Pierwszoligowe rodzynki w elicie

Gornik Zabrze - Arka Gdynia
 /  fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

Latem do ekstraklasy trafiło 23 zawodników z jej zaplecza, ale tylko kilku było twarzami zupełnie nieznanymi na najwyższym szczeblu rozgrywek. Co ciekawe, żaden jak dotąd nie zawodzi.

Najpierw występ w pierwszym składzie w (zwycięskim) meczu o Superpuchar Polski z Legią Warszawa przy Łazienkowskiej, potem gol w debiutanckim meczu w ekstraklasie, przyczyniający się do wygranej ze Śląskiem Wrocław. Takiego wejścia do elity, jakie zanotował w tym sezonie Patryk Kun, można tylko pozazdrościć.
- Największą różnicę między pierwszą ligą a ekstraklasą na razie dostrzegam głównie w… kwestiach organizacyjnych. Mogę skoncentrować się tylko na grze i to mnie cieszy – dzielił się wrażeniami 22-letni filigranowy skrzydłowy, który został wypożyczony do Arki Gdynia z Rozwoju Katowice, ale poprzedni sezon spędził w Stomilu Olsztyn. To jednak jeden z niewielu chlubnych przypadków I-ligowców, którzy ostatnimi czasy nie tylko zdołali się przebić do ekstraklasy, ale i w niej nie przepaść.

 

Głośne szepty
Przypadek Górnika Zabrze pokazuje, że przepaść między Nice 1 Ligą a Lotto Ekstraklasą może faktycznie nie jest taka duża, jak niektórzy twierdzą. Ba; potwierdza to w gruncie rzeczy też drugi z beniaminków, Sandecja Nowy Sącz, która regularnie punktuje, zajmując miejsce w środku stawki. Zabrzanie i sądeczanie awans wywalczyli sobie jednak sami, na boisku – więc możemy uznać, że na zaplecze ekstraklasy byli po prostu za dobrzy. Gorzej przedstawia się sytuacja tych, którzy tego awansu nie wywalczyli, musząc - co najwyżej - po cichu liczyć na telefon z elity.
Abstrahując od dwójki beniaminków - minionego lata Nice 1 Ligę na Lotto Ekstraklasę zamieniło 23 zawodników. Nie tak mało, można by rzec. Lwia część z nich to jednak ludzie z nazwiskami świetnie znani obserwatorom rozgrywek najwyższego polskiego szczebla.
Koronnym przykładem może być Robert Gumny. Wiosną zbierał szlify w Podbeskidzu Bielsko-Biała. Po okresie wypożyczenia wrócił do Lecha Poznań i spisywał się tak dobrze, że zasłużył na przedłużenie kontraktu. – Dla młodego zawodnika stabilizacja jest bardzo ważna. Liczę, że będę grał jak najwięcej. To najistotniejsze – przyznał 19-letni prawy obrońca, o którym w ostatnim odcinku „polsatowskiego” magazynu Cafe Futbol dyskutowano nawet w kontekście powołania do reprezentacji Polski.
O kadrze szeptać zaczyna się też w przypadku nazwisk dwóch innych zawodników, którzy jeszcze kilka miesięcy temu biegali po boiskach I ligi. Co tam szeptać! Damian Kądzior był nawet na zgrupowaniu przy okazji ostatnich meczów eliminacji mundialu, z Armenią i Czarnogórą, choć debiutu się nie doczekał. Pomocnik Górnika, wykupiony z Wigier Suwałki, nie jest jednak w ekstraklasie nowicjuszem, bo przed laty zaliczył kilka występów w Jagiellonii Białystok. Swoje minuty w elicie – i to nieporównywalnie więcej – złapał też Jakub Świerczok, który wiosną imponował w GKS-ie Tychy, a po przenosinach do Lubina też nie zwalnia tempa.

 

Klarowne plany
To jednak wszystko są gracze, którzy z ekstraklasą mieli dawniej do czynienia. Takich jak Patryk Kun, którzy widzieli ją z bliska co najwyżej tylko będąc na testach, odbijając się od drzwi do drzwi, można policzyć na palcach jednej ręki. Pewne miejsce w środku pola Wisły Płock wywalczył [Damian Rasak], który wcześniej w Miedzi Legnica uważany był za czołowego młodzieżowca I ligi. – Plany na ten sezon? Jak najczęściej wychodzić na boisko w podstawowym składzie i być regularnie powoływanym do kadry U-21. Wierzę, że kiedyś znowu wyjadę do zagranicznego klubu – zamyśla się 21-letni Rasak, który w przeszłości był w akademiach włoskich Chievo Werona czy FC Bari.
Do niego i Kuna dorzucić możemy Kamila Słabego, choć – raz – nie grywa w Bruk-Becie Termalice za wiele, a poza tym – dwa – awans do elity też świętował na boisku, tyle że w barwach Sandecji Nowy Sącz. Sami na angaż w ekstraklasie zapracować musieli Aleksandyr Kolew i Alan Czerwiński. Bułgarski napastnik, sprowadzony ze Stali Mielec, jest pewnym punktem beniaminka z Nowego Sącza. Czerwiński rok temu błyszczał na prawej obronie GKS-u Katowice. Wiosnę miał – jak cała GieKSa – słabszą, ale gdy już wskoczył tej jesieni do składu Zagłębia Lubin – była 3. kolejka – to miejsca w nim nie oddał.

 

Poczekalnia
Kun, Rasak, Kolew, Czerwiński, ewentualnie Słaby i Kądzior. Rodzynki, rodzynki, rodzynki... Wnioski płyną takie, że jeśli nie wywalczysz ekstraklasy ze swoim zespołem, to inną drogą może być o to trudno. Pierwsza liga nie wychowała w poprzednim sezonie wielu ekstraklasowiczów. Dla niektórych może być „poczekalnią”, odskocznią na czas wypożyczenia z klubu elity, ale dla obecnych I-ligowców na kontraktach nie są to raczej wspaniałe wiadomości. A przecież przypadki Kuna, Rasaka, Kolewa i Czerwińskiego pokazują, że warto.

 

Z tej samej kategorii