Maciej Iwański: „A niech gwiżdżą!”

Maciej Iwański
 /  fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

W dzieciństwie o grze w Legii marzył. Ale kiedy marzenia się spełniły, okazało się, że nie jest to wcale ów tak wyczekiwany „klub z obrazka”.

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Zęby zjadł pan na piłce, ale ponoć takiej fety, jaką zgotowali wam w niedzielę fani przy Cichej, jeszcze pan nie przeżył?
MACIEJ IWAŃSKI: Rzeczywiście grałem w kilku klubach, walczących o wysokie cele. I nawet te cele osiągaliśmy - na przykład mistrzostwo Polski - ale nigdy drużyna nie została tak przyjęta, jak w niedzielę w Chorzowie. Co prawda nie byłem na lubińskiej fecie po zdobyciu tytułu przez Zagłębie - po decydującym meczu z Legią zostaliśmy wtedy z Wojtkiem Łobodzińskim na zgrupowaniu kadry w Warszawie - ale z opowieści kolegów wiem, że aż tak „gorąco” nie było. To naprawdę miłe, co zdarzyło się po niedzielnym spotkaniu z Górnikiem. Ja nie pamiętam ze swej przygody z piłką, by ktokolwiek nosił mnie na rękach. Gdzieś z tyłu głowy mam jednak świadomość, że w życiu piłkarza bywają różne chwile „na styku” z kibicami. Sami w Zabrzu byliśmy świadkami „ostrych rozmów pod szatnią”. Swoją drogą - chyba tylko w Polsce wychodzi się do kibiców i tłumaczy, dlaczego przegrało mecz...


Zetknął się pan w trakcie tych kilkunastu lat na polskich boiskach osobiście z takim „motywowaniem piłkarzy” - jak nazywają to kibice?
MACIEJ IWAŃSKI: W pierwszej mojej rundzie w Zagłębiu Lubin przyszli kiedyś po treningu do szatni. Chcieli usłyszeć, czemu po jesieni - skończonej przez zespół na piątym miejscu - wiosną wygraliśmy w lidze tylko raz, niemal cudem ratując się przed spadkiem. A odpowiedź była prosta: równolegle doszliśmy aż do finału Pucharu Polski, poza tym - drużyna „się docierała”: w kolejnych sezonach graliśmy już o mistrzostwo.


No właśnie; od miłości do złości - i z powrotem - jest bardzo niedaleko, czego zapewne macie świadomość. Taka feta nie buduje przypadkiem na zawodnikach dodatkowej presji przed meczem z tylko trochę mniej dla kibiców ważnym niż Górnik rywalem?
MACIEJ IWAŃSKI: Presji nie. Natomiast niezależnie od radości sprawionej kibicom, nie wolno nam uwierzyć, że jesteśmy już superdrużyną - choć całkiem niezłą jesteśmy - i że już wszystko potrafimy. Bo tak nie jest. Daleko nam do maszyny zaprogramowanej na wygrywanie. Dlatego... wróćmy do rzeczywistości i przygotujmy się do kolejnego - trudnego - meczu! Przy Łazienkowskiej zdecyduje dyspozycja dnia, która - mam wrażenie - u nas z dnia na dzień idzie w górę.


Ta niedzielna, z Roosevelta, wystarczy na Legię?
MACIEJ IWAŃSKI: Nie wiem. Legia jest świetnie przygotowana do sezonu. Pokazała to choćby ostatnia analiza w jednym z telewizyjnych programów: potrafiła założyć Zagłębiu taki pressing, że wszyscy zawodnicy byli skoncentrowani na... 36 metrach kwadratowych! Oczywiście, takiej gry uczy się już juniorów, ale bardzo rzadko którekolwiek drużyny są w stanie zrealizować te założenia na boisku. A Legia w obu wiosennych meczach wyszła na rywali takim właśnie pressingiem, co dało jej szybko zdobyte bramki i ustawienie sobie spotkania.

 

Hamalainen, Bereszyński i inni - najbardziej kontrowersyjne transfery w Ekstraklasie

Kto wygra w niedzielę przy Łazienkowskiej?
Plebiscyt PS

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~EkscentrykUżytkownik anonimowy
~Ekscentryk :
No photo~EkscentrykUżytkownik anonimowy
I dlatego tak sie spasł? Teraz może sobie pogadać. Każdy dobrze wie, że niszczył Legie od środka, a był tam tylko dla $...
28 lut 17:27 | ocena:100%
Liczba głosów:1
0%
100%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii