Kacper Woryna: Żużla na piłkę nie zamienię

Na torze bardzo ważna jest rola motocykla, a na boisku liczy się tylko człowiek i koledzy z zespołu - mówi mistrz świata juniorów na żużlu, który w wolnym czasie wspiera C-klasowy KS Szczerbice.

Kacper Woryna
 /  fot. Dorota Dusik  /  źródło: własne

Podsumowując bardzo udany sezon, Kacper Woryna, żużlowy mistrz świata juniorów - tytuł ten wywalczył we wrześniu z reprezentacją Polski na macierzystym torze w Rybniku - zamienił plastron na piłkarską koszulkę. Jest bowiem zawodnikiem KS Szczerbice, lidera rybnickiej klasy C.

 

SPORT: Od czego zaczęła się pana sportowa przygoda, od żużla czy piłki nożnej?
Kacper WORYNA: - Początki były... żużlowo-piłkarskie. W Rybniku te dwie dyscypliny się przenikają, stąd gdy miałem 8-9 lat i - kontynuując rodzinne tradycje - interesowałem się „czarnym sportem”, fascynował mnie też futbol. Moi koledzy byli zachwyceni Jerzym Dudkiem, grającym wówczas w Liverpoolu, więc ja też chciałem być bramkarzem i bronić karne w finale Ligi Mistrzów. Zapisałem się do RKP Rybnik, z którym wyjechałem na turniej w Dorsten. Uczestniczyły w nim m.in. Bayer Leverkusen i Real Madryt, ale to my doszliśmy do finału. Nie byłem co prawda podstawowym zawodnikiem, jednak w historii turnieju zapisałem się jako wicemistrz. Zagrałem przez chwilę w ataku i do dziś jest to moja piłkarska pozycja.

Kiedy przestał pan trenować?
Kacper WORYNA: - Po kilku miesiącach. Postawiłem na żużel, ale na podwórku, czy w rozgrywkach szkolnych do gry w piłkę nie trzeba mnie było dwa razy prosić. Jak tylko koledzy szli na boisko, biegłem za nimi.

A kto pana namówił na występy w KS Szczerbice?
Kacper WORYNA: - Nikt mnie nie musiał namawiać. Krzysiek Wrona, który gra w Szczerbicach i Rysiek Piotrowski, najlepszy strzelec i kapitan zespołu, są moimi znajomymi z... orlika. Kiedy zapytali czy po zakończeniu sezonu żużlowego nie chciałbym zagrać w ich drużynie, z którą walczą o awans do klasy B, powiedziałem, że zrobię to z przyjemnością. Wiem, że istnieje ryzyko kontuzji, ale ono jest wszędzie, więc o tym nie myślę. Sporo ludzi mi to odradzało, ale postanowiłem spróbować.

Pańska drużyna w 8 meczach zdobyła 24 punkty i z bilansem bramkowym 35:10 jest liderem...
Kacper WORYNA: - …ale ja nie mam wielkiego wkładu w ten dorobek, bo wygrywała beze mnie i zwyciężała nawet wtedy, gdy wchodziłem na boisko. Zaliczyłem 3 mecze, a raczej 15-minutowe końcówki. Trenowałem z chłopakami trzy razy w tygodniu i w ramach rekreacji robiłem to, co lubię. Do tego dochodziło granie dwa razy w tygodniu na orliku. Na boisku zastępowałem wspomnianych kolegów, Rysia i Krzysia, ale na gola będę musiał poczekać do przyszłego roku. Niedzielnym meczem z Sokołem Chwałęcice zakończyłem bowiem tegoroczny sezon piłkarski i teraz - razem z dziewczyną - wyjeżdżam na miesiąc do Australii. To będzie odskocznia od stresów i problemów życiowych oraz zresetowanie się przed następnym sezonem żużlowym.

Co łączy żużel i futbol?
Kacper WORYNA: - Niewiele. Na torze bardzo ważna jest rola motocykla, a na boisku liczy się tylko człowiek i koledzy z zespołu. Moje warunki fizyczne, a raczej ich brak, w porównaniu z innymi zawodnikami - bo mam sylwetkę typowego żużlowca - na murawie nie są atutem, ale ponieważ jestem dobrze przygotowany fizycznie i ogólnie wysportowany, to daję sobie radę w walce o piłkę.

Zamieniłby pan żużel na futbol?
Kacper WORYNA: - Nie, no chyba, że... otrzymam ofertę z Bayernu albo z Chelsea. Wtedy nie odmówię (śmiech). Gdyby się odezwali, to i tak bym poprosił, żeby mi pomogli połączyć kopanie piłki z jazdą na żużlu.

Powiedział pan Bayern i Chelsea... To pańskie ulubione kluby?
Kacper WORYNA: - Najpierw był Liverpool, ale rodzina w Anglii kibicowała Chelsea i „przerobiła” mnie na kibica The Blues. Najważniejsza jest jednak dla mnie reprezentacja Polski, a Robert Lewandowski to mój idol. Oglądam go tylko w telewizji, ale mam nadzieję, że będę miał kiedyś okazję zobaczyć z bliska jak gra. Marzę, by poznać go osobiście. Podziwiam też wszystkich zawodników reprezentacji Polski i kibicuję im, gdy grają w swoich klubach, ale wzorem sportowca jest dla mnie Cristiano Ronaldo. Lubię go oglądać, bo to człowiek, z którego każdy profesjonalista może brać przykład, jak należy pracować - poświęcić wszystko, żeby były efekty.

Kibicuje pan piłkarzom ROW-u 1964 Rybnik?
Kacper WORYNA: - Osobiście znam tylko Damiana Gorzawskiego, który znajduje czas, by mi kibicować, a ja - choć wiele razy mu obiecywałem - nie miałem okazji pójść na jego II-ligowy występ. Ale gdy grał w „okręgówce”, w drużynie rezerw, to widziałem go w akcji na żywo.

Mecze rybnickich żużlowców w ekstralidze oglądało średnio prawie 10 tysięcy widzów. Jak przy nich wygląda setka kibiców w Szczerbicach?
Kacper WORYNA: - W tej setce była spora grupa znajomych, którzy przyszli, by mnie zobaczyć i się pośmiać. Na żużlu zakładam kask i skupiam się wyłącznie na starcie. Owszem, widzę szalejących kibiców, co podnosi adrenalinę, ale do tego jestem przyzwyczajony. To moja pasja i praca, więc muszę z tym żyć. Wejście na boisko to z kolei całkiem inne przeżycie. Myślałem, że będzie luz, a była trema. Gra na orliku z kolegami to coś zupełnie innego niż rywalizacja o punkty. Na szczęście na treningach udało mi się załapać taktykę i na meczu robiłem wszystko, by trener był ze mnie zadowolony. Moi kibice z tatą, ciocią i wujkiem oraz moimi mechanikami na czele też mnie wspierali. Wszędzie ze mną jeżdżą, więc na piłkarskich meczach też byli, choć czasem się ze mnie śmiali. Piłkarska presja jest jednak zupełnie inna. Może gdybyśmy grali na stadionie, przy 10 tysiącach widzów... Na boiskach klasy C wszystko jest mniejsze, ale mimo tego czułem duży stres, bo nie chciałem dać plamy.

Jakie jest pana piłkarskie i żużlowe marzenie?
Kacper WORYNA: - Piłkarskie? Zarabiać tyle co chociażby Lewandowski... A mówiąc poważnie, chciałbym poznać swoich piłkarskich idoli, nie mówiąc już o tym, żeby się z nimi zaprzyjaźnić i razem spędzać czas. A żużlowe? Zdobyć mistrzostwo świata, ale przede wszystkim, w każdych zawodach prezentować się dobrze oraz za każdym razem cało i zdrowo zjeżdżać z toru oraz by w życiu dopisywało mi szczęście.

 

Z tej samej kategorii