Przed Legią najlepiej zjechać do kopalni!

Mecze Górnika z „wojskowymi” to coś więcej niż ligowy klasyk. Szczególnie dla zabrzan, którzy przeżywają je na swój sposób. Niezwykłe wydarzenia przed potyczkami zabrzan ze stołecznym zespołem wspominają Stanisław Oślizło, Marek Motyka, Adam Kompała i Marcin Wodecki.

Górnik od blisko 30 lat nie jest już klubem górniczym, ale w Zabrzu ciągle rozpamiętują, jak to przed arcyważnymi spotkaniami z Legią zawodnicy zjeżdżali do kopalni na „wycieczki motywacyjne”. W oddziałach wydobywczych trafiali najczęściej na swoich kibiców w kaskach, którzy przypominali im delikatnie, że jak nie wygrają z Legią, to wrócą pod ziemię, gdzie będzie na nich czekał karny fedrunek...

 

Bez Pohla nie było gola!
Górnicy nie musieli jednak „straszyć” Ernesta Pohla (w tamtych czasach w jego nazwisku brakowało litery „h”), który miał stare porachunki z Legią, w której zresztą wcześniej występował. 9 kwietnia 1961 r. zabrzanie grali arcyważne spotkanie z Legią i nikt nie liczył na Ernesta, który leczył ciężką kontuzję uszkodzonego kolana. Tak pamięta tę historię, która obrosła w legendę jego kolega boiskowy, Stanisław Oślizło. - Ernest siedział wtedy w domu, spokojnie się kurował, a na zbiórce w szatni brakowało zawodników do gry. Nie było ani jednego rezerwowego i ktoś raczej w żartach rzucił hasło, by pojechać po Ernesta. Kierownik sekcji piłki nożnej, pan Gładych potraktował to bardzo poważnie i wysłał po niego kierowcę. Pohl mieszkał jakieś 300 metrów od stadionu, więc bardzo szybko został przywieziony do klubu. W szatni nasz lekarz zdjął mu opatrunek. Na widok otwartej rany zdębieliśmy... Nie dało się na nią patrzeć. „Synki, widzicie, jo nie moga grać!” - w swoim stylu przemówił Ernest, ale nikt go nie chciał słuchać. Zmieniono mu opatrunek, nałożono nakolannik... i kazano wybiec na boisko: „Będziesz tylko stał z przodu, by Legia postawiła przy tobie dwóch graczy”. No i Ernest „stał” na polu karnym, a z tego stania wyszły cztery piękne bramki. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że wygraliśmy z kulawym Ernestem w składzie aż 5:1 – zastanawia się Oślizło, który w klubie doradza teraz zarządowi Górnika.

Fot. Eygeniusz Warminski / źródło: newspix.pl

Od lewej Jacek Gmoch, Ernest Pohl, Władysław Grotyński i Andrzej Zygmunt


Pan Stanisław dodaje, że w tamtych czasach mecze z Legią wzbudzały wielkie emocje, ale takiego szaleństwa jak teraz to nie było. - W szatni wyczuwało się podniecenie przed takimi meczami, to był wyjątkowy rywal, ale nic poza tym. Znaliśmy się jak łyse konie, doskonale wiedzieliśmy, jak grają Lucjan Brychczy czy Kaziu Deyna. Nie było specjalnych przygotowań, zgrupowań przedmeczowych. Trener ograniczał się do podania składu i przekazania życzeń wygrania meczu. Reszta należała już do nas – dodaje Oślizło.

 

Wstrząs w kopalni!
W nowszej historii pojedynków Legii z Górnikiem, motywacja zaczęła odgrywać coraz większą rolę. Do „szoli” zabrzanie wsiadali np. za trenerskiej kadencji Waldemara Fornalika, potem na podobny pomysł wpadł Marek Motyka, który trzykrotnie prowadził zabrzan Zadziorny krakus doskonale rozumiał, że Górnik to rzesza kibiców pracujących ciężko na chleb pod ziemią. To właśnie on zabrał piłkarzy do kopalni, by przypomnieli sobie, dla kogo tak naprawdę grają. - Ten zjazd do kopalni był właściwie za karę, po przegranym wcześniej meczu – przypomina Motyka. - Prezes klubu „zaprosił” nas na 6 rano i zjechaliśmy do kopalni Makoszowy. Jak doszliśmy do przodka, to ja i zawodnicy byliśmy cali mokrzy. W kasku z lampą, gumiakach, w ciężkim ubraniu roboczym i z pochłaniaczem gazu ledwo mogliśmy się poruszać. A naprzeciwko nas na ścianie wydobywczej widzieliśmy tylko czarne, umorusane twarze i migocące na głowach światełka. „Doceńcie robotę tych ludzi, ich poświęcenie i pracę w warunkach zagrażających życiu. To oni kupują bilety na wasze mecze. Oni harują po 8 i więcej godzin, a wy potrenujecie dwie, prysznic, żel na włosy i do domu” - te moje słowa wywarły na chłopakach wielkie wrażenie. Wspólnie z nimi przeżyłem wtedy ogromny szok. Od tamtej pory byli już innymi ludźmi, zupełnie inaczej patrzyli na pracę górników, swoich najbardziej oddanych kibiców. Po tym wstrząsie w kopalni wygraliśmy 1:0 z Legią po świetnym widowisku (7 kwietnia 2007 - dop. red.). A na trybunach starego stadionu Górnika było jakieś 15 tysięcy ludzi – zaznacza Motyka, który aktualnie szkoli IV-ligowego Hetmana Zamość.

Fot. Jerzy Kleszcz / źródło: newspix.pl

Najlepszą motywację dawała „górnikom” wizyta w kopalnianych szybach. Piotr Lech doświadczał takich zjazdów, będąc bramkarzem zabrzan w latach 2002-2005.


Przed Legią krótkie zgrupowanie to był kanon, który kontynuowany jest w Zabrzu do dzisiaj. Motyka uzasadnia koszarowanie zespołu także względami praktycznymi? - Kiedyś przed ligowym meczem zobaczyłem w galerii handlowej w Zabrzu jednego z piłkarzy z dzieckiem na ręku, którego żona ciągała ze trzy godziny po wszystkich stoiskach. I jak ten biedny chłopak miał mieć siły, by 90 minut biegać po boisku? Ci, którzy mieli małe dzieci, nawet sami prosili mnie, by organizować zgrupowania przedmeczowe. Mogli się wreszcie wyspać...

 

Chwycili za łopaty...
Ostatni król strzelców ekstraklasowych barwach Górnika wielokrotnie mierzył się z Jackiem Magierą, obecnym trenerem Legii. - I tylko raz z nim przegrałem, licząc nie tylko mecze w Zabrzu, ale i w stolicy. Specjalnych przygotowań nie robiliśmy, trenerzy nie musieli nas szczególnie motywować. Wiadomo, jaki jest stosunek Ślązaków do Legii. A przed naszymi spotkaniami w Zabrzu najczęściej jeździliśmy na zgrupowanie do Pławniowic koło Gliwic – przypomina sobie Adam Kompała, który teraz dopinguje swoich następców z trybun Areny Zabrze.
Po raz ostatni zabrzanie ograli Legię 19 lutego 2012 r., wygrywając na starym obiekcie (tylko 3000 kibiców) 2:0. Bohaterem meczu był Prejuce Nakoulma, który w tygodniu poprzedzającym spotkanie był obwożony po Zabrzu przez wspierającego klub taksówkarza. Popularny „Prezes” spotykał się z fanami, zwiedzał najważniejsze miejsca w mieście. Wycieczka w żadnym stopniu nie nadwątliła jego sił: strzelił Legii pięknego gola po rajdzie przez pół boiska. Później Prejuce skłócił się z dziennikarzami i kibicami, całkowicie wyłączając się z akcji marketingowych.

 

Fot. DAWID ANTECKI / źródło: Pressfocus

W lutym 2012 roku, w zimowych warunkach i na zmrożonej murawie (którą zabrzanie sami sobie odśnieżyli), najlepiej czuł się Prejuce Naokuolma.


Tamtego dnia - swoją drogą - boisko nie nadawało się do gry; było skute lodem i pokryte 20-centymetrową warstwą śniegu. Gdyby nie odsiecz ze strony piłkarzy, mogło w ogóle nie dojść do meczu. Doskonale pamięta ten czas Marcin Wodecki, który w tamtym meczu zmienił w końcówce właśnie Nakoulmę. - Chwyciliśmy za łopaty, byliśmy zwarci i gotowi. To było fajne wydarzenie w moim życiu, nie co dzień wygrywa się z Legią. Murawa była zasypana śniegiem, oblodzona, ale pomogliśmy przywrócić ją do stanu używalności. To była dla nas fajna rozgrzewka. Dziś chłopakom z Górnika życzę tego samego, by ograli Legię. Mam nadzieję, że będzie im się wiodło w ekstraklasie – mówi lubiany przez kolegów „Pszczółka”, aktualnie gracz Odry Opole.

 

 

Na zdjęciu głównym: Tak w 2007 roku świętował zwycięskiego gola w meczu z Legią napastnik Górnika, Rafał Andraszak.

Z tej samej kategorii