Słoweniec pamięta rozpad byłej Jugosławii: Chowaliśmy się w piwnicy

Slask Wroclaw - Piast Gliwice
 fot. Pawel Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

Cichy, spokojny i rodzinny. Te trzy przymiotniki określają charakter Urosza Koruna. - Nie lubię udzielać wywiadów, bo nie czuję się tak dobrze w oku kamery, jak Gerard Badia – uśmiecha się Słoweniec, który z Polską i Gliwicami jest coraz mocniej związany.

Niedawno środkowy obrońca przekroczył barierę 50 meczów w ekstraklasie. - Mogę ten czas podsumować dwoma słowami: jestem szczęśliwy. Zarówno z pobytu w Polsce, jak i z gry dla Piasta. Czuję się tutaj, jak w domu. Oczywiście były lepsze i gorsze momenty, ale biorąc po uwagę całokształt, mogę mówić wyłącznie pozytywnie – przyznaje obrońca, który jest „nakręcony” na futbol albo po śląsku „żyje szpilem”. - Gdy przegrywamy, bardzo dużo o tym rozmyślam. Nie mogę spać, oglądam powtórki i zastanawiam się, co mogłem lepiej zrobić, jak się ustawić, aby uniknąć danej sytuacji. Żyję piłką 24 godziny na dobę. No dobrze, może z pewnymi wyjątkami... - przerywa Urosz i schodzi na swój ulubiony temat, czyli na rodzinę. - Oni są dla mnie najważniejsi. Niedawno na świat, tutaj w Gliwicach, przyszło drugie dziecko, syn Jaka. Mamy też starszą córeczkę Liję, która już świetnie mówi po polsku. Gdy idę z nią do sklepu czy do restauracji, to mówi ona, bo mój polski jeszcze nie jest aż taki dobry – opowiada Korun, któremu narodziny dziecka pomogły ustabilizować formę. - Mówi się, że po narodzinach dziecka piłkarze często grają gorzej, ale... u mnie jest odwrotnie. Bałem się i stresowałem przed narodzinami pierwszego dziecka, a teraz czuję się pewnie i dobrze mi się gra. Nie jestem zmęczony, bo syn daje nam pospać – wyjaśnia stoper Piasta.

 

Tata wciąż gra

 

Słoweniec bardzo wiele zawdzięcza rodzicom, a w ciemno można założyć, że talent do piłki odziedziczył po ojcu. - Mój tata także był obrońcą i grał w drugiej lidze jugosłowiańskiej. Z zawodu jest stolarzem, ale nadal gra w piłkę, choć ma 54 lata. Po pracy spotyka się z kolegami i rozgrywa mecze. Podziwiam go za to, choć ostatnio przyplątała mu się kontuzja kolana i musi trochę odpocząć. Mama z kolei nie ma nic wspólnego z futbolem, bo jest szwaczką – wyjaśnia Urosz, który nie będzie miał zamiaru naciskać na swojego syna. - Jeśli w przyszłości Jaka będzie chciał zostać piłkarzem, to zrobię wszystko, aby mu w tym pomóc – dodaje.

 

Pamięta naloty

 

Urosz należy do generacji, która dorastała już w wolnej i niepodległej Słowenii, powstałej po podziale byłej Jugosławii. Obrońca gliwiczan głęboko w pamięci ma jednak kilka „obrazów” z niespokojnych czasów i wydarzeń. - Pamiętam, jak nad miastem przelatywały helikoptery. Byłem małym dzieckiem, miałem 4 lata. Raz musieliśmy z całą rodziną chować się w piwnicy, bo wyły syreny przeciwlotnicze. Nasz region i miasto Celje, z którego pochodzę, nie dotknęły działania wojenne. Dla mojego pokolenia i młodszych ludzi to żaden problem przyjaźnić się z Chorwatami czy Serbami. W Piaście najlepszymi kumplami był Alex Sedlar i Josip Bariszić, co dla starszych mieszkańców Bałkanów było i nadal niestety jest, nie do pomyślenia – opowiada.

 

Piast szansą

 

Środkowy obrońca dość późno opuścił ojczyznę i obecnie trochę tego żałuje... - Faktycznie, mogłem wcześniej zmienić ligę, np. w wieku 23-24 lat, ale czas uciekał, a ja nie odchodziłem. Raz nie byłem pewien, czy to dobry moment, innym razem nie było zgody klubu. W końcu jednak się zdecydowałem na Piasta – mówi. - Gdy zgłosili się gliwiczanie, od razu zadzwoniłem do mojego kumpla Saszy Żivca. On mówił same dobre rzeczy. Czy miał jakiś wpływ na mój transfer? Nie wiem, może ktoś go pytał o zdanie, ale raczej nie negocjował mi kontraktu – uśmiecha się Urosz, który przez pewien okres regularnie grał w młodzieżowej reprezentacji swojego kraju. - Ale w seniorskiej reprezentacji już szansy nie dostałem. Może gdybym szybciej odszedł do lepszego klubu? - zastanawia się Korun. - W przeszłości grałem m.in. z Samirem Handanoviciem czy z Valterem Birsą. Moim przyjacielem jest Nejc Skubić, który gra w Turcji. Wiem, że byłem przymierzany do kadry, ale trener otacza się grupą zaufanych piłkarzy, nawet gdy ci nie grają w klubach i mimo że jest krytykowany za to przez media, nie zmienia swoich wyborów – wyjaśnia.

 

Nikt nie chciał płacić

 

Urosz w przeszłości nie bronił barw wielu klubów i zawsze miał blisko do domu. - Na początku grałem w rodzinnym Celje. To stosunkowo małe miasto, zresztą cała Słowenia jest mała. Tam wszyscy się znają, a najpopularniejszym sportem jest piłka ręczna. Gdy byłem młody, pasjonowałem się rywalizacją szczypiornistów Celje z Barceloną. Pamiętam, że raz z kolegą spaliśmy przed halą, aby rano być pierwszymi w kolejce po bilety. Jeśli chodzi o ligę słoweńską, to wszystkie kluby leżą blisko siebie, a zmieniając klub, znałem 90 procent nowych kolegów – stwierdza 29-latek, który w przeszłości przez chwilę nie mógł grać. - Gdy byłem w Celje miałem świetny sezon, nowy trener najpierw powiedział mi, że będzie budował drużynę m.in. wokół mnie, ale później coś się zmieniło i grałem mało. Znalazł się chętny na mnie klub. Było to kilka miesięcy przed 21 urodzinami. Zarówno klub, jak i menedżer zapomnieli o ekwiwalencie, który trzeba zapłacić, a była to, jak na nasze realia, spora suma. Nowy klub nie chciał zapłacić, bo za kilka miesięcy już by nie musiał. Z tego powodu czekałem, aż skończę 21 lat i wtedy mogłem bronić nowych barw – opowiada zawodnik.

 

Fanatyczni kibice

 

Słowenia to od wielu lat sportowy fenomen, bo mały kraj potrafi „wyprodukować” wielu świetnych sportowców i jest niezły w sportach drużynowych. Urosza pytamy, skąd to się bierze? - To... trudne do wytłumaczenia, ale faktycznie to imponujące. Mamy dobrych koszykarzy, piłkarzy ręcznych, ale także świetnie radzimy sobie w wielu sportach indywidualnych. U nas w kraju wszyscy lubią spędzać wolny czas na świeżym powietrzu, ruszać się. Może poniekąd stąd się to bierze. Sport bardzo nas ekscytuje, nasi kibice są fanatyczni. Jeżdżą wszędzie na zawody, np. do Zakopanego na skoki narciarskie. Pamiętam, co działo się w 2000 roku, gdy nasi piłkarze grali na mistrzostwach Europy. Cały kraj oszalał i żył meczami, nawet babcie o tym rozmawiały na ulicy – śmieje się piłkarz.

 

Utrzymanie i pozostanie

 

Mimo uwielbienia dla swojej ojczyzny Urosz nie wyklucza, że zostanie nad Wisłą na dłużej. - Mój kontrakt obowiązuje jeszcze jeden rok. Wiem, że mógłbym podpisać jeszcze jeden dobry kontrakt, ale kto wie, czy nie zostanę w Gliwicach. Dobrze nam tu. Jestem w stanie wyobrazić siebie w Polsce przez wiele kolejnych lat. Moja żona świetnie się tutaj czuje, ma przyjaciółki, Lija chodzi do polskiego przedszkola – opowiada Urosz, którego życie prywatne układa się świetnie. - Oby z zawodowym też tak było. - Pierwszy raz w karierze walczę z zespołem „o życie”. Nie czuję jednak nerwów czy stresu. Jestem pewny siebie i chłopaków. Damy radę, udowodnimy swoją wartość i to, że pozycja w tabeli kompletnie nie odpowiada naszemu potencjałowi. Wiadomo, że podział punktów wprowadza pewną niepewność, ale mamy dobrą drużynę i to chcemy pokazać na boisku – podkreśla Korun, który wie, co trzeba poprawić w pierwszej kolejności przed rundą finałową. - Tracimy zbyt wiele goli, niemal w każdym mecz ktoś nam strzela. Tak nie może być. Mamy o to do siebie pretensje. Od derbów z Ruchem, coś się poprawiło, praca z nowym szkoleniowcem przynosi efekty. Mam nadzieję, że tendencja zostanie zachowana – kończy słoweński defensor Piasta.

Z tej samej kategorii