„Produkt” utrącony częściowo, czyli smutny uśmiech Probierza

Ruch Chorzow - Jagiellonia Bialystok
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Wszyscy, którzy głosili wszem i wobec, że obowiązujący system rozgrywek ekstraklasy, czyli ESA-37, jest do kitu, odnieśli wczoraj pierwsze zwycięstwo: od nowego sezonu i na pewno w kolejnym - 2018/19 - nie będzie już dzielenia punktów po fazie zasadniczej.

 

 

Po kilku latach zarządzający rozgrywkami doszli najwyraźniej do wniosku, że tak zachwalany przez nich „produkt” - a właściwie eksperyment niemający odpowiednika w całym piłkarskim świecie - ma wady i rodzi dość powszechne poczucie niesprawiedliwości. Oczywiście, za każdym razem się zdarzało - musiało się zdarzać, bo taka była istota regulaminu - że ktoś zyskiwał, ale większość uczestników rywalizacji podział punktów odczuwała jako stratę. Polegała ona na tym, że wypracowany dorobek, a konkretnie przewaga nad rywalami topniał gwałtownie, co miało niebagatelny wpływ na wywalczone na finiszu rozgrywek lokaty. Nieważne więc było to, że jednego rywala z drugim ogrywało się na boisku dwukrotnie, bo w końcowym rozrachunku ta zdobycz punktowa mogła mieć (i często miała) znikome znaczenie.

Kontrargumenty twórców „produktu” były takie, że rywalizacja trwa do końca, jest ciekawsza, mniej jest meczów o pietruszkę, a przez to jego („produktu”) wartość niepomiernie wzrastała. Podobnie jak liczba widzów na trybunach.
Mieliśmy zatem do czynienia z konfrontacją subiektywnego rozumienia atrakcyjności z obiektywnym poczuciem sprawiedliwości, wyrażanym w liczbie realnie zdobytych punktów.

Pewne zdziwienie zatem mogła wywołać dość gwałtowna i w swojej wymowie negatywna reakcja Zbigniewa Bońka na decyzję szefostwa Ekstraklasy S.A., by z dzielenia punktów się wycofać. Można było odnieść wrażenie, że szef PZPN zamierza wykonywać rejtanowskie gesty w obronie dotychczasowego systemu, co dziwiło o tyle, że on sam od pewnego czasu na to dzielenie patrzył coraz mniej przychylnym wzrokiem. Jednak po bliższym przyjrzeniu się argumentacji Bońka - że trzeba przedstawić bardziej dalekosiężne propozycje dotyczące systemu rozgrywek, a nie działać doraźnie, na zasadzie „rach ciach” - trzeba było ją pochwalić. Bo swoim autorytetem zapobiegł sytuacji, w której stosowne gremium Ekstraklasy S.A. zebrałoby się na przykład za rok, po kolejnej edycji rozgrywek, i wymyśliło znowu coś innego.

Głośno tego nikt nie powiedział, ale wczorajsze spotkanie - na którym właśnie zgodzono się na odstąpienie od podziału punktów - mogło mieć ten głębszy podtekst, a i efekt, by pomysły były wspólne, Ekstraklasy i PZPN, i by wcielanie ich w życie odbywało się na zasadzie consensusu, a nie narzucania ich; bez gruntownych konsultacji w zainteresowanych gremiach.

Tak oto swoiste zwycięstwo odnieśli m.in. najbardziej znani przeciwnicy podziału punktów: Michał Probierz i Waldemar Fornalik. Ten pierwszy z Jagiellonią był pierwszy po rundzie zasadniczej (30. kolejkach) i wtedy też wygłosił znane, przytaczane zresztą i w tym miejscu, słowa, że wraz z końcem prawdziwych rozgrywek zaczyna się Puchar Maja. Ale nie wiem, czy akurat ci trenerzy mają z tego zwycięstwa pełną satysfakcję...

Z tej samej kategorii