Marek Szwedziński: Kontynuuję rodzinne tradycje

zz
 źródło: własne

Moją ideą jest zbudowanie klubu, który stanie się wizytówką naszego regionu. Na wyremontowanym stadionie chcemy mieć pełne trybuny kibiców utożsamiających się z drużyną - deklaruje prezes Sparty Lubliniec, Marek Szwedziński.

Po dziewięciu latach gry w „okręgówce” klub z Lublińca wrócił do IV ligi. Na jego czele stoi Marek Szwedziński, właściciel domu pogrzebowego.
- Gdy miałem 7 lat, brat przyprowadził mnie na trening Sparty i - nieskromnie powiem - chyba miałem talent, bo szybko wskoczyłem do zespołu seniorów. Zaczynałem od występów w rezerwach, które grały w klasie C i B, a w pierwszej drużynie, która występowała w klasie okręgowej, zadebiutowałem mając 14 lat. Wtedy był przepis, że w drużynie musiał występować junior i trener, świętej pamięci Zygmunt Olszok, postawił na mnie. Pamiętam ten pierwszy mecz niezbyt dokładnie, bo już w 7 minucie opuściłem boisko ze... złamaną nogą.


Jerzy DUSIK: Jak długo musiał pan pauzować?
Marek SZWEDZIŃSKI: - Po dwóch tygodniach, jak tylko zdjęto mi gips, wróciłem do treningów i choć wszyscy stukali się palcem w czoło, ja biegałem po boisku. Taki miałem charakter, a piłka jest moim życiem. Szczególnie spotkania z drużynami z Częstochowy, Victorią i Rakowem. były wtedy zacięte. To były mecze podwyższonego ryzyka, a ja w atmosferze walki z rywalami zza miedzy bardzo dobrze się czułem. Mój wzór waleczności Tadek Honisz, czy świętej pamięci Franek Dziwisz, który był 20 lat starszy i mógł być moim ojcem, a był prawdziwym... kolegą z boiska, opiekowali się mną, pomagając rozwijać talent na treningach i na obozach w Jagniątkowie. Byłem dumny, że gram w Sparcie, a w liceum byłem rozpoznawalny. Wszyscy z szacunkiem mówili o mnie „piłkarz Sparty”.

 

Miał pan propozycje z innych klubów?
Marek SZWEDZIŃSKI: - W wieku 17 lat dostałem propozycję z Rakowa, który wtedy grał na zapleczu ekstraklasy. Podpisałem już nawet kontrakt, ale nie wywiązali się z niego częstochowscy działacze. Chodziłem do liceum i chciałem kontynuować naukę, a gwarantowano mi zawodówkę. Nie zgodziłem się na to. Ojciec przyjechał do Częstochowy i zabrał mnie do domu. Zrobiła się afera. Zostałem zawieszony na dwa lata, a ówczesne władze polityczne przyjeżdżały nawet do domu, by nas straszyć, ale nic to nie dało. Ojciec pojechał ze mną do redaktora „Dziennika Zachodniego” Jana Lazara i po jego artykule szef SB z Częstochowy przyjechał z przeprosinami, a ja natychmiast zostałem odwieszony. Grałem później w juniorskiej reprezentacji Częstochowy w rozgrywkach o Puchar Michałowicza i podobno był mną zainteresowany Górnik Zabrze. Dowiedziałem się jednak o tym dopiero gdy miałem... 40 lat, podczas rozmowy z jednym z działaczy Górnika, który powiedział, że ktoś z Lublińca zablokował mój transfer.

 

Jak długo grał pan w Sparcie?
Marek SZWEDZIŃSKI: - Do 22. roku życia na pozycji forstopera, czyli środkowego obrońcy. Gdy miałem 24 lata, zostawiłem bieganie za piłką i poświęciłem się rodzinie, bo miałem już dwójkę dzieci, a trzecie było w drodze. Zostałem jednak kibicem na 30 lat, udzielając się w zespole oldbojów. Na spotkaniu podsumowującym 2015 rok postanowiliśmy wejść do zarządu klubu. Mieliśmy „zaatakować” całą drużyną, a na walnym zebraniu w marcu 2016 roku na placu boju zostałem tylko ja i brat. Kazimierz został prezesem, a ja wiceprezesem. Brzmi dumnie, ale w klubie było wtedy 17 zawodników i to była cała Sparta. Trochę sprzętu, pusta kasa i nic więcej. Gdyby nie pomoc, wsparcie i duże zaangażowanie członków zarządu, czyli Marioli Honisz oraz Jana Mańki i Mariusza Radka, sam niczego bym nie osiągnął.

 

Jaki postawiliście sobie cel?
Marek SZWEDZIŃSKI: - Zaczęliśmy od generalnego remontu w budynku, w którym są szatnie i biuro, ale ten zapał po czterech miesiącach działalności przerwała śmierć brata. Obiecałem sobie wtedy, że będę kontynuował to, czego się razem podjęliśmy i wprowadzę Spartę do IV ligi. Słowa dotrzymałem. Od lipca 2016 roku jestem prezesem klubu, w którym mamy ponad 200 dzieci w 9 grupach, zespół dziewczyn i dwie drużyny seniorów, którzy w poprzednim sezonie wywalczyli dwa awanse. Stworzone rezerwy weszły do klasy A, a pierwszy zespół wygrał klasę okręgową i teraz gra w IV lidze. Do pełni szczęścia zabrakło tylko awansu juniorów starszych, którzy walczyli o miejsce w I lidze wojewódzkiej, ale przegrali baraże z Czarnymi Sosnowiec.

 

Rodzina nie protestuje, że poświęca się pan dla klubu?
Marek SZWEDZIŃSKI: - Mam bardzo kochającą i wyrozumiałą żonę. Basia jako dziecko chodziła na mecze Sparty, w której grał jej ojciec, a później przychodziła oglądać moje występy. Syn też grywał w Sparcie, ale zerwał więzadła krzyżowe i już nie wrócił na boisko, a z trzech córek... jedna zapowiadała się na dobrą piłkarkę. Karolina ma już jednak ponad 30 lat, więc zawodniczką nie zostanie, ale prawdopodobnie będzie u nas trenerem. Musi skończyć kursy, by wesprzeć sztab szkoleniowy kobiecej drużyny. Niektórzy się śmieją, że ten zespół powstał dlatego, że mam pięć... wnuczek. Najstarsza Antonina gra już w Sparcie, a Zosia, która ma 2,5 roku oraz Marysia, która ma 6 miesięcy mogą stanowić przyszłość lublinieckiej drużyny.

 

Który mecz z czasów prezesury najbardziej zapadł panu w pamięć?
Marek SZWEDZIŃSKI: - Każdy jest ważny i wszystkie mocno przeżywam, ale najbardziej pamiętne było czerwcowe spotkanie z Amatorem Golce, które zremisowaliśmy bezbramkowo, choć mogliśmy wygrać i przypieczętować awans. Kropkę nad „i” postawiliśmy w następnym meczu, a mistrzostwo było sukcesem całego zespołu. Są w nim: Bogusław Borowiec, najlepszy strzelec klasy okręgowej, Damian Kosiński, który teraz jest liderem strzelców, Damian Gadecki i mój bratanek Michał Szwedziński, grający na środku obrony i kontynuujący rodzinne tradycje. To ludzie, którzy tworzą trzon drużyny.

 

Marzy się panu III liga?
Marek SZWEDZIŃSKI: - Na razie myślimy o bezpiecznym miejscu w IV lidze. Moją ideą jest zbudowanie klubu dla ludzi z Lublińca i naszego powiatu. Na naszym wyremontowanym stadionie chcemy mieć pełne trybuny kibiców utożsamiających się z drużyną kibiców. Taka praca ma sens. Nie chcemy sprowadzać zawodników, bo ich najbliżsi na mecz nie przyjadą. Chcę stworzyć klub rodzinny, wizytówkę regionu, a nie „legię cudzoziemską”, która wymaga dodatkowych opłat. Moje marzenia są „przyziemne”. Chciałbym, żeby jak najszybciej powstała trzecia płyta, czyli boczne boisko trawiaste oraz budynek klubowy. Obiekt, w którym obecnie „stacjonujemy” należy do wojska i mamy tylko rok na przeprowadzkę. Nasz klub jednak i tak ma już wiele. Stadion, który został wyremontowany dzięki burmistrzowi Edwardowie Maniurze i radzie miejskiej, jest tak piękny, że może go nam pozazdrościć cały powiat. To cieszy serce. Myślę, że przy dalszym wsparciu burmistrza i miasta zbudujemy fundamenty kolejnych sukcesów Sparty.

 

Z tej samej kategorii