Prezes Ruchu Radzionków i fan Barcelony: Prawdziwy Ronaldo jest tylko jeden!

Radzionków od Barcelony dzieli 2200 kilometrów, ale „dla chcącego (i kochającego) nie ma nic trudnego”. Marcin Wąsiak między miłością żółto-czarną i bordowo-granatową.

Na początku każdej rundy zaznaczam sobie w kalendarzu daty spotkań Barcelony i Ruchu Radzionków. Najgorsze jest to, gdy się pokrywają... - wzdycha Marcin Wąsiak. Dla postronnego obserwatora - zestawienie klubów mocno abstrakcyjne. Ale sprawa jest prosta: Marcin to prezes „Cidrów”, dziś grających w IV lidze śląskiej. Obecność na ich meczu to więc swego rodzaju obowiązek zawodowy. Ale „Barca” bynajmniej nie schodzi wtedy na drugi plan... - Odpalam wtedy transmisję na komórce - przyznaje nasz rozmówca. - W najgorszym zaś przypadku po prostu zaraz po przyjściu do domu oglądam powtórkę. W całości! - zapewnia.

 

Od współczucia do fascynacji

Bez Barcelony obecny sternik Ruchu nie może żyć już od ponad 20 lat! Miłość do blaugrana narodziła się u ówczesnego 15-latka w roku 1994, z... zaskakujących pobudek. - Wcześniej kibicowałem Milanowi. Ale kiedy w finale Ligi Mistrzów rozbił on Barcelonę 4:0, zwyczajnie... zrobiło mi się żal przegranych. Zacząłem szukać informacji o klubie (Internet dopiero raczkował - przyp. red.), o historii, zawodnikach... I tak narodziła się fascynacja Barcą - wspomina Wąsiak. Dwa lata potem był już zakochany po uszy. Na podwórkowe mecze zakładał bordowo-granatową koszulkę z nazwiskiem „Ronaldo” (- Tego prawdziwego - mówi z uśmiechem, przywołując postać Brazyliczyka) na plecach. Podróbkę kupioną gdzieś na bazarze, bo przecież rynek oficjalnych gadżetów klubowych w Polsce dopiero raczkował; podobnie jak oficjalny ruch kibiców katalońskiego klubu w naszym kraju. - Początkowo spotykaliśmy się w gronie śląskich „cules” w pubach i knajpkach, by wspólnie oglądać mecze Barcelony. I w końcu zakiełkował pomysł powołania oficjalnego stowarzyszenia - mówi Wąsiak. 12 września 2005 Fan Club Barça Polska zarejestrowano w Krajowym Rejestrze Sądowym, a 14 lipca 2006 - decyzją władz FC Barcelona - został oficjalną peñą „Dumy Katalonii”. „Peña” - by wyjaśnić obcojęzyczne terminy - to po prostu stowarzyszenie fanów (czasem ledwie kilkunastoosobowe, ale zarejestrowane formalnie), „cules” zaś - słowo oznaczające kibiców Barcelony - to po hiszpańsku... tyłki. Wzięło się z historycznego stadionu Camp de la Industria, gdzie fani zasiadali na drewnianych ławkach bez oparć. Patrząc na rzesze kibiców od tyłu, widać było więc jedynie... rzędy pośladków.

 

Fot. z archwium Marcina Wąsiaka / źródło: SPORT

 

Neymar za 1 euro

Tradycja wspólnego oglądania spotkań Barcy funkcjonuje oczywiście do dziś: od wczoraj członkowie Fan Club Barça Polska goszczą w Krakowie na kolejnym zlocie. Gwoździem programu będzie oczywiście wspólne oglądanie transmisji z dzisiejszego „El Clasico”! - Gran derbi oglądane z trybun Camp Nou to wciąż moje niezrealizowane marzenie - mówi Marcin Wąsiak. W sobotę znów zasiądzie „tylko” przed telewizorem. Ale emocje i tak będą niemal takie, jak na widowni. Tym bardziej, że przecież - jak na prawdziwego fana przystało - wiele rzeczy w mieszkaniu przypomina mu o jego prawdziwej piłkarskiej miłości. - Bluzy, koszulki, rękawiczki, plecaki, breloczki, zegarki. Nawet bielizna - Wąsiak wylicza kibicowskie gadżety. Na ważnym miejscu w domu stoi też „miniaturowe Camp Nou”, poskładane z.... trójwymiarowych puzzli. - Koszulki zawsze jednak kupuję bez nazwisk. Dlaczego? Żeby potem ich nie wyprzedawać za 1 euro, kiedy piłkarz odchodzi z FCB - uśmiecha się nasz rozmówca, nawiązując w ten sposób do akcji barcelońskich fanów po niedawnej przeprowadzce Neymara do PSG.

 

Dwanaście na żywo

Clou kibicowskiej fascynacji to oczywiście mecz ukochanej drużyny, oglądany na żywo. Radzionków od Barcelony dzieli 2200 kilometrów, ale „dla chcącego (i kochającego) nie ma nic trudnego”. Stąd kolejne wyjazdy, „odhaczane” w pamiętniku kibica. Zresztą... nie tylko do Katalonii. - Do tej pory na żywo widziałem 12 meczów blaugrana - wspomina Wąsiak. Najbliżej miał do... Gdańska, gdzie barcelończycy gościli w lipcu 2013 roku. To było spotkanie towarzyskie. Ale kibicowsko ważne. Polscy fani przygotowali na nie ogromną sektorówkę, która potem została zabrana, przetransportowana do Hiszpanii i rozłożona na Camp Nou. - Ale bywałem też na oficjalnych meczach Barcy w Lidze Mistrzów! W Glasgow, w Amsterdamie, w Rzymie, w Turynie. No i w Paryżu, niestety... - dodaje nasz rozmówca. 0:4 z PSG to... jedyna porażka bordowo-granatowych, jaką Marcin Wąsiak widział na żywo, z trybun. Generalnie przecież przegrywają bardzo rzadko. Blisko był też udziału w finale Champions League. Blisko... w sensie geograficznym. W 2015, kiedy FCB pokonała 3:1 Juventus, Fan Club Barça Polska wynajął restaurację w Berlinie - niedaleko Olympiastadion - i na zamkniętej imprezie świętował sukces idoli!

 

Fot. z archwium Marcina Wąsiaka / źródło: SPORT

 

Tydzień bardzo specjalny

Specjalny smak mają oczywiście wizyty w stolicy Katalonii. Było ich kilka, część z nich - po wyprawach... autokarowych (co najmniej 26 godzin w jedną stronę). Ale warto... - Z każdej wizyty na spotkaniu Barcy pamiętam nie tylko wynik, ale i strzelców goli - mówi. I na dowód przytacza: - Mój pierwszy wyjazd na mecz? Barcelona - Valencia w 2008 roku. Było 6:0. Zaczął Messi z karnego, a potem po dwa gole strzelili Bojan Krkić i Thierry Henry. Jednego dołożył Xavi.

 

W sumie na Camp Nou prezes Ruchu oglądał trzy mecze blaugrana. Czwarty - na stadionie Espanyolu. Biorąc pod uwagę polskie realia, nie są to tanie imprezy. Ligowe spotkanie to - mimo zniżek dla członków „peñi” - to wydatek 50-70 euro. Derby - już ok. 100. Cóż jednak znaczą pieniądze wobec emocji, jakie się przeżywa dzięki bliskości ulubieńców? - Tydzień największych emocji przeżyłem w maju 2009 roku. Barca - prowadząc z Villarealem 3:1 i mogąc - w końcówce straciła dwa gole i musiała na przypieczętowanie mistrzostwa poczekać do następnej kolejki - opowiada Wąsiak, który był w tym okresie w stolicy Katalonii. Fiesty z okazji zdobycia tytułu nie doczekał, ale okazji do radości było wiele. Cztery dni wcześniej - po golu Andersa Iniesty w doliczonym czasie - gospodarze wygrali z Chelsea i awansowali do finału LM, a trzy dni później w Walencji sięgnęli po Puchar Króla, bijąc Athletic Bilbao 4:1.

 

Nie tylko Camp Nou

Na przełomie stycznia i lutego 2018 czeka go kolejna wyprawa do Barcelony. - Być może uda mi się „zahaczyć” o derby (31.01. - dop. red.) - planuje. Na pewno odwiedzi kilka ulubionych miejsc w katalońskiej metropolii. - Nabrzeże i deptaki nadmorskie, Park Guell... - wylicza. Ten ostatni to dzieło Antonio Gaudiego, genialnego architekta, twórcy katedry Sagrada Familia, budowanej... od 1882 roku (wtedy wmurowano kamień węgielny). - Mam nadzieję, że doczekam jej ukończenia - śmieje się Wąsiak. Na razie koniec prac przewidywany jest na rok 2028...

 

Najciekawsza pozycja na liście odwiedzin? Camp Nou oczywiście, ale także - mało popularne na razie wśród turystów - bunkry Del Carmel. - To najpiękniejsze w całej okolicy miejsce widokowe. Panorama miasta jest zjawiskowa - dodaje. A załączone zdjęcie nie zostawia co do tego wątpliwości...

 

Fot. z archwium Marcina Wąsiaka / źródło: SPORT

 

W koszulce Realu na La Rambla

O prezesowskiej fascynacji Barceloną w szatni Ruchu wiedzą wszyscy. Ale nie wszyscy ją podzielają. - Na pewno kibicem blaugrana jest kapitan, Marcin Trzcionka. Jak chce mnie wprawić w dobry humor, przychodzi na trening w koszulce Barcy - śmieje się sternik „Cidrów”. Paradoksalnie jednak w owej szatni przeważali i przeważają chyba... zwolennicy Realu! - Wcześniej - m.in. Adam Giesa, potem Łukasz Dębski. Ostatnio - Tomek Leszczyński i Michał Staszowski - wylicza Wąsiak. I... łapie się na ciekawej refleksji. - Może powinienem dobierać chłopaków do drużyny pod kątem sympatii w gran derbi? - pyta. Z uśmiechem, bo przecież choć Real i Barcelonę dzieli wszystko, żyć bez siebie nie mogą. - To nie jest nienawiść, jaka nam się kojarzy z polskich stadionów. Dziś można się przejść po La Rambli (najpopularniejsza ulica w Barcelonie, prowadząca z Plaça de Catalunya do pomnika Krzysztofa Kolumba na nabrzeżu - dop. red.) w koszulce Realu i krzywda mu się nie stanie. Może co najwyżej usłyszeć parę zgryźliwych komentarzy - zaznacza. On sam o tych, którzy trzymają kciuki za Real, mówi zaś krótko: - Cóż, każdy czasem dokonuje złych wyborów w życiu...

 

Z tej samej kategorii