Mógł grać w Zabrzu. Janusz Kupcewicz o tym, dlaczego nie przeszedł do Górnika

Kto wie, jak potoczyłaby się kariera Janusza Kupcewicza i klubu z Zabrza, gdyby w połowie lat 70. trafił do Górnika, a nie do Arki Gdynia.

janusz kupcewicz
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Dziś w Gdyni spotkanie Arki z zabrzanami. Mecz na Stadionie Miejskim zobaczy jeden z najlepszych piłkarzy w historii „żółto-niebieskich” Janusz Kupcewicz, brązowy medalista mundialu w Hiszpanii w 1982 roku, którego podania otwierały drogę do bramki Włodzimierzowi Smolarkowi czy Zbigniewowi Bońkowi, a który wsławił się podczas pamiętnych dla nas mistrzostw świata wspaniałym golem z rzutu wolnego strzelonemu Francuzom w meczu o 3. miejsce.

 

Groziła mu amputacja nogi!

Kupcewicz, rocznik 1955, uchodził za wielki talent polskiej piłki, porównywany był do samego Włodzimierza Lubańskiego. O zdolnego pomocnika Warmii Olsztyn, a później drugoligowego Stomilu Olsztyn, starały się kluby z całego kraju, z trzęsącymi wtedy ligową piłką Górnikiem i Legią na czele. Działacze z Zabrza usilnie namawiali wtedy samego piłkarza, jak i jego ojca Aleksandra, na przyjazd do nich. – To był 1973 czy 1974 rok. Przyjechałem do klubu, który był na topie i liczył się nie tylko w Polsce, ale też w Europie. W składzie same sławy: Lubański, Gomola, Szołtysik, Gorgoń. Przyjechałem do Zabrza po meczu młodzieżówki prowadzonej przez Mariana Szczechowicza, bodajże z Czechami. Po dwóch, trzech dniach treningów trafiłem jednak do szpitala. Okazało się, że wdało się zakażenie w ścięgno Achillesa. Zamiast trenować na boisku, to przez miesiąc leżałem w szpitalu. To były inne czasy, inna medycyna. Miałem świetną opiekę, ale groziły mi poważne komplikacje. Potem już po fakcie ojciec powiedział mi: „wiesz synek, groziła ci amputacja nogi” – wspomina tamte chwile były świetny reprezentant Polski, który w biało-czerwonych barwach wystąpił w 20 potkaniach, w których zdobył 5 bramek.

 

Ostatecznie z gry w Górniku nic nie wyszło. – Umówmy się, w jedenastce z Zabrza czy w Legii, która też była zainteresowana pozyskaniem mnie, byłoby mi ciężko grać. W jednym zespole występował przecież „Zyga” Szołtysik, a w drugim Kaziu Deyna, a obaj występowali na „mojej” pozycji. Z perspektywy czasu uważam, że dobrze zrobiłem, decydując się na ofertę Arki – wspomina.

 

O transferze i żądaniach Kupcewiczów krążyły wtedy legendy, że chcieli willi i nie wiadomo czego jeszcze. Były reprezentant Polski z humorem podchodzi do tych opowieści. – Dziś mieszkam w dwupokojowym mieszkaniu w wiosce rybackiej, jaką jest Gdynia – śmieje się był gwiazdor Arki.

 

Faworytem Górnik?

Dziś Janusz Kupcewicz pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej numer 10 w Gdyni. Współpracuje też z futbolową Akademią Pomorze, a w sezonie na umowę-zlecenie pracuje na rzecz Arki. – Obserwuję piłkarzy wypożyczonych do innych klubów czy mecze w I, II i III lidze. To praca za nieduże pieniądze. Teraz akurat mam wolne, bo niższe ligi już nie grają – tłumaczy.

 

Dziś były reprezentant Polski zobaczy na żywo mecz „swojej” Arki z Górnikiem. Kto jest faworytem? – Według tabeli Górnik, który gra fajną, ofensywną piłkę, a kilku piłkarzy jest w szerokiej kadrze trenera Nawałki. Muszę zresztą przyznać, że zabrzanie zaskakują. Jest przecież różnica pomiędzy pierwszą ligą, a ekstraklasą, tymczasem oni świetnie sobie radzą. Jak mówię, według tabeli faworytem jest Górnik, ale patrząc na ostatnie mecze Arki, to trudno nie być optymistą. W ostatnich meczach z Sandecją i Koroną sześć punktów i osiem strzelonych bramek. Wygrana u siebie byłaby dobrym podsumowaniem udanego roku, w którym udało się utrzymać w ekstraklasie, zdobyć Puchar Polski i wyjść z długów. Jak na możliwości takiego klubu jak Arka, to uważam, że to bardzo dobry wynik – podkreśla Janusz Kupcewicz.

 

Z tej samej kategorii