Tomasz Boczek, czyli tyski operator zielonego przycisku

GKS Tychy - Sandecja Nowy Sacz
 fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

Obrońca GKS-u Tychy przed czterema laty był bliski porzucenia marzeń o poważniejszym graniu w piłkę. Traf jednak chciał, że trener Jan Furlepa z BKS-u Stali Bielsko-Biała nie puścił go do Polonii Łaziska...

MACIEJ GRYGIERCZYK: Czy zawsze wierzył pan, że zostanie pan zawodowym piłkarzem?
TOMASZ BOCZEK: - Tak szczerze, to nie. Miałem taki okres w życiu, kiedy już pracowałem. Gdy grałem swój ostatni sezon w BKS-ie Stal Bielsko-Biała – 2012/13, za trenera Furlepy – przez kilka miesięcy chodziłem albo na nocki, albo na 6 rano. Do 14, a potem bezpośrednio na trening. W głowie były już takie myśli, że trzeba zmienić klub, znaleźć coś w trzeciej lidze, ale bliżej rodzinnego Mikołowa. Rozmawiałem z Polonią Łaziska Górne. Miałem tam przejść, znaleźć przy okazji jakąś pracę w urzędzie i już układać sobie życie. Ułożyło się jednak tak, że zagrałem dobrą rundę w Bielsku i poszedłem do Nadwiślana Góra. Tam dostałem dobre pieniądze, w porównaniu do tego co w BKS-ie, więc postanowiłem zobaczyć, co się wydarzy.

W Nadwiślanie osiągaliście sukcesy.
TOMASZ BOCZEK: - Okazało się, że wszystkich wtedy po kolei laliśmy, więc po awansie do drugiej ligi głupio byłoby zrezygnować. Poszedłem dalej tą drogą. Potem miałem w Górze złoty okres przeplatany kontuzjami. W pierwszej rundzie strzeliłem pięć goli, na wiosnę dołożyłem jeszcze dwa i otrzymałem kilka propozycji. Wybrałem tę z Tychów, która wydawała mi się najlepsza do rozwoju. GKS jest dobrze poukładany finansowo, a w Nadwiślanie ostatnie miesiące były już ciężkie. Celem był awans, zrealizowaliśmy go i teraz mam debiutancki sezon w pierwszej lidze. Przecieram szlaki. Zawsze śmiejemy się z chłopakami, gdy jedziemy gdzieś na mecz, że na danym boisku debiutuję. Od Nowego Sącza aż po Chojnice... Gdziekolwiek jadę, jestem tam pierwszy raz. Teraz nie wyobrażam sobie, bym miał rozstać się z piłką i pójść do pracy.

Co przed czterema laty, występując w BKS-ie, pan robił?
TOMASZ BOCZEK: - Pracowałem w Tychach. Obróbka metali. Byłem frezerem, obsługiwałem automaty CNC. Byłem operatorem zielonego przycisku, jak ja to mawiałem. Maszyna szła, naciskałem zielony przycisk, wyciągałem części aluminiowe – i tak przez 8 godzin. Podziwiam ludzi, że potrafią kilka czy kilkanaście lat pracować na tych maszynach, bo tam nic się nie dzieje. Nie ma szans, by coś się wydarzyło. Monotonia.

Jak pan wtedy funkcjonował?
TOMASZ BOCZEK: - Pracowałem przez listopad, grudzień, styczeń, luty... W połowie marca, gdy ruszyła III liga, zagrałem bardzo słaby mecz. Bodajże w Piotrówce. Czułem się naprawdę dramatycznie fizycznie. Zdałem sobie sprawę, że nie ma szans – chodzić na „nocki” i próbować dalej w piłce. Wtedy, zimą, BKS nie puścił mnie ostatecznie do Łazisk. Trener Furlepa powiedział, że nie znajdzie stopera, dlatego skoro mam jeszcze pół roku kontraktu, to zostaję. Po tej Piotrówce zrezygnowałem z pracy. Od razu fizycznie urosłem, przesypiałem noce, a to chyba najważniejsze, by regenerować się przez sen. Wtedy odpaliło i zaczęło się wszystko lepiej układać.

Była jakaś osoba, która namówiła pana, by jednak postawić na piłkę?
TOMASZ BOCZEK: - Muszę powiedzieć, że zarówno w Górze, jak i Bielsku, miałem bardzo fajną ekipę do wspólnego dojeżdżania na treningi. Na BKS jeździliśmy wspólnie z Łukaszem Antczakiem, Michałem Skorupskim, Marcinem Gęsikowskim i Marcinem Szopą. Najbardziej doświadczony był „Antek”. Miał zdrowie, duże umiejętności i bardzo rozsądne podejście do piłki. Podpowiedział mi: „Boczuś, masz 23 lata. Daj sobie jeszcze 2-3 sezony! Do roboty zawsze możesz iść”. Łukasz był osobą, która mnie natchnęła. Rodzice też mówili, że skoro tyle poświęciłem, choćby w wieku juniora grając w Gwarku Zabrze, bym dał sobie czas. To się opłaciło. Pozdrawiam Łukasza, miał duży wpływ na niektóre decyzje w moim życiu.

Ktoś w BKS-ie czy Nadwiślanie budził respekt, umiejętnością łączenia obowiązków zawodowych z piłką?
TOMASZ BOCZEK: - Tomek Matysek. W Górze pracował tylko on, pod niego były układane treningi. Jeździł na kopalnię. Wstawał o 5, potem nie odsypiał, tylko od razu na zajęcia... I tak pięć razy w tygodniu, a w sobotę mecz. W trzeciej lidze miał świetny sezon. Czego dotknął – był gol albo asysta. Duży szacunek dla niego.

Grał pan w dwóch klubach z maleńkich miejscowości. A zatem: Psary czy Góra?
TOMASZ BOCZEK: - W Orle Psary-Babienica byłem bardzo krótko, bo przez 3 miesiące. Wesoło tam było, to był mój taki pierwszy seniorski klub. Był fajny klimat, ale w takich klubach zawsze tak jest. Tam nie ma ludzi, którzy marudzą. Oni przychodzą na trening odpoczywać. Każdy pracuje, więc potem wychodzi na boisko, by się zrelaksować; robić to, co się lubi, a nie – co się musi robić. Góra... Tam była bardzo fajna zwłaszcza trzecia liga. Mega ekipę mieliśmy. Może dwie osoby powyżej trzydziestki, a reszta chłopaków po 20-parę lat. Nikt nie zostawał z boku. Jak gdzieś szliśmy – czy na pizzę, czy obejrzeć mecz – to wszyscy razem. Potem miałem już tam inną rolę. W drugiej lidze byłem kapitanem, borykaliśmy się z problemami, ale one budowały atmosferę. Są przykłady GKS-u Katowice czy Polonii Bytom. Arek Kowalczyk powtarzał mi, że tam jeden za drugiego by poszedł. W Górze było iście domowo. Bywało wesoło. W trzeciej lidze dojeżdżaliśmy na treningi z Dawidem Szwargą, Dawidem Kaszokiem, Marcinem Michalakiem i Michałem Łobodą. Po awansie trochę się pozmieniało, doszedł Tomek Balul i Łukasz Małkowski. Zrobiło się... jeszcze śmieszniej. „Łobo” akurat uczył się jeździć autem – corsą, rocznik około 2002, chyba ma ją do tej pory – a „Kajtek”, czyli Łukasz Małkowski, przechodził czasem samego siebie. Człowiek-instytucja. Mógłby skecze układać, zająć się kabaretem, bo ma wielki talent do rozbawiania ludzi.

Czy GKS Tychy utrzyma się w pierwszej lidze?
Z tej samej kategorii