Maciej Żak: Idziemy w dobrym kierunku

Nie mamy zadania awansować, ale nikt nie zabrania nam wygrywać, więc walczymy o mistrzostwo - mówi grający trener LKS-u Czaniec, wicelidera II grupy HAIZ IV ligi śląskiej.

Maciej Żak
 /  fot. Dorota Dusik  /  źródło: własne

SPORT: W czasach gdy sformułowanie „przywiązanie do barw klubowych” mocno się zdewaluowało, może pan uchodzić za wyjątek. W klubie z Czańca jest pan już 12. sezon. Jak pan do niego trafił?
Maciej ŻAK: - Jestem wychowankiem Skawy Wadowice i nadal mieszkam w swoim rodzinnym mieście, skąd do Czańca mam 20 kilometrów - mówi urodzony 5 sierpnia 1979 roku Maciej Żak. - Tę odległość pokonałem jednak z „zakrętami”. Gdy po debiutanckim sezonie w seniorach mojego macierzystego klubu trafiłem do IV-ligowego Garbarza Zembrzyce, miałem 19 lat. Moimi idolami byli Roberto Baggio i Paolo Maldini, a ja marzyłem, by zostać wielkim piłkarzem.

 

Kiedy był pan najbliżej spełnienia marzeń?
Maciej ŻAK: - Po dwóch latach gry w Garbarzu przyszła propozycja z III-ligowej Skawinki. Podobno interesowała się mną wtedy Cracovia, również grająca na tym poziomie i rozpoczynająca szybki marsz do ekstraklasy. Dlatego mój debiut w zespole ze Skawiny, który rundę wiosenną w 2003 roku rozpoczynał właśnie w Krakowie, miał być dla mnie bardzo ważny. Niestety, w przeddzień meczu doznałem kontuzji kolana i nie zagrałem.

 

Jak pan zareagował na pecha?
Maciej ŻAK: - Latem wróciłem do Skawy, która awansowała do IV ligi. W zespole Wojciecha Madeja miałem okazję się odbudować i przyszła oferta z mającej wielkie aspiracje Koszarawy Żywiec. Znalazłem się więc w IV-ligowej drużynie, która w sezonie 2004/05 pokazała się na krajowej arenie, bo w Pucharze Polski doszła do 1/8 finału. Po wyeliminowaniu Polaru Wrocław trafiliśmy do grupy - taki wtedy był regulamin - z mistrzowską Wisłą Kraków trenera Henryka Kasperczaka, I-ligową Szczakowianką Jaworzno i III-ligowymi Tłokami Gorzyce. Choć teoretycznie byliśmy najsłabsi, to wywalczyliśmy 2. miejsce i razem z Wisłą awansowaliśmy. Wiosną wpadliśmy na Koronę Kielce. Po remisie 2:2 u siebie w rewanżu długo byliśmy w grze, bo wynik 1:1 niczego nie przesądzał. Dopiero w końcówce, gdy rzuciliśmy się do ataku, zostaliśmy skontrowani. Grzegorz Piechna, który rok później został królem strzelców ekstraklasy, zdobył gola na 2:1. Musieliśmy się więc pożegnać z rozgrywkami, po których zostały miłe wspomnienia. Grać przeciwko Maciejowi Żurawskiemu czy Tomaszowi Frankowskiemu to było naprawdę wielkie wydarzenie.

 

Czego wtedy zabrakło, by grać przeciwko nim, albo z nimi na co dzień?
Maciej ŻAK: - Jednego wykorzystanego karnego... W IV lidze zajęliśmy 1. miejsce w naszej grupie, co oznaczało, że o III ligę musimy walczyć w barażach z Rakowem Częstochowa. Przez 210 minut - czyli podczas meczu u nas i w rewanżu - nikt nie trafił do siatki, więc o awansie decydowały karne. Strzeliłem gola w 3. serii, a do wyniku 8:8 szliśmy łeb w łeb i... wtedy się zaczęło. Zawodnik Rakowa spudłował i gdyby uderzenie Rafała Jarosza nie padło łupem bramkarza, bylibyśmy w III lidze. W dodatku w następnej serii rywal pokonał Darka Nowaka, a Damian Stolarczyk nie wykorzystał karnego i następny rok musieliśmy grać w IV lidze, w której w sezonie 2005/06 zajęliśmy 2. miejsce. Na koniec tego sezonu trenerem Koszarawy został Marcin Brosz, który widział mnie w swojej drużynie, ale po powrocie z urlopu dowiedziałem się, że działacze nie przedłużą ze mną umowy. Wtedy pojawiła się propozycja z Czańca i dałem się namówić do przeprowadzki. Ciekaw jestem, co by się stało, gdybym wtedy został w Żywcu, bo Koszarawa pod wodzą Marcina Brosza bez problemu weszła do III ligi, a gdzie dziś jest trener Brosz, nikomu mówić nie trzeba. Wiem jednak, że tego kroku sprzed 11 lat nie żałuję.

 

Jaki mecz z czanieckiego okresu wspomina pan najchętniej?
Maciej ŻAK: - Zaczęliśmy od wywalczonego w cuglach awansu do IV ligi, z której po 5 latach weszliśmy do III ligi, by rywalizować m.in. z Polonią Bytom, Odrą Opole czy GKS-em Jastrzębie. Najbardziej pamiętny mecz rozegraliśmy jednak w Ornontowicach, gdzie w ostatniej kolejce w sezonie 2011/12 wygraliśmy 1:0 z Gwarkiem, pieczętując awans do III ligi. O tym, że nie był on dziełem przypadku świadczy fakt, iż graliśmy w niej 4 sezony. Dla mnie szczególnie udany był ten pierwszy, bo - jako środkowy obrońca - w 28 spotkaniach zdobyłem 8 goli, wykorzystując wszystkie karne, a w Opolu do celnego strzału z „wapna” na 1:1 dołożyłem jeszcze... „swojaka” i przegraliśmy 1:3.

 

A pana trenerski debiut?
Maciej ŻAK: - Też był pamiętny, bo 13 kwietnia 2016 roku graliśmy z BKS-em Stalą na Stadionie Miejskim w Bielsku-Białej. Choć rywale liczyli się w walce o II ligę, a my mieliśmy niewielkie szanse na utrzymanie, to wygraliśmy 2:0. Tak zaczęło się spłacanie kredytu zaufania, jakim obdarzył mnie prezes Wojciech Waligóra. To dla mnie wyjątkowy człowiek. Jest tak samo ambitny jak ja, tak samo oddany temu co robi. Szybko znaleźliśmy wspólny język i nadajemy na tych samych falach.

 

Myślicie o powrocie do III ligi?
Maciej ŻAK: - Po degradacji myśleliśmy jak zbudować zespół, który w tej trudnej sytuacji, jaką zawsze jest spadek, zapewni kibicom radość. Udało się, bo w poprzednim sezonie zajęliśmy 3. miejsce, a przed tymi rozgrywkami postanowiliśmy odmłodzić skład. Udało się stworzyć fajny zespół, w którym panuje dobra atmosfera, a wyniki potwierdzają, że idziemy w dobrym kierunku. Zdajemy sobie jednak sprawę, że III liga po reorganizacji to zupełnie nowe wyzwanie organizacyjne. Nie mamy zadania awansować, ale nikt nie zabrania nam wygrywać, więc walczymy o mistrzostwo.

 

W 13 kolejkach straciliście 11 goli. Czy to znak rozpoznawczy obrońcy i trenera Macieja Żaka?
Maciej ŻAK: - Obrońcą byłem od zawsze, bo zaczynałem na lewej stronie, a później zostałem stoperem. Trenerem natomiast chciałem być od dawna. Gdy miałem 25 lat, wiedziałem, że moje następne „wcielenie”. Najpierw zdobyłem licencję UEFA B, a w tym roku ukończyłem kurs UEFA A i przymierzam się do UEFA PRO. Od każdego trenera, zaczynając od Eugeniusza Fornalczyka, który wprowadzał mnie w tajniki futbolu w Skawie, przez Wojciecha Madeja, Marka Piotrowicza, Marcina Brosza i Mariusza Wójcika, staram się wziąć to, co będzie najlepsze dla mojej wizji prowadzenia zespołu.

 

Myślał pan już o tym, kiedy zawiesi buty na kołku?
Maciej ŻAK: - Wiem, że mam 38 lat, ale dopóki czuję, że mogę pomóc drużynie, to wychodzę na boisko. Bywają już jednak mecze, w których staram się skupić na roli trenera. Trzeba nie tylko przygotować zajęcia, ale też dokonać analizy gry drużyny oraz rywali. Koncentruję się więc na swojej pasji i cieszę się, że mogę się w niej realizować w dwóch rolach. Granicy czasowej sobie jednak nie wyznaczam.

 

Z tej samej kategorii