„Malina” lepszy od wina

Marcin Malinowski
 /  fot. Michał Gołda  /  źródło: Pressfocus

Niedawno MKP Odra Centrum Wodzisław wywalczyła awans do IV ligi. Ostoją defensywy drużyny z Wodzisławia Ślaskiego był prawie 42-letni Marcin Malinowski, który w przeszłości rozegrał 458 meczów w ekstraklasie. - Gdybym lajtowo podchodził do gry w okręgówce, wiosną nie stracilibyśmy pięciu bramek, tylko dwadzieścia pięć - przekonuje "Malina".

BOGDAN NATHER: Gra w okręgówce była dla pana zabawą?
MARCIN MALINOWSKI: - Każdy, kto mnie zna wie, że na boisku wszystko robię serio i nie na pół gwizdka.


Chodzi mi o to, że piłkarz, który rozegrał w ekstraklasie 458 meczów, nie musi się specjalnie wysilać, by być na boisku w takiej lidze profesorem.
MARCIN MALINOWSKI: - To nie jest kwestia umiejętności, tylko charakteru. Muszę być dobrze przygotowany fizycznie do każdego meczu, by mnie młodsi wiekiem zawodnicy nie ogrywali. Gdyby było inaczej, wystarczyłoby grać ze mną „na obieg”, wypuścić piłkę i wygrać ze mną pojedynek biegowy. Gdybym lajtowo podchodził do gry w okręgówce, wiosną nie stracilibyśmy pięciu bramek, tylko dwadzieścia pięć. Zauważyłem bowiem, że wielu zawodników z innych drużyn chciało mi coś udowodnić, chociaż byli tacy, którzy odnosili się do mnie z szacunkiem.


Skoro o tym mowa - trener Bartłomiej Socha stwierdził, że bez pana w składzie, taki wynik nie byłby możliwy. Oddał istotę sprawy, czy przesadził?
MARCIN MALINOWSKI: - Na pewno lepiej czytam grę od moich dużo młodszych kolegów z obrony. Z racji wieloletniego doświadczenia lepiej się ustawiam, bo potrafię przewidywać rozwój wydarzeń na boisku. Ale po pierwsze - gdybym sam grał na obronie, tak minimalne straty nie byłyby możliwe. Po drugie zaś - to nie jest tylko zasługa obrońców i bramkarza, ale całego zespołu. Wszyscy bronią dostępu do własnej bramki, od napastników począwszy, na obrońcach kończąc. Jak widać gra destrukcyjna drużyny musiała nieźle funkcjonować.


Rola nauczyciela młodych adeptów futbolu panu odpowiada?
MARCIN MALINOWSKI: - Nigdy nie „gwiazdorzyłem”, bo to nie leży w moim charakterze. Mam nadzieję, że ci piłkarze, którzy początkowo patrzyli na mnie z byka, zmienili zdanie. Jestem od tego, by podpowiadać innym piłkarzom, młodszym wiekiem i boiskowym stażem. Czasami zwracałem im uwagę łagodnie, a czasami w ostrzejszych słowach. Z satysfakcją muszę powiedzieć, że moi partnerzy z obrony grali coraz lepiej, drobnymi krokami szli do przodu.


Odważyłby się pan zagrać w III lidze?
MARCIN MALINOWSKI: - Odpowiem panu za rok.


To chyba pierwszy przypadek w pańskiej karierze piłkarskiej, że trener jest od pana młodszy. Znajdujecie wspólny język z Bartłomiejem Sochą? Czyje zdanie jest ważniejsze - jego, czy pańskie?
MARCIN MALINOWSKI: - Rzeczywiście, to pierwszy przypadek w mojej przygodzie z piłką. Moje relacje z Bartkiem są bardzo dobre. Kiedy przychodziłem do Odry powiedziałem to poprzednikowi Bartka, Piotrowi Hauderowi, że nie przychodzę do drużyny po to, by kopać dołki pod trenerem. Tak było wtedy i tak jest teraz. Bartek Socha jest szefem, do niego należy ostatnie słowo, bo to on odpowiada za drużynę i za wyniki. Nie ukrywam jednak, że dużo i często ze sobą rozmawiamy, analizujemy, wspólnie wyciągamy wnioski. Jeżeli jest między nami różnica zdań, to Bartek Socha podejmuje decyzję i ja nigdy jej nie zakwestionowałem.


Niedługo stukną panu - nie wypominając wieku - 42 lata, ale z naszej rozmowy wynika jednoznacznie, że nie zamierza pan wieszać butów na kołku. Zastanawia się pan czasami, czy to nie pora, właściwy moment, by zakończyć karierę?
MARCIN MALINOWSKI: - Boję się tego momentu jak ognia, chociaż wiem doskonale, że kiedyś przyjdzie taka pora. Ale na razie wytrzymuję fizycznie, zdrowie dopisuje, więc nie widzę powodu, by już kończyć przygodę z piłką. Na pewno wyczuję moment, gdy taki sygnał nadejdzie.

Z tej samej kategorii