Dobre piłkarskie geny procentują!

Od dziadka do wnuka, czyli Mateusz Praszelik - reprezentant drużyny U-19, która tak skutecznie walczy na śląskich boiskach o awans do kolejnej rundy eliminacje ME w tej kategorii wiekowej - kontynuuje rodzinne tradycje.

Praszelik
 /  fot. Dorota Dusik  /  źródło: SPORT

Dziadek Henryk był piłkarzem Unii Racibórz, w której grał w III lidze, a następnie prowadził grupy młodzieżowe w raciborskiej Polonii, gdzie pierwsze piłkarskie kroki stawiał jego syn Mirosław. Tenże - przez Gwarek Zabrze, Unię Racibórz, Peberow Krzanowice i Rymer Niedbczyce - wypłynął na ekstraklasowe boiska, na których wystąpił 5 razy. Później, grając na niższych szczeblach, zajął się utrzymywaniem rodziny i wychowaniem syna, który przyszedł na świata 26 września 2000 roku.

 

Gole zza bloku...
- Mój tata był pomocnikiem – mówi Mirosław Praszelik. - Ja także zaczynałem na środku boiska i dopiero w III-ligowym wówczas Rymerze zostałem obrońcą. Zaś na potrzeby syna, który urodził się 10 dni po moim ostatnim występie w ekstraklasie, stawałem do bramki. Bo Mateusz już od najmłodszych lat za blokiem uwielbiał strzelać gole! Jako przedszkolak trafił do dziecięcego klubu Ikar w Raciborzu, ale - widząc jego zapał i talent - uznaliśmy, że potrzebuje czegoś więcej.

 

… i życie do góry nogami
Najbliżej domu była ekstraklasowa wtedy Odra Wodzisław, w której dobrze pracowano z młodzieżą; więc dzień w dzień, pokonując 25 kilometrów w jedną stronę, państwo Praszelikowie wozili syna na treningi. - Spod ręki trener Bogdana Cichego Mateusz trafił do kadry Śląskiego Związku Piłki Nożnej, w której wpadł w oko skautom Legii Warszawa. Na pierwszą propozycję nie byliśmy jednak przygotowani. Dopiero rok później całe nasze życie... przewróciło się do góry nogami. Co się wtedy żona napłakała, gdy syn - jako 15-latek - opuszczał rodzinne gniazdo i zaczynał samodzielne życie w Warszawie... Do rodzinnego domu wracał raz na trzy miesiące, a ostatnio - nawet jeszcze rzadziej.

 

Szkoła (samodzielnego) życia
- Pierwsze pół roku w stolicy było bardzo ciężkie - nie kryje Mateusz Praszelik. - W domu rodzice wszystko mi dawali pod nos. Nie musiałem się przejmować praniem, sprzątaniem. Dopiero w bursie zobaczyłem, na czym polega samodzielność. Ale zaaklimatyzowałem się w Warszawie. Zobaczyłem, że to jest naprawdę fajne miasto i już jest dobrze. Najlepszym kolegą okazał się Sebastian Walukiewicz, który też jest teraz ze mną w kadrze U19. Mam z nim bardzo dobry kontakt i choć wyjechał z Warszawy do Szczecina, codziennie ze sobą rozmawiamy. W szkole, a jestem teraz w drugiej klasie Liceum Ogólnokształcącym im. Lotnictwa Polskiego, też nie było łatwo. Szczególnie ciężko było rok temu, bo jak się od początku semestru przez dwa miesiące jest na zgrupowaniu kadry, to trzeba później dużo nadrabiać. Nauczyciele dawali rady, jak te zaległości zaliczyć, ale tyle się tych przedmiotów nazbierało, że były problemy. Wyszedłem jednak z tego i mam nadzieję, że już więcej komplikacji nie będzie.

 

Jeden mecz - trzy pokolenia
Dziecięce marzenia Mateusza zaczęły się spełniać, gdy dwa lata temu trener Robert Wójcik powołał go do reprezentacji Polski do lat 17. Zadebiutował w meczu ze Szkotami i w zremisowanym 2:2 meczu w Kluczborku strzelił jednego gola. W reprezentacji U-19, choć jest młodszy o rok od większości zawodników, wyszedł na boisko w wyjściowej jedenastce w pierwszym meczu (przeciwko Irlandii Północnej w Gliwicach) trwającego jeszcze turnieju eliminacyjnego.
- Zawsze mnie ciągnęło na boisko - zapewnia Mateusz. - Wiadomo, że te piłkarskie geny miał już dziadek, który dużo mi opowiadał, pomagał, podpowiadał i ma spory wpływ na mój piłkarski rozwój. Zresztą cała moja rodzina to moi wierni kibice. Na meczu z Irlandią Północną była mama i babcia oraz tata i dziadek - wylicza nastolatek.

 

Zapatrzony w CR7
Świat wielkiej piłki otwarł się dlań w Warszawie. Już nie tylko tej krajowej... - Najchętniej wracam pamięcią do meczu ze Sportingiem Lizbona w Młodzieżowej Lidze Mistrzów, w którym strzeliłem gola - przypomina Mateusz. Ze Sportingu ruszał w wielki świat Cristiano Ronaldo. - Jako dziecko byłem weń zapatrzony, ale teraz... już nie mam wzorca. Po prostu staram się poprawiać swoje mankamenty i rozwijać atuty. Największym z nich w życiu codziennym jest pewność siebie, a na boisku - decyzyjność i umiejętność gry jeden na jeden. Muszę natomiast poprawić strzały z dystansu oraz lewą nogę. To, że w kadrze do lat 19 jestem rok młodszy od większości kolegów, tylko mnie mobilizuje. Nie patrzę na rocznik. Skoro tu jestem, widocznie na to zasłużyłem. Trener Dźwigała często mnie obserwuje i wie, na co mnie stać. Dał mi szansę gry z Irlandią Północną, liczę też na kolejne występy - 17-latek z Raciborza jest bardzo ambitny. Dlatego po wygranym 3:0 meczu z Białorusią na Stadionie Śląskim radość ze zwycięstwa i awansu do następnej rundy kwalifikacji przeplatała się z niedosytem: nie zagrał przecież przed 30-tysięczną widownią!

 

Realu: nadchodzę!
- Mecz na Stadionie Śląskim był dla mnie szczególnym wydarzeniem – dodaje nasz rozmówca. - Jeździłem z tatą na chorzowski stadion, byłem na nim jako kibic chyba na czterech meczach reprezentacji. 11 lat temu Polska grała tu z Portugalią i wygrała 2:1 po bramkach Euzebiusza Smolarka. Wtedy była niesamowita atmosfera, a ja marzyłem, żeby kiedyś tu zagrać i wystąpić w drużynie narodowej. Cieszymy się, że na nasz mecz przyszło 30 tysięcy widzów. Fajnie, bo po to się właśnie gra w piłkę, żeby wystąpić przed taką widownią. Liczę, że to nam da tylko dodatkowego kopa do pracy. Chcemy tę mobilizację wykorzystać, bo przed nami mecz z Niemcami. Trzeba pokazać się z jak najlepszej stron. A cel długofalowy? Chcę wyrosnąć na porządnego faceta i dobrego piłkarza, grającego w topowym klubie, a za najlepszy uważam Real Madryt.

 

20 minut ze Zniczem
Stolica Hiszpanii jest jednak daleko nie tylko pod względem odległości. Znacznie bliżej jest Legia Warszawa, w której wywalczył już tytuł mistrza Polski juniorów i zaliczył 7 występów w III-ligowych rezerwach. - Trenerzy pierwszej drużyny Legii bacznie obserwują mecze juniorów i rezerwy – wyjaśnia. - Jeżdżą na nasze mecze, zapraszają na treningi. Warto się więc za każdym razem angażować na 100 procent, bo może się zdarzyć, że jakimś meczem w rezerwach przekonam do siebie szkoleniowca pierwszego zespołu. Na razie - za czasów Jacka Magiery - wziął udział w dwóch treningach seniorów i zagrał 20 minut w sparingu ze Zniczem Pruszków...

 

Z tej samej kategorii