Bramkarz Pasów: Najlepiej smakują derby wygrane na Wiśle

Grzegorz Sandomierski
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: Fokusmedia

- Gramy o odbudowanie zaufania kibiców - mówi Grzegorz Sandomierski przed sobotnimi (20.30) derbami Krakowa.

Na co dzień, choć żyjecie w jednym mieście, o lokalnych rywalach się z wami nie rozmawia. Teraz jednak podglądał pan, co słychać w Wiśle Kraków?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Oglądałem ich zeszłotygodniowy mecz ligowy z Wisłą Płock (1:0). Nie było nic ciekawszego w telewizji. Patrzyłem też pod kątem sobotnich derbów. Wisła gra u siebie, co na pewno będzie jej atutem, ale mam nadzieję, że jedynym i że nie uda im się go wykorzystać. Dla nas to mecz, którym możemy wrócić do odbudowywania zaufania kibiców, które trochę straciliśmy w zeszłym sezonie. Chcielibyśmy wrócić do stanu spokoju i czystej przyjemności przychodzenia na nasz stadion.

 

Woli pan derby przy Reymonta, gdy cały stadion jest przeciwko wam, czy przy Kałuży?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Grałem w derbach Krakowa trzy razy. Dwa razy na Reymonta i raz u siebie. Klimat zawsze jest fajny. To coś, czego nie oddają słowa. Trzeba to poczuć. To jest coś więcej niż gorąca atmosfera. Im dłużej jestem w Krakowie, tym bardziej mnie to nakręca. To, jak ktoś mnie nazwie z trybun, nie wpływa na mnie w żaden sposób, bo skupiam się na boisku. Ale derbowa wygrana na wyjeździe smakuje dużo fajniej. U siebie to też jednak duża przyjemność, gdy cały stadion jest razem z nami i można się cieszyć z naszymi kibicami po meczu, a nie szybko schodzić do szatni.

 

W derbach stanie pan w bramce, chociaż w pierwszych trzech kolejkach był pan rezerwowym. Zaskakuje pana, że Michał Probierz odstawił pana od składu?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Zacznijmy od tego, że nikt nie ma karnetu na pierwszy skład. Nie wykupiłem gwarancji gry i doskonale o tym wiedziałem. Kiedy przyszedł nowy trener, każdy zawodnik miał czystą kartę. Adam Wilk dostał szansę i w jakimś stopniu ją wykorzystywał. Bronił bardzo dobrze. Tylko jego nieszczęście sprawiło, że dosyć szybko wróciłem do składu.

 

Można było jednak odnieść wrażenie, że miał pan jednak karnet na pierwszy skład, skoro przez dwa i pół roku nie wpuszczał pan nikogo między słupki. Nikt w lidze nie grał tak regularnie.

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Przyszedł nowy trener i miał inne spojrzenie na ustawienie pierwszej jedenastki. Byłem oczywiście zły, bo wiadomo, że chciałem bronić. Musiałem zacisnąć zęby i po cichu robić swoje. W ostatnim sparingu zagrałem tylko pół godziny, a Adam godzinę. To był sygnał, że trener zamierza postawić na niego. Do ostatniego treningu przed meczem z Piastem walczyłem o to, by tak się nie stało. Adam jednak wyszedł w pierwszym składzie, zagrał dobry mecz, bez jakiejś bojaźni. Ja musiałem czekać. Przez ostatnie trzy sezony grałem regularnie. Nie można tego stracić tak łatwo. Poza tym, rozgrywaliśmy sparingi. Trener zadbał o tych, którzy grali w lidze. Dlatego nie czuję, że teraz mi czegoś brakuje. Pewność siebie jest taka, jak była.

 

Odstawił pana akurat Michał Probierz, który miał spory wpływ na pana karierę.

Grzegorz SANDOMIERSKI: - To prawda, był dla mnie ważnym trenerem. Postawił na mnie w dorosłej piłce. Rozegrałem pod jego wodzą dwa sezony w Jagiellonii. To dało mi awans do kadry i wyjazd za granicę. On dał mi szansę, a dalej wszystko było w moich rękach.

 

Tego lata też miał chyba szansę wyjechać za granicę. Na ile poważna była oferta z CSKA Sofia?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Ktoś do mnie dzwonił, ale ja skierowałem go do menedżera i do klubu. Najpierw kluby musiałyby dojść do porozumienia. Temat sam ucichł, a ja nie szukałem jego wznowienia. Nie dzwoniłem po ludziach. Robiłem swoje. Nie szukałem adoracji ze strony innych klubów.

 

Dlaczego? Przez swoje poprzednie nieudane wyjazdy nie pali się pan do gry za granicą?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Właśnie tym bardziej się palę! Ale to temat odległy. Nie jest tak, że o tym nie myślę, bo wpadają między wierszami takie myśli, ale staram się je odrzucać. Wiadomo, że za darmo takiego wyjazdu nie można dostać, tylko trzeba na niego zapracować dobrymi meczami. Dopiero wtedy może się pojawić jakieś zainteresowanie. Teraz nie było ono duże. Podchodzę do tego spokojnie.

 

W Cracovii spokojnie jednak nie było. Trudno było poznać ten zespół po urlopie?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Nic nie zapowiadało zmiany trenera, ale takie jest życie. To pokazuje, jak piłka potrafi być nieprzewidywalna. Zaszło sporo zmian, trener ma komfort dobierania ludzi, których potrzebuje. Gdy rozmawiamy z zawodnikami, którzy byli w Cracovii jeszcze dwa lata temu, nie poznają tego zespołu. To zupełnie inna drużyna nawet niż ta, do której przychodziłem dwa lata temu. Ale być może jest w tym metoda. Nie nazwę tego szaleństwem, bo wydaje się to być budowane z głową. Może to sposób, by Cracovia się odbiła i by sezon był lepszy niż ostatni.

 

Mimo niespełna 28 lat na karku, jest pan jednym z najstarszych, nie tylko stażem, zawodników w drużynie. To nakłada dodatkowe obowiązki także w szatni?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Trener wybrał trójkę kapitanów (Miroslav Czovilo, Piotr Malarczyk, Krzysztof Piątek - przyp. MT) i to oni tak naprawdę decydują o sprawach drużynowych. Ja mogę coś podpowiedzieć, ale to ich zdanie jest ostateczne i musimy je akceptować. Faktycznie jestem jednym ze starszych zawodników, co w wieku 28 lat jest raczej dziwne, ale przynajmniej nie muszę nosić sprzętu.

 

Spodziewał się pan, że po tylu zmianach początek sezonu może być ciężki?

Grzegorz SANDOMIERSKI: - Nie możemy się tłumaczyć zmianami. Musimy punktować. Nikt nie będzie dzielił punktów, więc nie będzie łatwo później gonić. Każdy od nas oczekuje wyniku, my od siebie też. Chcemy awansować do pierwszej ósemki. Wszystko, co zrobimy ponad to, tylko na plus dla nas.

 

Z tej samej kategorii