Tiemoue Bakayoko widać w środku, nie tylko przecież bardzo dobrze poukładał grę, ale i robił fizyczną różnicę. A najtrudniej zastąpić Kyliana Mbappe; pierwsze półrocze 2017 roku miał fantastyczne, bramki strzelał na zawołanie.

Skoro już mowa o Mbappe, to kurtuazja, że mówi pan, że nie grał nigdy z lepszym piłkarzem niż ten nastolatek?
Kamil GLIK: - Nie ma w tym nawet grama kurtuazji. Już jest kompletnym piłkarzem, dlatego nie mam wątpliwości, że jeszcze przed ukończeniem 25. roku życia dostanie Złotą Piłkę. Ma na to papiery! Francuzi mogliby ofensywnymi piłkarzami klasy światowej obsadzić trzy reprezentacje, a mimo wszystko ten nastolatek jest już podstawowym zawodnikiem Tricolores. To naprawdę był dla mnie wielki honor grać z tak niesamowitym chłopakiem.

Czy próbował założyć siatkę na treningu doświadczonemu stoperowi z rady drużyny, a myślę teraz o panu?
Kamil GLIK: - W zeszłym sezonie treningów za dużo nie było, graliśmy przecież co trzy dni, więc tak naprawdę nasze zajęcia ograniczały się do taktyki i rozruchów. Dodatkowo Kylian nie jest bezczelny, więc siatki sobie nie przypominam. Dwa, może trzy ostrzejsze zwarcia między nami w walce o piłkę pewnie się zdarzyły, ale to wszystko. Serio. To naprawdę fajny, chłopak, bardzo kontaktowy. I, mimo że ostatnio było o nim głośno, nigdy nie odleciał.

Senegalczyk Keita Balde i Kolumbijczyk Radamel Falcao, to od początku grudnia ulubieni pańscy rozmówcy w szatni Monaco?
Kamil GLIK: - Rzeczywiście zbliżył nas temat mistrzostw świata. Przedstawiać klubowych kolegów nie muszę. Falcao nastrzelał przecież w Europie kilka worków bramek i ma w gablocie parę cennych trofeów. Z kolei Balde choć jest młody i wciąż znajduje się na krzywej wznoszącej, to już na dobrym poziomie pograł w Lazio Rzym, a do nas trafił za 30 mln euro. A zatem za bardzo dobre pieniądze. Prawda jest zresztą taka, że nie tylko z uwagi Radamela oraz Keitę, Kolumbia i Senegal to nie są żadne ogórki, tylko mocne, klasowe zespoły.

Więcej było żartów, czy ambicjonalnie podeszliście do komentowania losowania grup?
Kamil GLIK: - Najpierw było sporo emocji, a potem śmiechu i dowcipów. Każdy chciał siebie ustawić w najkorzystniejszej sytuacji, ale wiadomo – im bliżej mundialu, tym żartów będzie mniej. Temat dość szybko umarł, pewnie dlatego, że na konkrety nie ma sensu nastawiać się już teraz, skoro do mistrzostw zostało jeszcze pół roku. Bo 6 miesięcy to bardzo długi okres w życiu każdego, a w piłce wręcz lata świetlne. Wiele może się zdarzyć, wiele zmienić, czego najlepszym dowodem sytuacja AS Monaco – przypomnę mistrza Francji i półfinalisty Ligi Mistrzów w 2017 roku – w nowym sezonie. Dlatego koncentrujemy się na bieżącej pracy. To najlepszy sposób na optymalne przygotowanie się do mundialu.

Rok to jeszcze dłuższy okres, tymczasem za panem – ten zdecydowanie najlepszy w karierze. Powiem szczerze: myślałem, że swój absolutny top osiągnął pan już w Torino, tymczasem po przeprowadzce do Francji nastąpił kolejny skok. Tym razem widzi już pan sufit w karierze?
Kamil GLIK: - Jeśli i ja mam być szczery: nie wiem. Też myślałem, że już nic lepszego niż sezon w Torino, w którym strzeliłem 8 bramek już mi się w piłce nie przytrafi. Zwłaszcza że wtedy fajnie graliśmy też w Lidze Europy, a tak się złożyło, że i reprezentacja Polski złapała świetny rytm i dobrą passę. Okazało się jednak, że można było wejść jeszcze kilka poziomów wyżej. W 2017 roku pobiłem z Monaco chyba wszystkie klubowe rekordy i zrobiłem niesamowity wynik. Strzeliłem też kilka ważnych bramek i dostałem kilka cennych europejskich wyróżnień. Bez owijania w bawełnę: był to dla mnie wielki rok, który zapamiętam do końca życia.

Czyżby wreszcie zaczął pan grać na miarę – prawie – wychowanka Realu Madryt?
Kamil GLIK: - (ze śmiechem) Wychowankiem Królewskich nie jestem, miałem tam tylko krótki, ale bardzo przyjemny epizod. Zawsze chciałem grać jak Kamil Glik. Kiedy miałem niewiele więcej niż 20 lat, różnie oczywiście z tym bywało. Zwłaszcza w reprezentacji Polski, bo za występy w kadrze zawsze najmocniej dostawało mi się po tyłku. Umówmy się jednak: zanim do kadry nie przyszedł Adam Nawałka, to drużyna narodowa nigdy nie funkcjonowała właściwie i nikt dobrze w niej nie wyglądał. W moim przekonaniu już od kilku ładnych lat spisuję się jednak co najmniej poprawnie, a przede wszystkim jestem regularny. Z przebłyskami i tendencją wzrostową od czasów Torino. Zdarzają się co prawda także pomyłki i słabsze dni, ale przy takim natężeniu gier, a w minionym roku rozegrałem około 70 meczów, jestem w stanie sam siebie usprawiedliwiać.

Mimo tego, że występuje pan na pozycji, na której trudno robić show, zaczął być pan zauważany w plebiscytach. Zwłaszcza stałe miejsce w jedenastce „L'Equipe" musi cieszyć.
Kamil GLIK: - To wyróżnienie, które zostaje w głowie na zawsze, a przecież znalazłem się w drużynie tej gazety zarówno na koniec poprzedniego sezonu, jak i w podsumowaniu obejmującym ostatnie 12 miesięcy. W 2017 roku byłem w Ligue 1 obrońcą z najwyższą średnią not, więc w sumie nominacja do Drużyny Roku UEFA nie była już wielkim zaskoczeniem. Z Polaków w tym gronie znaleźliśmy się tylko ja i Robert Lewandowski. A przecież także po to gra się w piłkę, żeby po latach pełnych posuchy – a nawet krytyki ze strony polskich kibiców – przyszła nagroda.

Odnoszę wrażenie, że wcześniej we Włoszech, i teraz we Francji jest pan bardziej doceniany niż w Polsce. I dzięki temu złapał pan luz. Jako żart odebrałem pański wpis na Twitterze o kabarecie, gdy nie zmieścił się pan w czołowej 10 plebiscytu na najlepszych polskich sportowców.
Kamil GLIK: - Pisałem to z uśmiechem, nawiązując do komentarza Roberta po ubiegłorocznej edycji Złotej Piłki, gdy zabrakło go w czołówce. Tak naprawdę już miejsce w czołowej 20 plebiscytu „Przeglądu Sportowego" było dla mnie dużym wyróżnieniem. Zwłaszcza że z piłkarzy znaleźliśmy się w tak doborowym gronie tylko ja i Lewy. Szkoda może jedynie, że skoro podobno to Liga Mistrzów jest wykładnikiem, a Monaco zaszło w ubiegłym roku rundę dalej od Bayernu, nie znalazłem się wyżej od kolegi z reprezentacji. Oczywiście liczby zdobytych bramek nie da się porównać, zresztą to napastnicy robią show, a ja jestem od czarnej roboty. Mogę natomiast zażartować, że na pewno zanotowałem więcej odbiorów niż Robert, a na skuteczność także nie mam prawa narzekać. Wśród obrońców znalazłem się przecież i pod tym względem w ścisłej europejskiej czołówce.

Chyba ma pan pecha, że gra w erze Lewandowskiego? W przeciwnym razie kilka Złotych Butów od „Sportu" i statuetek Piłkarza Roku byłoby już w gablocie...
Kamil GLIK: - Spokojnie podchodzę do plebiscytów. Najważniejsze, że wiem, co udało mi się zrobić w minionym roku i doceniają to moi najbliżsi. A oni wiedzą najlepiej, jaką pracę wykonałem. Zresztą nie mam wątpliwości, że dziennikarze i specjaliści, którzy racjonalnie – mam przynajmniej taką nadzieję – oceniają wszystkich piłkarzy zauważyli, że tak naprawdę 2017 to był mój rok.

Ktoś już próbował porównywać pana z najlepszymi stoperami w naszej historii, na czele z Władysławem Żmudą.
Kamil GLIK: - Nie byłem świadkiem takich dyskusji i dopóki będę grał, raczej nie będę w nich uczestniczył. Ograniczę się do stwierdzenia, że dotąd we Francji grało wielu Polaków, ale żaden nie wygrał tyle, ile ja w poprzednim sezonie. Mam więc prawo powiedzieć, że napisałem jakąś cząstkę naszej piłkarskiej historii. Tyle że do końca nie mnie to oceniać, więc proponuję – wróćmy do teraźniejszości. Zwłaszcza że mam jeszcze kilka lat gry przed sobą. I mam nadzieję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Zbigniew Boniek twierdzi, że do wieczności w pamięci polskich kibiców przechodzi się tylko po osiągnięciu sukcesu z naszą reprezentacją.
Kamil GLIK: - Zgadzam się z prezesem. Po moim wspomnianym żartobliwym Twitcie, najwięcej było wpisów w stylu: „Wygrajcie medal w Rosji, a wtedy na pewno będziesz wyżej we wszystkich plebiscytach". Prawda jest zresztą taka, że awans na mundial, to dla nas piłkarzy jest nadal spora frajda, ale też coś, do czego wszystkich przyzwyczailiśmy. Trzeba się z niego cieszyć, ale na dziś dla reprezentacji Polski to absolutne minimum. Właściwie obowiązek i środek do celu, a nie jego realizacja.

Co zatem będzie celem w Rosji?
Kamil GLIK: - Podstawowym zadaniem jest wyjście z grupy. Jednak im dłużej będziemy grać w mistrzostwach, tym apetyt będzie bardziej zaspokojony, bo nie da się ukryć, że każdy z nas jest ambitny. OK, pokora jest niezbędna, sam wiem o tym chyba najlepiej. Parę lat zajęło mi przecież przebicie się na najwyższy poziom. Trudno byłoby grymasić, gdyby udało się wyjść z grupy, nie wracalibyśmy ze spuszczonymi głowami do kraju. Ale czy byłby to już powód do wielkiego zadowolenia? Nie wiem. Nie pojedziemy do Rosji po mistrzostwo świata, pojedziemy jednak po jak najlepszy wynik.

Medal dla biało-czerwonych byłby zdarzeniem z kategorii cudu? Pytam, bo w rozmowie ze „Sportem" stwierdził tak prezes PZPN.
Kamil GLIK: - O cudach to można rozmawiać na religii, a ja wolałbym podchodzić do tematu bardziej po ludzku. I nie będę ukrywał, że właśnie takie jest moje skryte marzenie. W sercu, w głowie każdy sportowiec ma myśli o superwyniku, który chciałby osiągnąć na wielkiej imprezie. Moje są właśnie takie.

Nie za wiele meczów i minut rozgrywa pan w klubie, żeby nie nadwyrężyć się przed mundialem?
Kamil GLIK: - Przebieg mam już solidny. Miałem ten przywilej, że właściwie w każdym klubie, w którym grałem, nie licząc może pierwszej rundy w Palermo, byłem podstawowym zawodnikiem. Nie odczuwam jednak zmęczenia. Zwłaszcza fizycznego, mentalne oczywiście czasami się zdarza. Czuję się tak, jakbym miał 25 lat. A o psychiczny reset znakomicie dbają moje żona i córka. Jestem więc spokojny o przygotowanie do mistrzostw.

Jest bardzo pewny siebie, jak chyba nigdy wcześniej...
Kamil GLIK: ... Ale to nie oznacza, że odleciałem. Nie mam super drogich samochodów, posiadam zresztą tylko jedno auto. Żyję cały czas normalnie, jestem tą samą osobą, która wyjeżdżała z Polski już prawie 10 lat temu. Znajomi pewnie powiedzą, że nadal jestem i do tańca, i do różańca. Mam przyjaciół z dzieciństwa, jestem z tą samą żoną – też praktycznie od dzieciństwa. Natomiast w tabloidach, popularnych telewizyjnych show, wśród celebrytów nadal trudno mnie spotkać.

Za to w świecie reklamy ostatnio rozbija pan bank!
Kamil GLIK: - Propozycji jest rzeczywiście sporo. Może też dlatego, że wszyscy mówią, że dobrze pracuję na planie zdjęciowym. I chyba się nie podlizują, bo osobiście też miałem odczucie, że daję radę. Nawet jeśli trzeba pracować do białego rana, i przy strugach deszczu, ze względu na niedostatek czasu. Jestem zadowolony ze współpracy z Rexoną, a Blachotrapez podpisał ze mną umowę na 4 lata. Czyli niemal do następnego mundialu. Najwyraźniej uznano więc, że mimo 30 lat na karku jestem perspektywiczny. Dla obrońcy to jednak idealny wiek, dopiero wszedłem w topowy dla siebie okres.

W 2017 roku odniósł pan także sukces, robiąc zaległą maturę. Po to, żeby kiedyś zostać trenerem?
Kamil GLIK: - Na dziś nie mam takiego bzika, żeby już jutro robić papiery szkoleniowe. Nie złożyłem nawet podania o przyjęcie na podstawowy kurs. Uważam po prostu, że zakończenie edukacji, którą przerwałem wiele lat temu było moim obowiązkiem. Mając 29 lat dojrzałem do tego. Teraz mam podstawy, i papier, do dalszego rozwoju. Również w kierunku trenerskim.

Co było trudniejsze – zagrać przeciw Thomasowi Muellerowi, czy wrócić po kilkunastu latach do nauki i książek?
Kamil GLIK: - Wolałbym zagrać jeszcze raz przeciw Niemcom i Muellerowi, nawet na mundialu, niż znów siedzieć nad szkolnymi zadaniami. Byłem średnim uczniem, trójkowym i czwórkowym, nigdy – za przeproszeniem – nie kiblowałem w żadnej klasie, ale zakuwanie nie sprawiało mi wielkiej przyjemności. Od zawsze wolałem grać w piłkę.

W wakacje znów wybierze się pan na Mazury robić wędzonki i łowić ryby?
Kamil GLIK: - To stały punkt programu, tam najlepiej się resetuję. Chciałbym na chwilę wpaść nad jeziora jeszcze przed mundialem, tyle tylko że wędzonki to chyba lepiej będzie robić dopiero po...

...bo skłaniają, czy wręcz wymagają solidnego przepicia czymś mocniejszym?
Kamil GLIK: - Właśnie! Trener Nawałka nie byłby więc zadowolony z takiego obrotu spraw. Zresztą mam nadzieję, że po mundialu będzie można pogadać z teściem o udanym turnieju, a z kolegami wziąć łódkę na noc i złapać kilka szczupaków, które świetnie smakują z grilla. Co zrobić, nieco odłożę wyjazd na Mazury...

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
~HAnyseKSG
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
do ~Jonetk:
No photo~JonetkUżytkownik anonimowy
22 sty 21:34 użytkownik ~Jonetk napisał
To głupi Jontek napisze teraz jak nie na tych Mś to długo nic.Brak następców,ligi itp.
To że Janek głupi z tym zgoda a co już tam sobie napisze to jest nieważne.
No tak bo skoro to głupek to nawet nie warto tych jego wypocin czytać tylko od razu mu czerwo przybić. Proste.
23 sty 06:24 | ocena:75%
Liczba głosów:4
25%
75%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~JonetkUżytkownik anonimowy
~Jonetk :
No photo~JonetkUżytkownik anonimowy
To głupi Jontek napisze teraz jak nie na tych Mś to długo nic.Brak następców,ligi itp.
22 sty 21:34 | ocena:75%
Liczba głosów:4
25%
75%
| odpowiedzi: 2
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~UnkielUżytkownik anonimowy
~Unkiel
No photo~UnkielUżytkownik anonimowy
do ~HAnyseKSG:
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
23 sty 06:24 użytkownik ~HAnyseKSG napisał
To że Janek głupi z tym zgoda a co już tam sobie napisze to jest nieważne.
No tak bo skoro to głupek to nawet nie warto tych jego wypocin czytać tylko od razu mu czerwo przybić. Proste.
To byś musiał kibicom ekstraklasiny czerwo zaraz przybić.
23 sty 07:31 | ocena:67%
Liczba głosów:3
33%
67%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii