Krzysztof Surowiec: Wszystko musi być „cacy”

- Po rundzie jesiennej zajmujemy 4. miejsce w tabeli III grupy ZINA klasy okręgowej, ale o HAIZ IV lidze myślimy - mówi prezes Gwiazdy Skrzyszów.

Gwiazda Skrzyszów
 /  fot. Dorota Dusik  /  źródło: własne

SPORT: Od 8 lat stoi pan na czele klubu, który w zeszłym tygodniu świętował 85-lecie...
Krzysztof SUROWIEC: - Nie jestem skrzyszowianinem, bo „wżeniłem się” do tutejszej społeczności, a w klubie zacząłem działać 13 lat temu. Zawsze ciągnęło mnie na boisko. Uczyłem się grać w Odrze Wodzisław, a jako senior występowałem w A-klasowej Olzie Godów, aż do momentu, w którym poszedłem do wojska.

Na jakiej pozycji pan grał?
Krzysztof SUROWIEC: - Próbowałem być napastnikiem. Mówię „próbowałem” , bo gdybym był to pewnie... grałbym wyżej, a nie został działaczem.

Kiedy zaczął pan działać?
Krzysztof SUROWIEC: - Po powrocie z wojska wziąłem rozbrat z piłką, bo na pierwszym planie była praca, a następnie rodzina. Ożeniłem się, urodziło się dziecko. Wszystko zmieniło się jednak po wypadku, ponad 20 lat temu.

Co się stało?
Krzysztof SUROWIEC: - Pracowałem jako górnik-hydraulik i w pracy - pod ziemią - straciłem oko. To był uraz mechaniczny. W szpitalu spędziłem miesiąc, a następnie - po dziewięciu miesiącach leczenia - dostałem rentę. Korzystając z wolnego czasu, szukałem nowego celu i znowu w moim życiu pojawiła się piłka. Najpierw chodziłem na mecze Odry, grającej wówczas w ekstraklasie, aż w końcu trafiłem do Gwiazdy, której pierwsza drużyna maszerowała do IV ligi. Zacząłem działać jako kierownik drużyny rezerw, grających w klasie A. A gdy skończył się „złoty okres” i po dwóch sezonach gry w IV lidze zaczęły się problemy, a ludzie zaczęli opuszczać klub, zostałem... prezesem, przejmując funkcję od Rajmunda Durczoka.

Jakie postawił pan sobie zadanie?
Krzysztof SUROWIEC: - Gwiazda miała być klubem dla chłopców z naszej gminy i to się udaje. Nasz grający w klasie okręgowej zespół tworzą nasi ludzie. Na 25 zgłoszonych zawodników tylko dwóch jest „obcych”, jeżeli tak mogę powiedzieć o zawodnikach z Mszany, czyli sąsiedniej gminy. Grzegorz Porwoł, choć mieszka w Gorzycach, jest traktowany jak „swój”, bo jako senior nie grał w żadnym innym klubie. Można więc powiedzieć, że nasz najlepszy strzelec, zdobywający po 20 bramek w sezonie, jest wychowankiem Gwiazdy. To samo można powiedzieć o bramkarzu Pawle Lajdzie, który pochodzi z Gołkowic, a gra już u nas ponad 10 lat.

Co jest najważniejsze w klubie ze Skrzyszowa?
Krzysztof SUROWIEC: - Atmosfera. Tu każdy pomaga. Jeden da wodę, drugi kiełbasę, trzeci 100 złotych. Nie zdarzyło się, żeby ktoś odmówił. To jest nasz klub i dbamy o niego, żeby nie było „gańby”. Wszystko, tak jak nasz kościół, musi być „cacy”. Taki jest właśnie Skrzyszów. Ważne jest też to, że zawodnicy mieszkają blisko, że jesteśmy razem, co pozwala nam znaleźć wspólny język. Są kluby, w których na 18 zawodników 14 dojeżdża i jak się mecz skończy, to po chwili w szatni jest pusto. U nas zaraz po meczu wrze, bo siadamy, analizujemy i wszystko sobie wyjaśniamy. Nie ma niedomówień. A najważniejszym punktem sezonu jest wyjazd do Zakopanego. Co roku, wspierający nas finansowo prezes honorowy Łucjan Wnuk, który jest właścicielem pensjonatu pod Giewontem, zaprasza nas do siebie, gdzize - za tak zwany „wsad do kotła” - spędzamy cztery dni. W tym roku też, od razu po sezonie, pojechaliśmy w góry i wróciliśmy niemal prosto na jubileusz 85-lecia...

Kusi was awans?
Krzysztof SUROWIEC: - Po rundzie jesiennej zajmujemy 4. miejsce w tabeli III grupy ZINA klasy okręgowej, ale o HAIZ IV lidze myślimy... wspominając problemy, z którymi nasz klub borykał się gdy 10 lat temu z niej spadał. Wiemy też, obserwując to, co się dzieje w Odrze Centrum Wodzisław po awansie, że trzeba mieć szeroką i wyrówna kadrę. W dodatku lider naszej grupy, Płomień Połomia, uciekł dość daleko, ale nie rezygnujemy i będziemy walczyć z każdym. Tym bardziej, że od 5. kolejki jesteśmy niepokonani. Szkoda tylko, że na finiszu rundy jesiennej straciliśmy punkty, remisując trzy ostatnie mecze na swoim boisku i to z zespołami z dolnej połowy tabeli. A na wyjazdach wygrywaliśmy nawet z wiceliderem, Przyszłością Rogów, a także na ciężkim terenie w Czernicach i w Czyżowicach.

Boisko w Skrzyszowie nie jest waszym sprzymierzeńcem?
Krzysztof SUROWIEC: - Mamy na nim 4 zwycięstwa i 4 remisy, ale tych remisów jest za dużo. To się bierze z tego, że gdy rywale przyjeżdżają do nas i nastawiają się na defensywę, to nie potrafimy sobie poradzić. Zwłaszcza że jesienna pogoda sprawiła, że graliśmy na podniszczonej murawie, a na takiej łatwiej się bronić. Kiedy jednak rywale się otwierają, to potrafimy rozgrywać skuteczne akcje, bo nie boimy się grać.

Jak rodzina reaguje na pana działalność w klubie?
Krzysztof SUROWIEC: - Żona Edyta się przyzwyczaiła, dzieci też to zaakceptowały. Syn ma 22 lata, a córka 17 lat. Kacper jest zawodnikiem B-klasowego Interu Krostoszowice, a Ola chodzi do liceum malarskiego.

Jakie ma pan sportowe marzenie?
Krzysztof SUROWIEC: - Żeby co dwa lata wchodził do zespołu skrzyszowianin, albo zawodnik z naszej gminy. Latem z Polonii Łaziska Rybnickie przyszedł do nas 25-letni Dawid Kuźdub. Koledzy z drużyny, w głosowaniu na najlepszego zawodnika rundy, wybrali właśnie jego, świadczy najlepiej o tym, że nas wzmocnił.

Który mecz z czasów pańskiej kadencji był najbardziej pamiętny?
Krzysztof SUROWIEC: - Ten... najgorszy. Cztery lata temu prowadziliśmy z LKS-em Krzyżanowice 3:0, a rywale w I połowie nie istnieli. Po przerwie wszystko się odwróciło i przegraliśmy 3:4, tracąc ostatniego gola w 90 minucie. To była katastrofa... Najlepszy mecz z kolei rozegraliśmy w Syryni, gdzie po I odsłonie przegrywaliśmy 0:2, a wygraliśmy 3:2. Trafienie z tego meczu, czyli gol na 2:2, strzelony przez Krzyśka Oślizłę, który zza narożnika pola karnego wkręcił piłkę idealnie w „okienko” dalszego słupka, zostało okrzykniętebramką roku. Dla takich emocji warto działać.

 

Z tej samej kategorii