Jedenastka rozczarowań ekstraklasy redakcji „Sportu”!

Jedenastka największych rozczarowań sezonu musi wydać się intrygująca, skoro znalazło w niej miejsce aż trzech mistrzów Polski. Stanęli tuż obok znanych dyrygentów i niespełnionych bombardierów…

Resume sezonu 2016/17 chyli się ku końcowi. Po drużynie gwiazd czas na ekipę niewypałów. Wszystkie nazwiska tu przedstawione ligowy kibic zna doskonale. Co najwyżej o niektórych na chwilę zapomniał…

 

Vanja MILINKOVIĆ-SAVIĆ (Lechia Gdańsk)

Fot. Grzegorz Radtke / źródło: 058sport.pl


Podobnie jak w przypadku najlepszej jedenastki sezonu, w bramce staje lechista. O ile jednak Duszan Kuciak najbardziej spektakularne interwencje notował na murawie, o tyle jego serbski kolega wolał się popisywać poza boiskiem. W rundzie wiosennej przychodziło mu to zresztą bez trudu, bo już zimą wiedział, że nowy sezon rozpocznie we włoskim Torino. Mógł sobie więc pozwolić na trochę więcej bez przesadnych obaw o ewentualne konsekwencje. Efekt? Siedząc na ławce rezerwowych otrzymał w dwóch spotkaniach w sumie trzy kartki – dwie żółte i czerwoną. Można w ciemno założyć, że takiego wyczynu nie przebije nikt przez najbliższe sto lat.

 

Robert LITAUSZKI (Cracovia)

Fot. Rafał Rusek / źródło: Pressfocus


To miał być jeden ze złotych strzałów Roberta Kasperczyka, odpowiedzialnego w obozie „Pasów” za skauting. Tymczasem bilans Węgra wygląda fatalnie - pięć meczów, dwie żółte kartki i samobójczy gol, w efekcie którego krakowianie przegrali w Niecieczy 2:3. Angaż piłkarza, który szykowany był do roli filaru defensywy, okazał się totalnym nieporozumieniem. Grajek wrócił już do ojczyzny i o krótkim epizodzie nad Wisłą będzie chciał pewnie jak najszybciej zapomnieć.

 

Jakub CZERWIŃSKI (Legia Warszawa)

Fot. Rafal Oleksiewicz / źródło: Pressfocus


W historii nowożytnej to z pewnością jeden z najbardziej kuriozalnych transferów na Łazienkowską. Piłkarz tego pokroju miałby problemy z regularną grą w niejednym zespole I-ligowym. Tymczasem w pierwszej fazie sezonu był podstawowym zawodnikiem drużyny, która biła się o obronę mistrzowskiego tytułu. Zdobył nawet bramkę – tak się złożyło, że w przegranym spotkaniu z Zagłębiem Lubin (2:3), po którym pracę stracił trener Besnik Hasi. Dla Czerwińskiego z kolei ostatnim jak na razie występem w pierwszej drużynie był kosmiczny mecz w Dortmundzie, gdzie w listopadzie Legia zainkasowała osiem goli. Wiosną pojawił się na boisku tylko raz, w III-ligowych rezerwach.

 

Adam PAZIO (Ruch Chorzów)

Fot. Rafał Oleksiewicz / źródło: Pressfocus


W sumie ma prawo poczuć się dotknięty, bo przecież właśnie w zakończonej rundzie zdobył swą premierową bramkę na szczeblu ekstraklasy – w dodatku debiutując w barwach „Niebieskich”. Sęk w tym, że na murawie rozliczany jest przede wszystkim z poczynań destrukcyjnych. Przychodził na Cichą jako defensor uniwersalny, mogący zagrać na każdej pozycji w obronie. Tymczasem pomógł niewiele, a bywało że przeszkadzał. Jak choćby przy Łazienkowskiej w lutym, gdzie Ruch rozgrywał najlepszy mecz sezonu. Pazio na kwadrans przed końcowym gwizdkiem dał się sprowokować jak nieopierzony kadet i za prostacki faul wyleciał z boiska. Dostał za to trzy kolejki dyskwalifikacji.

 

Steeven LANGIL (Legia Warszawa)

Fot. Rafał Oleksiewicz / źródło: Pressfocus


Gdyby ktoś chciał zdefiniować piłkarza niepokornego, to zawodnik rodem z Martyniki jest przykładem wręcz modelowym. Przybywał do stolicy ubiegłego lata jako jeden z tych, który ma stanowić o nowej sile mistrzów Polski. Tyle że zderzenie realiów z wyobraźnią okazało się nad wyraz bolesne – trudno nawet rozstrzygnąć dla kogo bardziej. Za kadencji trenera Jacka Magiery ciemnoskóry pomocnik zagrał tylko 45 minut, ale mógł to sobie poczytywać za zaszczyt, bo znalazł się w wyjściowym składzie na wyjazdowe spotkanie ze Sportingiem Lizbona w Lidze Mistrzów, które dla obecnego szkoleniowca Legii było debiutem. Nie spisał się jednak na miarę oczekiwać, został zdjęty w przerwie… i nigdy na boisko już nie wrócił. Dryblował za to między używkami, dwukrotnie publikując brawurowe wyskoki na jednym z portali społecznościowych. Został ukarany finansowo, a zimą musiał się pakować. Na odchodne wykazał się pomysłowością i oskarżył stołeczny klub o rasizm.

 

Sebastian MILA (Lechia Gdańsk)

Fot. Grzegorz Radtke / źródło: 058sport.pl


Odkąd zadebiutował w ekstraklasie, a miało to miejsce 15 lat temu, nigdy nie czuł się tak bardzo niepotrzebny jak w minionym sezonie. Tylko osiem ligowych występów, z czego sześć w roli zmiennika. W sumie ledwie 229 minut na murawie. Liczba bramek – zero. Wygląda na to, że to początek zmierzchu zawodnika, który wcale nie tak dawno przeszedł do historii, zdobywając bramkę w niezapomnianym meczu z Niemcami (2:0). Karierę reprezentacyjną zakończył półtora roku temu. Przez finały Euro 2016 przebrnął w roli reportera, a zaraz potem w szaty ligowca przebrał się ponownie. Tak jakoś bez przekonania.

 

Semir SZTILIĆ (Wisła Kraków)

Fot. Rafał Rusek / źródło: Pressfocus


Zapłacił wysoką cenę za to, że rundę jesienną spędził bez przynależności klubowej. Powrót do futbolu po półrocznym antrakcie nie stanowił większego problemu, ale już powrót na wyżyny własnych możliwości – jak najbardziej. W efekcie Bośniak stał się cieniem zawodnika, który w 2010 roku w ogromnej mierze zapracował na tytuł mistrzowski dla poznańskiego Lecha. Tym razem był na boisku tylko jednym z wielu. Średnio co drugi mecz rozpoczynał jako rezerwowy. Zdobył ledwie jednego gola, a w innych bramkowych akcjach uczestniczył z rzadka lub wcale. Jego kontrakt pozostaje ważny jeszcze przez rok. Kibice z Reymonta mają nadzieję, że doczekają się renesansu piłkarza, który barwy ich klubu z o wiele lepszym skutkiem reprezentował już w latach 2014-15. Był wtedy prawdziwym liderem drużyny. Sam tęskni za tą nieodległą przeszłością najmocniej.

 

Nika DZALAMIDZE (Górnik Łęczna)

Fot. Grzegorz Radkte / źródło: 058sport.pl


Po czterech latach spędzonych w Jagiellonii Białystok wyjechał na rok do Turcji i… wrócił jakby nie on. Miał wydatnie wspomóc Górnika w batalii o zachowanie ekstraklasowego bytu, ale zwyczajnie nie dał rady. Zagrał w lidze tylko 11 razy. Nie uświadczył nie tylko bramki, ale choćby jednej żółtej kartki za waleczność. Jego rozwój wyraźnie zahamowała poważna kontuzja sprzed czterech lat (zerwanie więzadeł krzyżowych w kolanie). Nigdy potem nie odzyskał tak wysokiej formy, jaką prezentował wcześniej. Dlatego działacze z Łęcznej nie zdecydowali się na ryzyko i jesienią podpisali z nim kontrakt obowiązujący tylko do końca sezonu.

 

Łukasz SEKULSKI (Korona Kielce/Piast Gliwice)

Fot. Wojciech Szubartowski / źródło: Pressfocus


To miała być tajna broń gliwiczan na drugą część sezonu. Wiązano z nim duże nadzieje, bo przecież jesienią zdobył pięć bramek w 10 meczach. Runda rewanżowa okazała się jedna dla niego totalnie nieudana. Bramkarza rywali nie pokonał choćby raz, mimo że grał częściej niż w Koronie. Gdyby popisał się równie wysoką skutecznością, być może Piast nie musiałby drżeć o ligowy byt niemal do mety rozgrywek. Coraz mniej osób pamięta, że Sekulski to ten zawodnik, który przed dwoma laty kończył sezon z 30 trafieniami na koncie. Nie szkodzi, że w II lidze…

 

Daniel Chima CHUKWU (Legia Warszawa)

Fot. Rafał Oleksiewicz / źródło: Pressfocus


We wszelkich podsumowaniach stawia się go w jednym szeregu z Tomaszem Necidem – jako podwójny transferowy niewybuch. Tyle że Czech zdołał dołożyć małą cegiełkę do tytułu mistrzowskiego, na zamknięcie sezonu zasadniczego zdobywając zwycięską bramkę w wyjazdowej potyczce z Cracovią. Chukwu? Strzelił trzy razy więcej goli, ale w III-ligowych derbach Mazowsza. W ekstraklasie przez całą rundę zaliczył zaledwie 22 minuty. Mało kto pamięta, że debiutował w 1/16 finału Ligi Europy na obiekcie Ajaksu Amsterdam. Nie był to jednak zwiastun niczego dobrego. Długo tłumaczył się zaległościami fizycznymi, jakie nagromadziły się podczas dwuletniego pobytu w Chinach. Ale jak miał je nadrobić, skoro już podczas pierwszego zimowego zgrupowania potrafił nabawić się kontuzji, zakładając zbyt ciasne buty?

 

Eduards VISZNAKOVS (Ruch Chorzów)

Fot. Rafal Rusek / źródło: Pressfocus


Przy Cichej po raz kolejny liczono, że będzie równie groźny jak w sezonie 2013/14, gdy zdobył w ekstraklasie tuzin bramek dla łódzkiego Widzewa. Stało się jednak inaczej – łotewski egzekutor zaliczył najsłabszy okres kariery. Na listę strzelców wpisał się zaledwie raz, mimo że dostał 15 ligowych szans. Na otarcie łez trafił w zremisowanej potyczce z Górnikiem Łęczna (2:2), którą chorzowianie żegnali się z krajową elitą. Wedle co bardziej sceptycznych komentatorów – na lata.

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Niebieski Użytkownik anonimowy
~Niebieski :
No photo~Niebieski Użytkownik anonimowy
ŻUREK pasowało by wam w tym pisemku gks i ksg żebyśmy pożegnali ekstraklase na lata. Pożyjemy zobaczymy pozdrawiam gazetkę klubową
17 cze 17:10 | ocena:50%
Liczba głosów:2
50%
50%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~KamilUżytkownik anonimowy
~Kamil :
No photo~KamilUżytkownik anonimowy
Najbardziej przegranym z tego grona jest Sebastian Mila, kończy karierę w fatalnym stylu, nie na boisku a na ławie i to z łaski.
21 cze 19:00
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza: