Andrzej Kłoda: Chcemy dawać radość

Andrzej Kłoda
 /  fot. Dorota Dusik  /  źródło: własne

Nasi zawodnicy grają za piwo i kiełbasę, ale liczy się atmosfera. Lubią się, chcą ze sobą przebywać i to jest podstawa wyników - podkreśla prezes A-klasowej Olzy Pogwizdów, świętującej niedawno 70-lecie.

Kiedy w 1947 roku w Pogwizdowie zakładano klub sportowy, nikt nie zastanawiał się, co będzie za 70 lat. Teraz już wiemy - Olza gra w klasie A podokręgu Skoczów, ale przede wszystkim jednoczy miejscową społeczność, co było widać na spotkaniu pokoleń z okazji jubileuszu.

 

- Wzięło w nim udział 120 osób - mówi prezes Andrzej Kłoda. - Atmosfera była taka, że pojawiły się głosy, by nie czekać na kolejne „lecia”, tylko organizować „miesięcznice”. Choć od 1994 roku pracuję w Pogwizdowie jako listonosz i często mam okazję do rozmów z ludźmi, to nigdy nie usłyszałem tylu osobistych wyznań, w których czuło się szczerość. Zrozumiałem, że zrobiliśmy coś ważnego dla tych ludzi. Podobno w życiu piękne są tylko chwile i ta na pewno była jedną z nich.


Jerzy DUSIK: Od kiedy związany jest pan z Olzą?
Andrzej KŁODA: - Od dziecka biegałem po boisku, jak chyba wszyscy chłopcy urodzeni w latach 70. W 1983 roku jeździłem za naszą drużyną, która awansowała do klasy A i po kilku latach mogłem grać z tymi zawodnikami, którym wcześniej kibicowałem. Zaczynałem na lewej obronie, ale przeszedłem wszystkie pozycje. Do 35. roku życia - z przerwami na sprawy rodzinne - byłem wierny Olzie. Na ten sezon też jestem zgłoszony do gry, ale bardziej jako „starszak”, bo nasi zawodnicy pracują, wyjeżdżają za granicę, albo mają kontuzje. O dyskwalifikacjach nie wspomnę, bo właśnie jesteśmy w trakcie pisania prośby o skrócenie kary rocznej przerwy Robertowi Orłowskiemu, ukaranego 1 kwietnia. Pół roku minęło, więc mamy nadzieję, że Wydział Dyscypliny podokręgu Skoczów zrobi nam jubileuszowy prezent.

 

Kiedy rozpoczął pan prezesowanie?
Andrzej KŁODA: - W 2008 roku, jeszcze jako zawodnik zostałem skarbnikiem, a od 2011 roku jestem prezesem. Prezes takiego klubu jak nasz, to nie jest nie wiadomo kto. To zwykły człowiek, który zna zapach śmierdzących skarpet w szatni, animator sportu. Moim celem jest to, by na takiej wiosce jak nasza, stworzyć warunki do normalnego treningu, przyzwoitej organizacji meczów, by nie było prowizorki. Staramy się na tyle, na ile możemy, choć nie zawsze wychodzi.

 

Są mecze, do których wraca pan pamięcią?
Andrzej KŁODA: - Głównie te... przegrane. Najbardziej pamiętny rozegrałem finale Pucharu Polski na szczeblu podokręgu z LKS Pogórze. Toczył się w fatalnych warunkach, przegraliśmy po dogrywce 1:2, ale byliśmy dumni, bo doszliśmy do finału. Mieliśmy też baraż o awans do „okręgówki”, przegrany z Kontaktem Czechowice-Dziedzice. Na wyjeździe było 0:4, a w rewanżu zremisowaliśmy 2:2.

 

Kto jest piłkarską wizytówką Olzy?
Andrzej KŁODA: - Kibice na pewno kojarzą Dariusza Kłodę, który jest naszym trenerem i wizytówką Olzy, bo grał w ekstraklasie w barwach Odry Wodzisław. Nazwiska mamy te same, ale łączy nas tylko futbol. Jeśli chodzi o klubowe ikony, to muszę wspomnieć o Andrzeju Hatlofie, który ma 505 występów w Olzie i zszedł z boiska mając 45 lat oraz o Wacławie Kałuży, najlepszym strzelcu w historii klubu, autorze 162 goli. Są jeszcze Jacek Mercało czy Bronisław i Piotr Tolaszowie. Zresztą rodziny Tolaszów i Szwedów to nasze piłkarskie rody, które dostarczały kibicom wiele radości.

 

Jaki jest wasz sportowy cel?
Andrzej KŁODA: - Podczas jubileuszu wójt gminy Hażlach, Grzegorz Sikorski, życzył nam awansu do „okręgówki”, a nawet wspomniał o IV lidze, ale trochę się zagalopował... Chcemy zająć wysokie miejsce w klasie A. Gramy swoimi wychowankami, którzy pracują lub studiują. Oprócz drużyny seniorów mamy 5 zespołów młodzieżowych: juniorów, trampkarzy, młodzików oraz dwie grupy orlików. W ten sposób wychowujemy zawodników, ale polityka kadrowa jest taka, że gdy jakieś dziecko się wyróżnia, to przekonujemy je i jego rodziców, by spróbowało sił w lepszym klubie. Nie zatrzymujemy nikogo. Cierpi trochę na tym nasz zespół, ale uważamy, że młodzi i utalentowani zawodnicy powinni mieć szansę gry tam, gdzie są lepsze warunki rozwoju. Choć, jak na warunki A-klasowe, mamy jedną z lepszych płyt, a korzystamy też z hali przy szkole podstawowej, to zdajemy sobie sprawę, że w innych klubach te talenty mogą zostać lepiej oszlifowane.

 

Jak na pańską działalność reaguje rodzina?
Andrzej KŁODA: - Żona Agnieszka nie chodzi na mecze, ale pomaga mi w sprawach organizacyjnych, choć czasem narzeka. Syn Mateusz przygotował na jubileuszową galę prezentację multimedialną, córka Patrycja uprawia judo i ju-jitsu, a najmłodszy syn Kamil gra w Olzie. Działamy razem, bo bez wsparcia rodziny nie ma co mówić o zaangażowaniu w pracę społeczną. Żeby się poświęcać dla innych, trzeba mieć spokój w rodzinie. Zresztą to samo mogą powiedzieć inni działacze, czyli wiceprezes Janusz Kubiak i członkowie zarządu, bo sam niczego bym nie zdziałał. Irena Salamon, Jurek Gawłowski, Tomasz Kuś, Zbigniew Siwek to tylko niektórzy. Warto też podziękować żonom wszystkich zawodników, a szczególnie naszych weteranów, Leszka i Zbigniewa Banotów, którzy w wieku 40 lat, dalej są filarami zespołu. Wspierają nas Grażyna i Hubert Krehutowie, Marek Filipczak, nasi kronikarze Dariusz Handzel i Dariusz Urbaczka, współpracuje Zenon Wawrzyczek, Paulina Paleczny-Brzuska, pomagają panie z urzędu gminy Hażlach z życzliwym nam wójtem. Wszyscy tworzymy sportową rodzinę.

 

Czego wam życzyć na kolejne 70 lat?
Andrzej KŁODA: - Zdrowia. Sport jest wyzwaniem i ryzykiem, bo kontuzje na tym szczeblu są takie same jak w profesjonalnej piłce, ale leczenie to wyłącznie sprawa zawodników. Dlatego gdy zawodnik oznajmia: „odpuszczę ten mecz, bo gdybym doznał kontuzji, to mnie zwolnią z pracy”, to ja go rozumiem. Nasi zawodnicy grają za piwo i kiełbasę, ale liczy się atmosfera. Lubią się, chcą ze sobą przebywać i to jest podstawa wyników. Te natomiast dostarczają kibicom radość i sprawiają, że klub jest fajny i warto się dla niego poświęcać.

 

Z tej samej kategorii