Wielki wyczyn pomocnika beniaminka: trzy szczeble w dwanaście miesięcy

Jeszcze rok temu 19-letni wówczas Jakub Łabojko - z którym bez żalu żegnał się Piast Gliwice - szykował się raczej do studiów, niż zawodowej kariery piłkarskiej. Dziś jest wyróżniającą się postacią beniaminka pierwszej ligi.

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Niesamowitego przyspieszenia nabrała pańska przygoda z piłką. W rok przebył pan drogę od czwartej do pierwszej ligi. Trudno było?

JAKUB ŁABOJKO: Trudno, bo to przecież przeskok o trzy klasy. Już wiosną, w II lidze w Rakowie, odczułem na własnej skórze tę różnicę. Niby nie odstawałem od nowych kolegów, ale czułem własne braki. Pod każdym względem. Mentalnie bardzo pomogły mi zajęcia z trenerem Pawłem Frelikiem, współpracującym przecież również z reprezentacją Polski. Z kolei sportowo też musiałem „ogarnąć” parę nowych rzeczy. Z taktyką 1-3-4-3, jaką gramy w Częstochowie, zetknąłem się bowiem pierwszy raz.

 

Sporo w niej pracy dla człowieka na pańskiej pozycji - defensywnego pomocnika...
JAKUB ŁABOJKO: To prawda. Zadań defensywnych i asekuracji kolegów jest więcej. A czasu na każdą czynność - dużo mniej niż w juniorach czy w czwartej lidze, w której grałem przez pół roku (w Ruchu Radzionków - dop. red.).

 

Patrząc jednak na bilans pana wiosennych spotkań, nie odnosi się wrażenia, by ta druga liga pana przerosła...
JAKUB ŁABOJKO: Rzeczywiście. Tak się złożyło, że już w pierwszym wiosennym meczu Rafał Figiel dostał czwartą żółtą kartkę. Musiałem wskoczyć do jedenastki. A jak już to zrobiłem, to... nie oddałem „placu”; do teraz (śmiech). Mało tego; świetnie się teraz z „Figo” w środku pola rozumiemy. Wiem, że Rafał - który przecież ma za sobą sezon w barwach GKS-u (2014/15 - dop. red.) - mocno się na sobotnie spotkanie szykuje.

 

Wyniki katowiczan u progu sezonu są dla pana niespodzianką?

JAKUB ŁABOJKO: Widziałem ich mecz z Puszczą Niepołomice i... rzeczywiście trochę byłem zaskoczony. Nie wiem, może ten ich występ to kwestia presji, z jaką spotykają się zwłaszcza na własnym stadionie?

 

Presja jest częścią sportu!
JAKUB ŁABOJKO: Owszem. Myśmy się - w jakiejś formie - też z nią spotkali wiosną ub. roku, kiedy część widzów wyrażała swoje niezadowolenie po dwóch pierwszych porażkach w rundzie, czy też po 0:3 ze Stalą Stalowa Wola. Ale objawiało się ono co najwyżej wcześniejszym wyjściem fanów z trybun.

 

Zostawmy rywali. Parę słów o panu, bo przecież wciąż jest pan „nową twarzą” na pierwszoligowych boiskach. Kilka lat spędził pan w Piaście Gliwice, ale bez szansy na debiut w ekstraklasie, prawda?

JAKUB ŁABOJKO: Jeszcze za czasów trenera Marcina Brosza dwukrotnie zostałem zaproszony na treningi pierwszej drużyny, a u trenera Radoslava Latala nawet siedziałem na ławce w pucharowym meczu ze „Stalówką”. Ale nie rozegrałem żadnego w seniorach. Przede mną „w kolejce do gry” było paru bardziej zdolnych kolegów z drużyny juniorskiej: Patryk Dziczek, Denis Gojko. Poza tym to był dość feralny dla mnie okres. Miałem w liceum trochę problemów z kontuzjami; dwukrotnie naderwałem - a było nawet podejrzenie zerwania - więzadła poboczne. Więcej czasu spędzałem na kozetce lekarskiej, niż na boisku.

 

Był za to czas na naukę. „Matura to bzdura” - napisał pan przekornie na jednym z portali społecznościowych. Łatwo było?
JAKUB ŁABOJKO: Nie narzekam, choć... Od studniówki jestem związany z moją dziewczyną, a zakochanie nauce nie sprzyja (śmiech). Ale maturę zaliczyłem bez kłopotów, z trzema przedmiotami rozszerzonymi.

 

Wtedy pan jeszcze nie wiedział, że będzie grać w I lidze. Był pomysł na życie?
JAKUB ŁABOJKO: Liczyłem, że jednak uda się przebić w futbolu. Ale też zacząłem studia na AWF w Katowicach. Chciałem na fizjoterapii - zacząłem się tym interesować, leżąc na tej kozetce... - ale usłyszałem, że to trudny i absorbujący kierunek. Więc na razie mam za sobą semestr na kierunku „nauczyciel wychowania fizycznego” i... urlop dziekański. Nie sposób codziennie dojeżdżać z Częstochowy do Katowic na zajęcia.

 

Próbował pan innych sportów niż piłka?
JAKUB ŁABOJKO: Mój wujek - Marek Słyk - z sukcesami pracuje jako trener dżudo. Kiedyś chciał mnie do tego namówić, ale „się nie dałem”. Z tatą z kolei grywałem w tenisa, brałem nawet lekcje. Zostało mi tyle z tego, że teraz... zgłosiłem akces do „grupy tenisowej” w drużynie Rakowa, którą organizuje Tomek Petraszek (śmiech).

 

Z tej samej kategorii