Za krótkie łóżko, za małe... samoloty. Reszta jest super!

Krzysztof Kamiński z roku na rok staje się coraz większą gwiazdą J1 League, a jego życiowa partnerka, Natalia Grębowicz, wszystko skrzętnie dokumentuje, dzięki czemu jej blog zyskuje coraz większą popularność.

Gdy były bramkarz „Niebieskich” zaryzykował i dwa lata temu skorzystał z oferty z ligi japońskiej, odważny krok wielu zdziwił. Ale - gdy rozmawiamy po raz kolejny w okresie przedświątecznym - trudno nie odnieść wrażenia, że Krzysztof Kamiński sukcesywnie buduje swoją markę w Kraju Kwitnącej Wiśni i... nie mógł podjąć lepszej decyzji.

 

Kibice wiedzą wszystko!
Niedawno zakończony sezon był najlepszy, odkąd golkiper gra w Japonii. – Umocniłem swoją pozycję w lidze. W pierwszym sezonie zrobiliśmy awans, w poprzednim było nieźle aż do momentu odniesienia kontuzji, przez którą straciłem ok. 15 spotkań, a drużyna zanotowała słabszą końcówkę beze mnie i walczyła o utrzymanie. W tym sezonie zdrowie dopisywało, no i forma też, bo do ostatnich kolejek walczyliśmy o podium i udział w Azjatyckiej Lidze Mistrzów – wylicza „Kamyk”, który został także doceniony i był nominowany do jedenastki sezonu. Ostatecznie uplasował się w TOP 3 bramkarzy J1 League. – Klub ma coraz większe plany. Do końca walczyliśmy o puchary, choć przed sezonem nikt tego nie zakładał. Myślano o okolicach ósmego miejsca, a skończyło się na szóstym – wyjaśnia Kamiński, który wzbudzał spore zainteresowanie na wspomnianej gali w Jokohamie, drugim największym mieście w Japonii. – Gdy przyjechaliśmy z Natalią na galę pociągiem Shinkansen, na dworcu czekali na nas kibice, także Jubilo, którzy marzyli o zdjęciu czy autografie. Nie wiem, w jaki sposób dowiedzieli się, o której przyjedziemy. Mieliśmy przecież cały dzień na dotarcie do hotelu w Jokohamie! – dziwi się bramkarz, który podczas gali... nie mógł towarzyszyć Natalii.

 

Dom, dzieci i... tyle
- Status kobiety w japońskim społeczeństwie nie jest wysoki, o czym przekonuję się na każdym kroku. Także na gali, którą oglądaliśmy cały czas osobno. Tam gwiazdą byli piłkarze, wielu z nich nawet nie zabrało ze sobą partnerek czy żon, bo... nie było po co. Kobiety w Japonii są odpowiedzialne . Wiele Japonek z podziwem i zdziwieniem traktuje moje podróże czy wypady z Krzyśkiem – opowiada Natalia Grębowicz.
– Rzeczywiście, uważają ją za niezwykle odważną, samodzielną czy wręcz szaloną kobietę – śmieje się „Kamyk”, który cieszy się z rosnącej popularności bloga Natalii o Japonii.

źródło: własne


- Statystyki rzeczywiście rosną! Ale nie patrzę tylko na liczby. Dla mnie ważny jest rozwój strony. Coraz mocniej myślę o większej liczbie filmików. Wiem, że wraz z rosnącą popularnością Krzyśka w Japonii, także i tamtejsi kibice chętnie zaglądają na mojego bloga, żeby zobaczyć... gdzie tym razem pojechałam lub pojechaliśmy. Japończycy często nie znają miejsc, które odwiedzam i wypytują mnie o nie – opowiada Natalia, która nie pisze tylko o podróżach. - Siedzę sobie na kanapie, a pomysły same przychodzą do głowy. Ostatnio poświęciłam czas na zrobienie materiału o człowieku odpowiedzialnym za sprzęt w szatni Jubilo. To bardzo ciekawa postać, a dzięki jego mrówczej pracy zawodnicy nie muszą się o nic martwić – opowiada z pasją.
– Cieszę się, że jej blog staje się coraz bardziej popularny, bo widzę ile czasu i energii temu poświęca – dodaje Kamiński.

 

Kaszkiet w prezencie
Polski bramkarz jest bardzo skromny, ale coraz trudniej ukryć mu to, że - nie tylko w Iwacie - jego status rośnie i można nazwać go już gwiazdą. – Zawsze kogoś spotykam na ulicy, pogadam, zrobię zdjęcie. Niektórzy robią mi nawet fotki z ukrycia, bo... pozowane już mają. Kolekcjonerzy autografów pojawią się na każdym treningu – opowiada Krzysztof, który otrzymuje od fanów także liczne prezenty. – Gdy kibice po treningu zrobią sobie z tobą zdjęcie, zawsze coś ofiarowują – mówi Kamiński.
- Podarunki są przeróżne i przedziwne. Krzysiek dostał np. kaszkiet, ręcznie robioną swoją maskotkę, obrazki, słodycze czy owoce – wylicza Natalia.
– Zawsze dostaję też pałeczki, tym razem kibic podarował mi nawet zestaw dla rodziców – dodaje Krzysiek.

 

Sake pije się i ze... spodka
Niemal trzy lata gry i pobytu w Japonii sprawiły, że para czuje się już bardzo komfortowo w Kraju Kwitnącej Wiśni. – Nie zauważamy już wielu rzeczy, które dziwią naszych znajomych – mówi 27-letni bramkarz. Japończycy, pijąc lub jedząc gorące potrawy, zazwyczaj głośno... siorbią. Robią tak, aby ostudzić w ustach napój czy makaron. Ja nie zwracam na to uwagi, ale Natalię to wciąż denerwuje. Inny zwyczaj dotyczy picia sake, które nalewa się tak, że aż przelewa się z kieliszka. Dobrym obyczajem jest wypicie wszystkiego - łącznie z ty, co spłynęło na spodek – tłumaczy bramkarz. – Generalnie uwielbiam japońskie jedzenie, choć... czasem tęsknię za typowymi polskimi potrawami. Nad Wisłą z kolei tęsknię za japońską kuchnią – mówi.

 

Pod prąd w Katowicach
- Punktualność i kultura jazdy to cechy, które bardzo mi się tam podobają – dodaje Natalia. – Gdy ostatnio wróciliśmy do Polski, zagapiłem się i w Katowicach pojechałem pod prąd. Wszystko przez lewostronny ruch w Japonii. Często w samochodzie mylą mi się kierunkowskazy z wycieraczkami – śmieje się Kamiński.

 

140 procent alfabetów
Para nie ma już większych kłopotów z komunikowaniem się z miejscowymi. – Można powiedzieć, że Krzysiek nie ma problemów z rozumieniem Japończyków. Ja z kolei jestem... od czytania. W Japonii są trzy alfabety. Nauczyłam się już jednego, drugiego zaś - w 30-40 procentach. Zostaje jeszcze ten trzeci: Kanji. Najtrudniejszy, bo składający się z ponad 2 tys. znaków. Japończycy uczą się go do końca życia, więc... wątpię żeby mi się udało – wyjaśnia Natalia.
– Jeśli chodzi o organizację w klubie, niczego mi nie brakuje. Na początku pobytu, po wyborze mieszkania, jedyną rzeczą, którą wymieniłem było łóżko. Było... za małe – uśmiecha się bramkarz, który także na mecze podróżuje w komfortowych warunkach. – Na większość spotkań jedziemy wspomnianymi pociągami Shinkansen, które osiągają prędkość ponad 400 km na godzinę. Tylko czasem korzystamy z samolotów. Tam jednak mają małe przestrzenie pomiędzy fotelami, co dla mnie jest pewnym problemem – wyjaśnia.

 

„Przygotowanie do przygotowań”
– To wszystko działa w dwie strony. Perfekcyjna organizacja sprawia, że Japończycy mają prawo oczekiwać od zawodników profesjonalizmu pełną gębą. U nas w Jubilo nie ma nawet regulaminu, bo każdy bez niego wie, co wolno, a czego nie. Nikomu do głowy nie przyjdą żadne głupoty. O „wesołym autobusie” można zapomnieć, alkoholu po meczach nie pijemy. Jak już któryś z piłkarzy otworzy colę, wszyscy... się dziwią – tłumaczy polski golkiper. – Od czasu do czasu wybieramy się wspólnie na kolację i wtedy klub rezerwuje dla nas restaurację. Każdy jednak wie, kiedy można sobie pozwolić na trochę luzu, a kiedy nie. Japończycy mają np. tak, że zanim wznowią przygotowania do sezonu, umawiają się w 4-5 i wynajmują indywidualnego trenera, który przez tydzień zrobi im „przygotowanie do przygotowań” – uśmiecha się Krzysiek. - Ja muszę wracać do Japonii 15 stycznia tylko dzięki temu, że jestem obcokrajowcem. Japończycy w Jubilo zaczynają treningi 9 stycznia – mówi Kamiński.

 

„Kapitan Jastrząb” ciągle trafia!
Zespół Jubilo Iwata składa się głównie z rodzimych piłkarzy, bo takie są przepisy. – W J1 League obowiązuje limit obcokrajowców, tzw. zasada 3+1. W każdym zespole może grać 3 obcokrajowców spoza Azji, ale ten czwarty musi być Azjatą. U nas jest Brazylijczyk, Uzbek i ja - wyjaśnia „Kamyk”.

 

źródło: własne


- A największą gwiazdą i tak jest Shunsuke Nakamura. Na jego widok kibice... zamierają i nie wiedzą, jak się zachować. To samo dotyczy młodych japońskich piłkarzy. Jego „wielkość” ich przyćmiewa – opowiada o 98-krotnym reprezentancie Japonii Natalia.
– Nakamura to postać numer 2 w japońskiej piłce. Numerem 1 jest 50-letni Kazu Miura. Uważa się go za pierwowzór i inspirację dla Tsubasy, bohatera słynnej i kultowej kreskówki „Kapitan Jastrząb”. Co ciekawe: on strzelił mi nawet gola, przez co nie mam spokoju u mojego taty, który wypomina mi to i straszy, że też ubierze korki i powtórzy ten wyczyn - śmieje się Kamiński. I dodaje: – Kazu jest wielką postacią. Gdy na tournée przyjechała Barcelona, witał ją i oprowadzał właśnie on, a nie żaden przedstawiciel japońskiej federacji.

 

Z Podolskim po... angielsku
Gola Polakowi strzelił też... Lukas Podolski. - Ale to my wygraliśmy. Podolski gra w Kobe i po meczu zamieniliśmy kilka zdań po... angielsku, bo Lukas nie był w humorze. Pokłócił się nawet z własnymi kolegami. Chyba wydawało mu się, że całą japońską ligę wciągnie nosem, ale w rzeczywistości tak łatwo nie było i nie jest. – Już trzy tygodnie przed meczem wszyscy w Jubilo żyli tym, że przyjeżdża „Poldi”. Japończycy uważają, że dzięki takim gwiazdom każdy jest w stanie wzbić się na jeszcze wyższy poziom i mobilizuje się cała liga – dodaje Natalia.

 

„Powiem nawet nieskromnie...”
Polak stał się już gwiazdą Jubilo, co... może utrudnić w przyszłości jego transfer. - Tam panują nieco inne zasady. Nie ma podkradania sobie zawodników. Kluby czekają, aż danemu piłkarzowi wygaśnie kontrakt. Trochę inaczej jest z obcokrajowcami, ale zawsze kluby starają się dogadać ze sobą, poprosić o zgodę na rozmowy czy w ogóle na transfer. Mam jeszcze ważną umowę przez 2 lata. Nie będę ukrywał, że jest zainteresowanie ze strony innych japońskich klubów, ale jestem jednym z symboli Jubilo i nasi kibice się do mnie przyzwyczaili. Powiem nawet nieskromnie, że chodzą na mecze także dla mnie. Moja klauzula nie jest tajna, po awansie kwota odstępnego wzrosła do miliona euro, ale ja... bardzo dobrze czuję się w Iwacie. W klubie podoba mi się podejście do wielu spraw. Nie ma wielkiej izolacji, bo wszystko jest dla ludzi. Nie ma problemu, żebym np. wysłał Natalii SMS-a z meczu wyjazdowego, że za chwilę wychodzę na rozgrzewkę, albo że za chwilę gramy. Trzeba po prostu wiedzieć, kiedy można używać telefonów komórkowych – mówi Kamiński.
- Mimo iż tamtejsze społeczeństwo szaleje na punkcie technologicznych nowości, to jednak w restauracji, w towarzystwie czy w pociągu nikt głośno nie rozmawia przez telefon – podkreśla Natalia.

 

Zapraszamy, polecamy!
Polska para bez chwili zawahania zachęca innych piłkarzy do skorzystania z japońskich ofert, jeśli takowe się pojawią. – Z tego, co wiem, jest zainteresowanie ściągnięciem Polaków do Japonii. Na pewno bramkarzom jest łatwiej niż piłkarzom z pola, bo to specyficzna liga i trzeba się przestawić. W Japonii gra jest intensywniejsza. Przede wszystkim nie można się bać i potrzeba trochę odwagi – uśmiecha się Kamiński. – Z drugiej strony polska liga jest traktowana jako przedsionek do poważnych klubów w Europie. Dobrym przykładem jest Ryota Morioka, który przyjechał do Śląska Wrocław, miał pewne kłopoty z adaptacją, ale poznał, jak się gra i żyje w Europie, i teraz świetnie radzi sobie w Belgii. Obopólna korzyść. Tak jak w moim przypadku – kończy japońską opowieść Krzysztof Kamiński.

 

Z tej samej kategorii