Migawki z pola walki, czyli subiektywne podsumowanie ekstraklasy

Od zakończenia ligowego sezonu 2016/17 minęło już kilka dni - czas wystarczający na spojrzenie nań z pewną refleksją.

Legia Warszawa - Lech Poznan
 /  fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Środowe postanowienia udziałowców „Ekstraklasy” SA - wśród których jest przecież i przedstawiciel PZPN-u - skłaniają ku optymistycznemu stwierdzeniu, że po czterech latach obowiązywania odejdzie do lamusa - wysoce niesprawiedliwy - system odbierania drużynom połowy punktów z 80 procent sezonu. To asportowe rozwiązanie w sezonie 2015/16 odebrało ekstraklasę Bielsku-Białej (biorąc pod uwagę „pełny” dorobek), zaś w minionych rozgrywkach - kosztowało np. Wisłę Płock utratę ok. pół miliona złotych. Różnica premii za kolejne pozycje to bowiem ok. 250 tys., a „nafciarze” - bez dzielenia punktów - uplasowaliby się właśnie dwa „oczka” wyżej, niż Zagłębie i Piast.

 

Mniej nas na finiszu

Sztandarowy dotychczas argument, przemawiający - zdaniem twórców - za reformą, czyli emocje do ostatniej kolejki, sprawdził się tylko połowicznie. Owszem, ostatnie kolejki trzymały w napięciu tych, którzy na co dzień z futbolu żyją albo są zapiekłymi jego fanami. Trudno jednak było sięgnąć po nowych kibiców. Zdecydowana większość spotkań w rundzie finałowej miała mniejszą frekwencję, niż te same konfrontacje w sezonie zasadniczej. Ba; choć losy mistrzowskiego tytułu rzeczywiście rozstrzygały się w trzech ostatnich seriach gier, ich oglądalność telewizyjna była... zdecydowanie niższa niż poprzednich kolejek - tak wynika z danych Nielsen Audience Measurement, opublikowanych właśnie przez portal Wirtualnemedia.pl. Nawet specjalne - wykonane na najwyższym poziomie europejskim - „opakowanie” telewizyjne „produktu” (ech, jakżeż ten język marketingu korporacyjnego nie pasuje do romantycznej i historycznej wizji piłki nożnej...) ani owego faktu nie zmieniło, ani nie wywołało nagłej eksplozji zainteresowania wśród tych, którzy na stadiony do tej pory nie zaglądali. Choć oczywiście wzrost frekwencji sezon do sezonu uczciwie odnotować trzeba. A może być w kolejnych rozgrywkach jeszcze lepiej, skoro wrócił do ekstraklasy Górnik Zabrze...

 

Duża podaż „pietruszki”

Temu spadkowi widowni na finiszu trudno się zresztą dziwić. W grupie mistrzowskiej nastąpił dodatkowy podział: na walczących o „złoto” i tych, którzy wakacje rozpoczęli równo z ostatnim gwizdkiem 30. kolejki, a w siedmiu dodatkowych wychodzili na murawę z wyraźnym niesmakiem. Ledwie 2-3 kolejki w grupie spadkowej wystarczyły zaś dwóm innym ekipom, by stracić motywację do „walki na noże” w następnych spotkaniach. A zatem niemal połowa stawki na pięć - a nawet siedem - kolejek przed finiszem grała już „mecze o pietruszkę” (przynajmniej z własnego punktu widzenia). Odbijało się to na jakości, zaangażowaniu, widowiskowości. Słowem - największy koszmar autorów reformy, którzy wprowadzali ją pod szyldem zmniejszenia liczby gier „o nic”.

 

Siedem najdłuższych minut

Przegranymi - czyli spadkowiczami - okazały się kluby mające po prostu problemy organizacyjno-finansowe, ewidentnie odbijające się na stronie sportowej. W zasadzie taki scenariusz można było obstawiać „w ciemno”. Więcej emocji mieliśmy na czele tabeli, co akurat jest swego rodzaju zaskoczeniem. Choć dzięki udziałowi w Lidze Mistrzów budżet Legii kilkakrotnie przewyższał środki będące w dyspozycji Jagiellonii, siedem minut, w trakcie których białostoczanie mogli strzelić Lechowi gola na wagę „złota”, było chyba najdłuższymi w historii stołecznego klubu. Potwierdziła się tym samym zasada, że w futbolu pieniądze nie grają (pierwszoplanowej roli).

 

Nagle gwizd, nagle świst

Pierwszoplanową rolę - choć często wbrew własnym intencjom - zagrali za to wielokrotnie rodzimi arbitrzy. Czy ktoś pamięta jeszcze, że sezon zaczynali „z wysokiego C”, czyli... od spektakularnej wpadki samego Szymona Marciniaka w meczu Legia - Jagiellonia? Potem największym wrogiem arbitrów okazywała się technologia - ta sama, która teraz, w postaci systemu VAR, ma ich wspierać. Bezlitośnie obnażała decydujące bramki ze spalonego, gole nieuznane mimo przekroczenie przez piłkę linii bramkowej, trafienia żywcem z piłki ręcznej. Najwyraźniej nie wszyscy podopieczni Zbigniewa Przesmyckiego radzili sobie z presją i świadomością wszechobecnego oka kamery...

CYTATY SEZONU
Powinienem chyba znów pier...ć whisky, ale z drugiej strony gdybym po każdym błędzie sędziowskim to robił, zabrakłoby whisky”.
Michał Probierz - koneser i trener; zazwyczaj po meczach z Legią

Dla nas każdy punkt jest na wagę złota. Wiadomo, że nie walczymy o mistrzostwo, a o spadek
Franciszek Smuda - mówisz i masz; spadł

Mnie wstyd nie jest. Wstyd to jest kraść albo się obijać, a my pracujemy”
Leszek Ojrzyński - motto na zajęciach z robótek ręcznych

To, co się wydarzyło w końcówce, to jest dramat. Trzeba się walnąć, k..., głową, przepraszam, w ścianę
Jacek Zieliński - po meczu Zagłębie-Cracovia; ale generalnie - w imieniu wszystkich polskich trenerów, przynajmniej raz w ich życiu

Więcej na temat:ekstraklasa, piłka nożna
Z tej samej kategorii