Nikola Mitrović: Lubię, gdy jest „ogień”

- Gdy gram w jakimś miejscu, muszę czuć, że robię to po coś. Dlatego czuję, że Wisła Kraków to dobry wybór - mówi nowy nabytek „Białej gwiazdy”.

Nikola Mitrović
 fot. Grzegorz Łyko  /  źródło: 400mm

Na konferencji prasowej podkreślał pan, że Marko Jovanović polecał panu transfer do Krakowa. Nie przestraszyło pana, że Wisła do dziś spłaca zaległości wobec niego?

NIKOLA MITROVIĆ: Grałem z Markiem w Partizanie i w Bnei Jehuda. Poznaliśmy się na tyle dobrze, że jesteśmy przyjaciółmi i możemy rozmawiać o wszystkim otwarcie. Oczywiście, opowiedział mi o swoich kłopotach z Wisłą. Ale to nie jest ani mój, ani pana problem, tylko sprawa między nim, a klubem. Ale nawet on powiedział, że będę się tu dobrze czuł, bo to naprawdę fajny klub. Podkreślał, że w ostatnich latach były problemy finansowe, ale to naprawdę nie jest dla mnie najważniejsze.

 

To prawda, że w Napredaku Kruszevac, pana poprzednim klubie, grał pan za darmo, całą pensję przelewając na cele charytatywne?

NIKOLA MITROVIĆ: Tak było. Dogadałem się z klubem, że tak rozwiążemy sprawę. Nie dostawałem tam wielkich pieniędzy. One nie zmieniłyby w żaden sposób mojego życia. Ja już coś w życiu zarobiłem, więc chciałem pomóc ludziom, którym moja pensja mogłaby trochę ułatwić życie. Ja mógłbym za to pójść do restauracji czy kupić kolejne ubranie. Ale mam na to pieniądze. Pamiętam, że też kiedyś nie miałem pieniędzy i ludzie mi pomagali. Uznałem, że powinienem zrobić tak samo. Zrobiłem to z serca, ale nie dla rozgłosu.

 

To, że wychował się pan w Jugosławii, w czasie wojny, tak pana ukształtowało?

NIKOLA MITROVIĆ: Ja tak naprawdę nie za bardzo pamiętam wojnę. Takie przeżycia na pewno wzmacniają ludzi. Moi rodzice czy dziadkowie z pewnością byli silniejsi. Wiele ludzi obok nich zginęło za nic. Oni musieli chronić swoją rodzinę, by nie stało się z nią coś podobnego. Ale nie chciałbym musieć być tak silny, jak oni. Cieszę się, że to już minęło i mam nadzieję, że nigdy nie wróci. Zostały mi w głowie jedynie pojedyncze obrazki, ale jako dziecko, nie bierzesz tego na serio. Często pływaliśmy jako dzieci w pobliskiej rzece, co było bardzo niebezpieczne. Pięćset metrów dalej był most, a wiadomo, że w trakcie wojny bombardowane były głównie mosty. Ale jako dziecko myślisz o pływaniu, a nie o bombach.

 

Wybrał pan numer szesnaście, z którym grał w Wiśle Jakub Błaszczykowski, także angażujący się w akcje charytatywne. To świadomy wybór?

NIKOLA MITROVIĆ: Początkowo nie wiedziałem, że to numer po nim. Klub dał mi listę wolnych numerów. Ale Manuel Junco, dyrektor sportowy, powiedział, żebym uważał na szesnastkę, bo grał z nią Błaszczykowski. Spytałem, czy jest zastrzeżona. Odparł, że nie, ale to ciężki numer. Zdecydowałem się wziąć na siebie ten ciężar. Lubię Błaszczykowskiego jako zawodnika, a podobno jako człowiek jest wspaniały, więc nie mam z tym kłopotu.

 

W trakcie kariery zwiedził pan liczne kraje i kultury. Gdzie czuł się pan najlepiej?

NIKOLA MITROVIĆ: Chyba w Budapeszcie. Bardzo dobrze mi się tam żyło. Planuję tam w przyszłości zainwestować. Może tam zamieszkam, bo jest bardzo blisko do Serbii, a moja rodzina bardzo dobrze się tam czuła. W Tel Awiwie też było świetnie. Gorąco, osiem miesięcy wychodziło się na plażę, było wiele restauracji, a samo miasto było spokojne i bezpieczne.

 

Podobno chce pan być trenerem, a w Izraelu spotkał pan parę wielkich postaci. Jak pan je wspomina?

NIKOLA MITROVIĆ: To prawda, chcę się od każdego z nich wiele nauczyć i wykorzystać to w przyszłości. Pracowałem z Paulo Sousą (ex Fiorentina – przyp. MT), Slavisą Jokanoviciem (Fulham), Paco Ayestaranem (ex Valencia) czy Peterem Boszem (ex Borussia Dortmund). Od każdego z nich się czegoś nauczyłem. Sousa i Joan Carrillo są praktycznie tacy sami. Ayestaran miał zupełnie inne metody. Bosz różnił się od każdego z nich. Każdy mi jednak odpowiadał, bo chcieli kontrolować grę, atakować wysoko, posiadać piłkę. To dla mnie zdecydowanie lepsze, niż granie z kontry. Jordi Cruyff był wtedy dyrektorem sportowym i zatrudniał trenerów, którzy pasowali do filozofii jego ojca. On świetnie rozumie futbol. Do dziś mamy dobry kontakt i do dziś jesteśmy dobrymi znajomymi. Do teraz mamy kontakt. Jego asystentem jest teraz jeden z moich najlepszych kolegów i obaj gratulowali mi przejścia do Wisły. Z Boszem z kolei pracowałem tylko przez trzy tygodnie i bardzo żałowałem, że tak krótko. To była wielka przyjemność. W tym czasie rozegraliśmy dwa sparingi i to było fantastyczne przeżycie. Mieliśmy po 65-70% posiadania piłki, stwarzaliśmy wiele szans. Maccabi nie zdobyło z nim mistrzostwa, ale grało rewelacyjną piłkę. To świetny trener i świetna osoba. Ja odszedłem jednak do Chin, bo to dało mi finansową szansę.

Z tej samej kategorii