Mariusz Złotek: Prawdę mówiąc, sędziowie mnie wkurzali!

Po kilku sezonach triumfów arbitrów zawodowych, „Kryształowy gwizdek” za sezon 2016/17 trafił w ręce rozjemcy z grupy Top Amator. To był zresztą dobry czas dla zwycięzcy naszego rankingu - tuż przed końcem rozgrywek PZPN zmienił przepisy dotyczące wieku sędziów, dzięki czemu nie musi kończyć przygody z ekstraklasą już teraz.

POGON SZCZECIN GORNIK LECZNA
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl

Dariusz LEŚNIKOWSKI: Sędziowskie etapy pańskiej kariery nietrudno dziś prześledzić. Ale przecież nim Mariusz Złotek został arbitrem - i to najlepszym w polskiej ekstraklasie w sezonie 2016/17, przez wiele lat był piłkarzem. Słówko o tych czasach?
Mariusz ZŁOTEK: - Byłem wychowankiem Stali Gorzyce, w której spędziłem właściwie cały okres ligowego grania w piłkę - z wyjątkiem półrocznego epizodu w Granicy Chełm, w ramach służby wojskowej.

 

Skąd pomysł na futbol?
Mariusz ZŁOTEK: - Jak to u dzieciaka - z meczów na podwórku, na szkolnym boisku. Miałem może 12, może 14 lat, kiedy się zapisałem do Stali. Generalnie lubiłem aktywność fizyczną, choć czasami różne jej formy wynikały po prostu... z życiowego przymusu.

 

Jak praca w cegielni? Kiedyś publicznie napomknął pan słowo o tym fragmencie życiorysu...
Mariusz ZŁOTEK: - Rzeczywiście. Wychowywałem się bez ojca, w którymś momencie zamieszkałem u dziadków. Kiedy miałem 15 lat - a byłem już wtedy rosłym jak na swój wiek chłopakiem - w okresie wakacji przyjęto mnie właśnie do pracy cegielni. Nielegalnej - biorąc pod uwagę mój wiek. „Wyrabiałem” całą dniówkę - od 6 do 14.

 

Wróćmy do piłki. Bo - zdaje się - bliski był pan znalezienia się w ekstraklasie, prawda?
Mariusz ZŁOTEK: - Dwukrotnie proponowano mi kontrakty w innych klubach. W Rzeszowie to ja nie dogadałem się z działaczami Resovii. Natomiast w Dębicy moją przeprowadzkę do Igloopolu zablokowali działacze Stali. Szkoda, bo budowała się tam silna drużyna, która właśnie (latem 1990) znalazła się w ekstraklasie. Tego dnia, kiedy pojechałem tam na rozmowy, o swych nowych kontraktach rozmawiali z Igloopolem m.in. Marek Bajor i Alek Kłak. Ale - jak powiedziałem - nie dano mi szansy na zmianę barw.

 

W trzecioligowej Stali jednak też w tym okresie było „zawodowstwo”, prawda?
Mariusz ZŁOTEK: - W takim sensie, że rzeczywiście nie musieliśmy pracować. Mieliśmy etaty w patronackim zakładzie klubu, czyli ówczesnej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. To był - i jest do dziś, choć już sprywatyzowany, pod nazwą „Federal Mogul” - wiodący zakład w okolicy.

 

Dość szybko zakończył pan jednak karierę piłkarską. Dlaczego?
Mariusz ZŁOTEK: - Kres położyła jej wycięta łękotka, kiedy miałem 26 lat.

 

Ale to nie jest dolegliwość, która powoduje konieczność rezygnacji ze sportu!
Mariusz ZŁOTEK: - Wie pan, ja się nigdy nie oszczędzałem na murawie. Ta łękotka była zwieńczeniem całej serii urazów. W którymś momencie leczyłem przez kilka miesięcy złamanie ręki w łokciu z siedmiocentymetrowym przemieszczeniem; zakończyło się to operacją w Piekarach Śląskich. Miałem też pęknięte torebki stawowe w obu stawach skokowych, i całą serię innych urazów. Żona - przekornie - zawsze zastanawiała się, jak niewiele zostało mi tych niepołamanych kości i nieuszkodzonych mięśni (śmiech). Ale - paradoksalnie - jako sędzia właściwie nie miałem już żadnych poważniejszych dolegliwości...

Z tej samej kategorii