Ostrożnie! Spotkanie z żywiołem!

Losowanie? Na pozór świetne. Zanim jednak dane nam będzie – właściwie w dużej części już było – zapoznać się z zalewem głosów wskazujących, że awans do kolejnej fazy finałów mistrzostw świata jest obowiązkiem, pozwolę sobie na małą powtórkę z historii. Jedną z happy endem, drugą bez.

Polska - Czarnogora
 fot. Rafal Rusek  /  źródło: Pressfocus

Otóż w 1982 roku w Hiszpanii drugim naszym grupowym rywalem był Kamerun. Po remisie z Włochami 0:0 mieliśmy spokojnie pokonać nuworyszy z Afryki. Nie pokonaliśmy (znów 0:0), szum w kraju zrobił się wielki i choć był to czas stanu wojennego, do ekipy Antoniego Piechniczka docierały mocne sygnały niezadowolenia, włącznie z takimi, że trzeba... zmienić trenera. Potem było Peru (5:1), a dalszą drogę po trzecie miejsce znamy na pamięć. Ale jak Kamerun wzbudził szacunek, tak on już - zasłużenie - pozostał.

 

W 2006 roku w Niemczech naszym pierwszym rywalem był Ekwador. Rywalem bardzo kluczowym, patrząc na to z tej perspektywy, że następni w kolejce do gry z nami byli gospodarze, z którymi nigdy nam nie szło. I tenże kluczowy rywal, Ekwador, właściwie na dzień dobry sprawił, że dopiero co na mistrzostwa przyjechaliśmy, a już trzeba było robić przymiarki do bukowania lotu powrotnego; przegraliśmy 0:2. Resztę też już znacie. Czy to nie wtedy modne stało się powiedzenie: mecz otwarcia, o wszystko i o honor? Oczywiście, wejściu tego powiedzenia - poprzez swoją powtarzalność - do klasyki języka polskiego przysłużył się wcześniejszy występ na MŚ w Korei i Japonii w 2002 roku.

 

Zalecam więc po wczorajszym losowaniu ostrożność, bo – po pierwsze – nic nie wiemy o Senegalu, choć oczywiście w dzisiejszych czasach łatwiej o informacje, również w szerokim tego znaczeniu wizualne. Po drugie – tak naprawdę niewiele też wiemy o Kolumbii i Japonii, choć zapewne trochę więcej niż o rywalu z Afryki. Tak poza wszystkim, co najmniej kilku zawodników z każdej z tych reprezentacji obija się w europejskich klubach, również... Bayernie (James Rodriguez). Jest coś, co bez wątpienia łączy Senegal, Kolumbię i Japonię. To żywioł, tempo, fantazja... I umiejętności techniczne.

 

Z drugiej jednak strony, coś naszej drużynie wypada. Skoro nie boi się europejskich tuzów, to i tuzów z innych kontynentów nie wypada aż tak się obawiać. No i wypada pamiętać o wysiłku kibiców, bo choć Rosja to nasz sąsiad, to przecież wszędzie daleko. Z Warszawy do Moskwy, gdzie odbędzie się mecz z Senegalem, jest ok. 1200 km. Z Moskwy do Kazania, gdzie zagramy z Kolumbią, 715 km. Wreszcie z Kazania do Wołgogradu (spotkanie z Japonią) 850 km. Jakkolwiek spojrzeć, po kilkanaście godzin jazdy samochodem, kojarzącej się z niewątpliwymi wzruszeniami, bo z autostradami w Rosji chyba nie jest tak jak w Polsce. No, chyba że będą latać samolotami. Tak czy owak, ponosząc tego typu koszty, nie chcieliby - nikt by nie chciał – by przygoda z finałami MŚ zakończyła się w Wołgogradzie.

Z tej samej kategorii