Kamil Glik: To wielka sprawa!

Polska - Czarnogora
 /  fot. Adam Starszyński  /  źródło: Pressfocus

Mistrzostwa świata to niewiadoma. Będziemy losowani z pierwszego koszyka, ale wydaje mi się, że drużyny z drugiego i trzeciego będą chciały trafić na Polskę – mówi stoper biało-czerwonych, który w niedzielę mógł się cieszyć ze spełnienia kolejnego piłkarskiego marzenia. Po wywalczeniu awansu na Euro 2016 i dotarciu do ćwierćfinału tej imprezy, teraz zagra w futbolowym mundialu.

Michał ZICHLARZ: Ten awans to spełnienie kolejnego piłkarskiego marzenia, prawda?
Kamil GLIK: - Na pewno tak. To przecież największa i najbardziej prestiżowa impreza na świecie. Nie tylko dla mnie, ale dla 80 procent piłkarzy, którzy na tej imprezie nie grali, to wielka sprawa. To historyczny wynik - awans na kolejny wielki turniej od razu po mistrzostwach Europy.

Pierwszym krokiem było wywalczenie awansu. Drugim ma być dobry wynik na mundialu w Rosji. Jak pan sądzi - jako doświadczony i obyty w międzynarodowym towarzystwie zawodnik - na co będzie stać biało-czerwonych w przyszłorocznych mistrzostwach świata?
Kamil GLIK: - Sam nie wiem. Myślę, że będziemy taką drużyną, o której... niewiele wiadomo - zupełnie nieobliczalną. Niemal dla wszystkich z nas to pierwszy mundial. Nie jesteśmy jakimś bardzo doświadczonym zespołem, z obyciem w tak dużych międzynarodowych turniejach. Będziemy losowani z pierwszego koszyka, ale wydaje mi się, że drużyny z drugiego i trzeciego będą chciały trafić na Polskę.

Mecz z Czarnogórą miał szalony przebieg. Jak ocenia pan to niecodzienne spotkanie?
Kamil GLIK: - Rzeczywiście sporo się działo. Przy 2:0 mieliśmy spokojny mecz, a potem... sami stworzyliśmy sobie problem. Pierwsza bramka dla rywala padła po pięknym uderzeniu, zaraz potem wyrównanie... Przy 2:2 różne myśli przechodziły mi przez głowę, ale szybko strzeliliśmy trzecią bramkę i wszystko się uspokoiło. Te pięć minut, w których straciliśmy dwie bramki, na pewno było bardzo nerwowe.

W dziesięciu eliminacyjnych spotkaniach straciliśmy aż czternaście bramek. Żadna z drużyn na czele grup w strefie europejskiej nie ma tylu zainkasowanych goli. Akurat pana, jako lidera formacji defensywnej, na pewno to niepokoi. Z czego wynika ta duża ilość straconych goli?
Kamil GLIK: - Nie wiem, trudno odpowiedzieć mi na to pytanie. Na pewno przy takich golach, jak ten, który Czarnogórcy strzelili na 1:2, trudno cokolwiek zrobić i trudno obwiniać o ich stratę obrońców czy bramkarza. Owszem, najłatwiej powiedzieć, że to linia obrony za wszystko odpowiada, ale wiele bramek traciliśmy po stałych fragmentach, przy indywidualnym kryciu. A za nie odpowiadają również pomocnicy i napastnicy. Na pewno jest w tym elemencie wiele pracy przed nami jako drużyną, i przed każdym z nas z osobna.

W pierwszej połowie była taka sytuacja, kiedy minął się pan z piłką, a rywal miał dobrą bramkową okazję. Tutaj chyba bardziej murawa zawiniła, niż Kamil Glik?
Kamil GLIK: - Nie szukam alibi. Ci, co zobaczyli powtórki w telewizji, widzieli, jak ta piłka się odbiła. Za pierwszym razem odskoczyła od murawy, a za drugim razem - już nie. I tyle. Murawa była skandaliczna, nie nadawała się... do niczego.

W jednej z sytuacji, oderwała się cała połać, cała rolka trawy. Zwracał pan nawet uwagę na to sędziemu…
Kamil GLIK: - Murawa była fatalna, cała odchodziła. Przy jednej sytuacji, kiedy chciałem zagrać dłuższą piłkę, rzeczywiście cała odeszła od podłoża. Długo mógłbym o tym mówić, ale... nie szukam alibi.

Jak świętowaliście wywalczenie awansu do mundialu w Rosji?
Kamil GLIK: - Był czas, żeby posiedzieć z rodzinami i z przyjaciółmi w hotelu. Porozmawiać, przeżyć miłe chwile. Czasu nie ma jednak zbyt wiele. Musiałem wracać do Monaco, bo przecież już w piątek gramy ligowe spotkanie.

Kto z najbliższych był na niedzielnym meczu w Warszawie?
Kamil GLIK: - Mama, żona, córka, a także ciocia. Krótko mówiąc, najbliższej rodziny nie zabrakło.

Dziadkowie, Krystyna i Walter Glik z Jastrzębia, którzy należą do pana najwierniejszych fanów, nie chcieli przyjechać do Warszawy na PGE Narodowy?
Kamil GLIK: - Bardzo chcieli jechać, ale dla nich - ze względu na wiek i zdrowie - taki wyjazd do Warszawy to już prawdziwa wyprawa, jak na koniec świata. oszczędziłem im tych mąk. Ja mam nadzieję, że to mnie uda się przyjechać do nich; na mecz reprezentacji Polski w marcu, na Stadionie Śląskiem. Do Chorzowa z mojego rodzinnego Jastrzębia-Zdroju jest dużo bliżej, niż do Warszawy.

 

Z tej samej kategorii