Córkę mam, oddam ci ją za żonę. Tylko zostań!

Tomasz Leszczyński
 fot. Zygmunt Taul/ruchradzionkow.com  /  źródło: Materiał prasowy

Tak jak się nie da nie lubić atmosfery żółto-czarnej szatni w Radzionkowie, tak nie da się nie lubić „Leszcza”.

Lada (ty)dzień stuknie mu „trzydziestka”. Sam już wie od pewnego czasu, że boisk pierwszej - a zresztą: niechby tylko trzeciej - ligi już raczej nie zawojuje. Ale w czwartej? Wciąż czerpie niebywałą radość z kopania piłki. Tym bardziej, że w ostatnich kilku miesiącach los chciał mu ją dwukrotnie zabierać

 

Moje miejsce na ziemi

 

Kiedy rozmawiam z Tomaszem Leszczyńskim na murawie stadionu Ruchu Radzionków, raz za razem z szatni „Cidrów” wybiega któryś z jego kolegów. „A powiedz tam prawdę, którego z kolegów najbardziej lubisz” - rzucają. Albo: „Już się tak nie chwal...”. Wszystko z odrobiną niezbędnej w każdej szatni szydery, ale przede wszystkim - z dużą sympatią. Bo tak jak się nie da nie lubić atmosfery żółto-czarnej szatni (- Szczęśliwy byłem w macierzystym Gwarku Ornontowice, póki ludzie w klubie mną nie pogardzili... Szukałem więc potem tego swojego piłkarskiego miejsca na ziemi: LKS Bełk, Polonia Łaziska Górne. Wreszcie trafiłem do Radzionkowa. I to było to - mówi nasz rozmówca), tak nie da się nie lubić „Leszcza”. Uśmiechnięty, czasem z chojrackimi pomysłami - na przykład gdy próbuje zdobyć gola przewrotką; na pewno zawsze ambitny do bólu.

Dwa razy w minionym sezonie pękała mu piąta kość śródstopia: najpierw w ligowym spotkaniu z Szombierkami, potem - w zimowym sparingu z rezerwami Górnika Zabrze. Ta sama kość oczywiście, tylko kilka milimetrów dalej. - Lekarz powiedział: „Teraz już musi być śruba”. Operacja, noga unieruchomiona na parę tygodni. Nachodziły mnie różne myśli. „A może już sobie dać spokój?” - zastanawiałem się. Ale... piłka raz jeszcze okazała się ważna w moim życiu. Zacząłem ćwiczyć mięśnie, zacząłem walczyć. Chciałem udowodnić, że można się psychicznie podnieść - podkreśla Leszczyński. I podniósł się; dziś znów cieszy się grą; i cieszy nią oko wielu radzionkowskich fanów.

 

Dziecko pana „Balu”

 

Piłka okazała się ważna, choć wcześniej... nie zawsze najważniejsza była. Bo dzięki piłce mógł żyć wygodnie; pięć lat spędził w piłkarskiej „ziemi obiecanej”, którą dla niego okazał się Cypr. Trafił tam właściwie zaraz po maturze, wysłany na Wyspę Afrodyty przez świętej pamięci Henryka Bałuszyńskiego. To jemu zawdzięcza fakt, że w swej przygodzie z piłką zobaczył nieco inne horyzonty, niż te tworzone przez wspomniany Gwarek Ornontowice. „Balu” wyciągnął zdolnego 17-latka z juniorskiej grupy do IV-ligowego zespołu seniorów, którego był trenerem. A potem szukał dlań klubu w wyższej lidze.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~KobraUżytkownik anonimowy
~Kobra :
No photo~KobraUżytkownik anonimowy
Taki zwykły kelner z Cypru nie da się go nie lubić ? haha na osiedlu go nie lubią
6 sie 14:10 | ocena:100%
Liczba głosów:2
0%
100%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~kibicUżytkownik anonimowy
~kibic :
No photo~kibicUżytkownik anonimowy
Taki jeździec bez głowy...
6 sie 13:25 | ocena:50%
Liczba głosów:2
50%
50%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii