Tomasz Miroski: Potrzebujemy czegoś nowego

- Naszym celem jest awans do IV ligi. Co prawda jeszcze nie w tym sezonie, ale w następnym... Od 1988 roku gramy na tym samym szczeblu i potrzebujemy czegoś nowego - mówi prezes LKS Bestwina - klubu, który niedawno świętował 70-lecie.

Tomasz Miroski
 fot. Dorota Dusik  /  źródło: własne

J. DUSIK: Na czele klubu z Bestwiny stoi pan od 29 września, ale pańska przygoda z LKS-em trwa pewnie znacznie dłużej...

TOMASZ MIROSKI: - Wszystko zaczęło się chyba jeszcze w... przedszkolu, a już na pewno w szkole podstawowej, bo byłem trampkarzem, a następnie juniorem. Jako 15-latek trafiłem do pierwszej drużyny, grającej wówczas w klasie terenowej. Debiutowałem w 1990 roku, jednak po zerwaniu więzadeł w obu kolanach skończyła się moja boiskowa przygoda, a zaczęła się nauka i praca, z dala od stadionu w Bestwinie. Czasem tylko zasiadałem na trybunach jako kibic. Pięć lat spędziłem w Anglii, z której razem z synem wróciłem półtora roku temu i zaczęliśmy pracować w jednej firmie. Adrian też połknął piłkarskiego bakcyla. Od podstawówki do juniora rozwijał się w SMS BBTS Podbeskidzie.

 

Wrócił pan do macierzystego klubu jako ojciec zawodnika?

TOMASZ MIROSKI: - Tak i wkrótce zostałem kierownikiem. Byłem nim jednak tylko przez trzy miesiące, bo na zebraniu sprawozdawczo-wyborczym wybrano mnie na prezesa. Gdy zaproponowano mi tę funkcję, zgodziłem się od razu, gdyż lubię wyzwania.

 

Jaki ma pan pomysł na klub?

TOMASZ MIROSKI: - Naszym celem jest awans do IV ligi. Co prawda jeszcze nie w tym sezonie, ale w następnym... Od 1988 roku gramy na tym samym szczeblu i potrzebujemy czegoś nowego. W piłce nożnej coś się musi dziać, a awans czy spadek to przełomowe wydarzenia, o których się później długo wspomina i które napędzają do działania. Zachęcają też dzieci i młodzież, a mamy juniorów grających w II lidze wojewódzkiej i trampkarzy w III lidze wojewódzkiej. Ich celem jest utrzymanie, ale zadanie mają trudne, bo bywają mecze, w których drużyna z rocznika 2003 rywalizuje z zawodnikami urodzonymi w 1999 roku. Nie muszę chyba dodawać, co w tym wieku znaczy różnica czterech lat, ale stawiamy na młodzież, bo to nasza przyszłość.

 

Czy w zespole seniorów też występują wasi młodzi wychowankowie?

TOMASZ MIROSKI: - W kadrze pierwszej drużyny mamy dziewięciu wychowanków, ale czekamy na następnych. Nie znaczy to jednak, że zespół, który zdobył wicemistrzostwo półmetka w rozgrywkach AP-Sport Beskidzka Liga Okręgowa, jest oparty na piłkarzach z zewnątrz. Tworzymy drużynę gminy Bestwina, a „obcy” to nasi sąsiedzi, bo Mariusz Duś i Krystian Makowski są z Jasienicy, a Artur Sawicki z Komorowic. Na boisko ma więc bliżej niż Mateusz i Bartek Droździkowie, którzy są z Kaniowa, czyli z naszej gminy. Zdaję sobie sprawę, że jeżeli chcemy walczyć o awans, to posiłki z zewnątrz będą niezbędne, ale jednocześnie nie zapominam o naszych wychowankach. Dlatego od przyszłego sezonu planujemy zgłosić do rozgrywek drużynę rezerwową. Ma być ona szczeblem pośrednim dla zawodników, którzy kończą wiek juniora i potrzebują czasu oraz ogrania wśród seniorów, żeby dołączyć do pierwszego zespołu. Po co mamy ich wypożyczać, skoro mogą rozwijać się u nas i być pod ręką oraz do dyspozycji trenera.

 

Które ze spotkań LKS-u najbardziej utkwiło panu w pamięci?

TOMASZ MIROSKI: - Najwięcej nerwów kosztował mnie sierpniowy mecz w Czechowicach-Dziedzicach. Po pierwszej połowie prowadziliśmy z obecnym liderem tabeli 2:1 i choć w 64 minucie MRKS wyrównał, to od 84 minuty graliśmy w przewadze, bo Mateusz Żyła po drugiej żółtej kartce musiał opuścić boisko. Gola straciliśmy w ostatnich sekundach i choć zagraliśmy naprawdę dobrze, to ostatecznie przegraliśmy 2:3. Już nawet nie mówię, że powinniśmy ten mecz wygrać, ale gdybyśmy przynajmniej utrzymali remis, to na półmetku mielibyśmy 6 punktów straty do lidera, a nie 9. Ale wiosną będziemy próbowali gonić lidera.

 

Jaki jest pana ulubiony klub?

TOMASZ MIROSKI: - Jako młody chłopak często jeździłem na mecze GKS-u Katowice, wtedy jeszcze z Jasiem Furtokiem. Później swoje uczucia przerzuciłem na Górnika Zabrze, w którym grał świętej pamięci Rysiek Kraus, szwagier mojej kuzynki. Ale teraz moim ulubionym klubem jest LKS Bestwina. W nim się w pełni angażuję i w nim swoje miejsce znalazł też syn, bo Adrian nie tylko gra w zespole trenera Sławomira Szymali, ale też prowadzi zespół juniorów.

 

Cała rodzina związana jest z klubem z Bestwiny?

TOMASZ MIROSKI: - Starszy syn też grał w LKS-ie. Gdy był juniorem, został królem strzelców, jednak z powodu kontuzji musiał zakończyć piłkarską przygodę. Chciałem nawet „zwerbować” Dawida do klubu na działacza, ale niebawem będzie brał ślub i wyprowadzi się za Andrychów, więc na jego pomoc w klubie nie miałbym co liczyć. Czuję wsparcie żony, bo Izabela jest na każdym meczu. Nie angażuje się co prawda w działalność klubową, ale jest z nami całym sercem. Wspierają mnie także bardzo mocno Leszek Łuszczak i Katarzyna Kościuch, czyli wiceprezes i skarbnik, którzy w mojej klubowej działalności są jak prawa i lewa ręka. Dzięki nim swoją pracę zawodową, a jestem budowlańcem i pracuję w firmie „Dom dla każdego”, spokojnie mogę pogodzić z klubowymi obowiązkami. W pracy buduję domy, a po pracy buduję... klub, mając nadzieję, że seniorów doprowadzę do IV ligi, a wychowanie kolejnych młodych zawodników zapewni udane lata do następnego jubileuszu.

Z tej samej kategorii