Zapamiętany i wyhamowany: talent ze stolicy czeka na szansę w Gliwicach

Lech Poznan - Piast Gliwice
 /  fot. Paweł Jaskółka  /  źródło: Pressfocus

Dariusz Wdowczyk zwrócił na niego uwagę, gdy Aleksander Jagiełło miał... 11 lat. Do pewnego momentu wydawało się, że to piłkarz „w czepku urodzony”.

Głośno zrobiło się o nim krótko po jego 16. urodzinach, gdy Maciej Skorża dał mu zadebiutować w „dorosłej” Legii, w sparingowym spotkaniu z ŁKS-em. Natychmiast wzbudził zainteresowanie mediów: parę wywiadów, fotek. „Ciągu dalszego” owej bajki jednak nie było; młodziak grywał w Młodej Ekstraklasie, ale w pierwszej drużynie szansy ligowego debiutu nie dostał ani od Skorży, ani od jego następcy, Jana Urbana. Udział w dublecie, zdobytym przez ekipę z Łazienkowskiej w 2013 roku, jednak miał: zagrał w ćwierć-, pół- i w finale Pucharu Polski, w których to rozgrywkach podopieczni Urbana też okazali się bezkonkurencyjni.

Jak ojciec z synem

W „pogoni za minutami” na murawie latem odszedł do Podbeskidzia. - To był superkrok - ocenia dziś, z perspektywy lat, Aleksander Jagiełło. I trudno się takiej ocenie dziwić. - Brałem go ze stolicy z myślą o tym, że ma być zawodnikiem wchodzącym. Tymczasem po okresie przygotowawczym stał się podstawowym piłkarzem - wspominał jakiś czas potem Czesław Michniewicz, nazywający swe relacje z młodym graczem „kontaktem na zasadzie ojciec-syn”. - To bardzo pracowity, solidny chłopak - wystawiał Jagielle wysoką notę. A pomocnik rzeczywiście był na fali: najpierw strzelił gola Lechii, potem - swemu macierzystemu klubowi. I to w 88 minucie, w dodatku na wagę sensacyjnego zwycięstwa „górali” nad mistrzem i aktualnym wówczas liderem tabeli.

Miejsce piękne, ale.... szkodliwe

Być może bramka zaaplikowana gdańszczanom sprawiła, że zimą to oni sięgnęli po zawodnika Legii. - I ten epizod najwyraźniej Olkowi zaszkodził. Nie dostał tam szansy - oceniał Michniewicz, z uwagą śledzący rozwój kariery tego gracza.
- Gdańsk to piękne miejsce do życia, każdemu polecam - uśmiecha się dziś Aleksander Jagiełło. Uśmiecha smutno, bo sportowo powodów do zadowolenia rzeczywiście nie miał żadnych. Trzy ekstraklasowe „ogony”, tylko 22 minuty w trakcie całej rundy wiosennej 2014.

Słabość do... lewonożnych

Co gorsza - rozbrat z ekstraklasą, jaki stał się faktem w tamtych miesiącach, bardzo się przedłużył. Arka Gdynia (jeszcze przed awansem do elity), Dolcan Ząbki, Znicz Pruszków - to wszystko serdecznie mało jak na ambicje chłopaka. - Rzeczywiście, ta jego przygoda z piłką - bo nie kariera - nie rozwinęła się tak, jak się wszyscy spodziewali. Ale możliwości wciąż ma na pewno spore. Pamiętam go jeszcze jako jedenastolatka. Oglądałem wówczas treningi trampkarzy Legii. Z Rafałem Parobczykiem (ostatnio Pelikan Łowicz - dop. red.) - również lewonożnym, a ja do lewonożnych mam słabość... - robili wówczas na murawie takie rzeczy, jakich nie potrafił zrobić nikt poza nimi - wspomina Dariusz Wdowczyk.

Z tej samej kategorii