Zbigniew Boniek: Byliśmy rozrywkową drużyną

Rozmowa ze Zbigniewem Bońkiem, medalistą Espana'82, który na trzech mundialach rozegrał w sumie 16 meczów i zdobył 6 goli. Na swój czwarty, do Azji, poleciał w roli szefa polskiej ekipy, na piątym – w Rosji – będzie pełnił identyczną funkcję.

Adam GODLEWSKI: W 1978 reprezentacja Polski miała wszelkie dane, żeby zostać mistrzem świata w turnieju organizowanym w Argentynie?
Zbigniew BONIEK: - Wówczas rzeczywiście mieliśmy, przynajmniej teoretycznie, najsilniejszą drużynę w historii. Wiem, że trener Jacek Gmoch zawsze się buntuje się, gdy ktoś mu zarzuca, iż nie umiał tego zespołu skutecznie poprowadzić. I nie wolno pomijać faktu, że my Polacy nie mamy najłatwiejszych charakterów. Jesteśmy bardzo roszczeniowi, generalnie lubimy dużo mówić, a mało się męczyć. Uważam, że w tamtej drużynie było wielu, może zbyt wielu, zawodników, którzy byli już po apogeum karier. Czyli mieli już z górki. Co skutkowało tym, że cechowali się niechęcią do spocenia się i walki na śmierć i życie. Poza tym było aż 18 zawodników podstawowych, każdy uważał, że nadaje się do gry i wewnętrzna rywalizacja też przynosiła jakieś spustoszenie w naszych szeregach.

Brak czytelnej hierarchii z pewnością nie pomógł w zarządzaniu grupą.
Zbigniew BONIEK: - No nie, bo choć Gmoch był jednym z najinteligentniejszych szkoleniowców, u których trenowałem, miał z nami... drogę krzyżową. Z jednej strony wielkie nazwiska opromienione sukcesami na igrzyskach i w poprzednich finałach MŚ, z drugiej – młode wilczki. Tyle że nie wiek był naszym atutem, a umiejętności. Wraz z Adamem Nawałką i Andrzejem Iwanem byliśmy po prostu dobrzy. Argentyną rządziła jednak wtedy junta Jorge Videli, i nie da się ukryć, że całe mistrzostwa zostały ułożone pod gospodarzy. W drugiej fazie grupowej nie było obligatoryjnych terminów ostatnich kolejek, tylko miejscowi rozgrywali swoje spotkanie sześć godzin po nas. Musieli wygrać z Peru 4:0, a wygrali nawet 6:0. Można zatem zakładać, że było to spotkanie ułożone jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Tyle że mogliśmy zająć drugie miejsce, i wówczas gralibyśmy o medal. Szansa na pewno była, skończyło się jednak na piątym-ósmym miejscu na świecie. Dziś chciałbym znaleźć się w tej strefie, ale wtedy dominował niedosyt.

 

źródło: Pressfocus

 

Rozumiem, że atmosfera w naszej ekipie nie była najlepsza?
Zbigniew BONIEK: - Nie narzekam na atmosferę, dla mnie była dobra. Tyle że jeśli jedzie się na tak wielką imprezę, to w drużynie musi być wewnętrzny ład. Z góry powinno być wiadomo, kto gra, kto może wejść, i za kogo. Tymczasem w kadrze było pięciu napastników i każdy czuł się do gry. A kto nie wystąpił, był skwaszony. Rotacja obejmowała też bramkarzy, a Henio Kasperczak w meczu z Argentyną wystąpił na stoperze z zadaniem zatrzymania Mario Kempesa. I tenże Kempes w 10 minucie wybił piłkę ręką z linii bramkowej. Dziś po takim numerze gralibyśmy w jedenastu przeciw dziesięciu, Kempes nie strzeliłby nam dwóch bramek, i historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Nasza i argentyńska.

Boniek kontra Deyna – doszło do incydentu przy stole pingpongowym, czy nie? Bo potem właśnie na tę scysję i charakter waszej relacji zrzucano winę za niewykorzystany przeciw Argentynie przez legendarnego Kakę rzut karny.
Zbigniew BONIEK: - Całe zdarzenie obrosło niepotrzebną legendą. Z Kaziem miałem tak samo dobre stosunki, jak z innymi zawodnikami z tamtej drużyny. Wtedy grałem z kimś w tenisa stołowego, a przyszedł Kaziu i mówi: – Daj mi rakietkę. Odpowiedziałem, że nie dam, dopóki nie dokończymy seta. Nie doszło do żadnego zwarcia, nikt nikogo nie pobił. Ja byłem młodym chłopakiem, a Kaziu miał swoją pozycję w zespole...

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~taki jedenUżytkownik anonimowy
~taki jeden :
No photo~taki jedenUżytkownik anonimowy
Najbardziej rozrywkowy w ekipie z Hiszpanii był bramkarz Jarecki ze Śląska Wrocław. Na libacji wyszedł oknem i nadal go szukają, a minęło 36 lat.
30 sty 21:36
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~Jan SkokUżytkownik anonimowy
~Jan Skok :
No photo~Jan SkokUżytkownik anonimowy
W 1978 roku Polska nie mogła zagrać z Holandia w półfinale MS, bo nie było wtedy półfinałów. Stasio Terlecki do USA wyjechał dopiero w 1982 roku, rok po odwieszeniu Bonka i Młynarczyka. Takie brednie a la prezes PZPN.
30 sty 17:41
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~K.Z.Użytkownik anonimowy
~K.Z. :
No photo~K.Z.Użytkownik anonimowy
Gratuluję wywiadu:-) ciekawy, szczery i dużo się dowiedziałem. Polecam!
28 sty 18:20 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii