Oktawian Skrzecz: „Trzeba wreszcie strzelić parę goli”

GKS Katowice - Olimpia Grudziadz
 /  fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Dla 20-letniego wychowanka Lechii Gdańsk obecna runda - którą spędza przy Bukowej na wypożyczeniu ze Śląska Wrocław - jest pierwszą w seniorskiej piłce. I wciąż czeka na pierwszego w seniorskiej piłce gola. Okazja - już w niedzielę w samo południe. GieKSa w Łęcznej zagra z miejscowym Górnikiem.

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Jak się zaczęła pańska droga na ligowe boiska?
OKTAWIAN SKRZECZ: Jako mały chłopak - dzięki... bajkom - chciałem uprawiać sztuki walki. Kiedy jednak miałem 5 lat, starszy brat Oskar zaczął trenować futbol. Jeździłem na jego mecze z rodzicami i... wciągnęło mnie to. Na dodatek mój wujek - Zbigniew Kowalski, lechista, zdobywca Pucharu Polski, zagrał nawet przeciwko Juventusowi - prowadził zajęcia piłkarskie w Gedanii. Przez parę miesięcy ćwiczyłem - choć dla sześciolatka była to bardziej zabawa, bo przecież trafiłem do grupy z chłopakami o pięć lat starszymi! - w tym klubie, by potem trafić już do swojej grupy wiekowej, w Lechii. I spędziłem tam 10 lat.

To były związki nie tylko boiskowe, ale i emocjonalne zdaje się...
OKTAWIAN SKRZECZ: Owszem. Tato był kibicem Lechii przez wiele lat. Chodziłem z nim na mecze jeszcze na stary stadion, przy Traugutta. Fantastyczny klimat! Bardzo często był komplet, nawet w III lidze. Ba; na wyjazdy też jeździliśmy. W Toruniu, przed meczem z Elaną, na który pojechaliśmy z mamą, musieliśmy się „ewakuować” z lokalu, w którym jedliśmy obiad, bo trwały akurat „porachunki” fanów obu drużyn!

W „młynie” też pan siadał?
OKTAWIAN SKRZECZ: Zdarzało się. W pewnym momencie jednak „przeniosłem się” bliżej murawy; po prostu często podawałem piłki podczas gier ligowych Lechii. Ale pamiątki życia kibicowskiego mi zostały. Wiszą w domu szale. Są tak samo cenne, jak puchary czy medale wywalczone na boisku.

Najcenniejsze trofeum?
OKTAWIAN SKRZECZ: Chyba puchar dla najlepszego zawodnika Amber Cup. Dostałem go, gdy miałem 15 lat.

I krótko potem - zdaje się - dostał pan też szansę treningów z pierwszym zespołem Lechii?
OKTAWIAN SKRZECZ: To prawda. Byłem nawet na obozie z pierwszą drużyną, za czasów trenera Bogusława Kaczmarka.

Ale w lidze pan nie zagrał, wyjeżdżając do Gelsenkirchen. To pan chciał tego wyjazdu czy bardziej Lechia pana „wypchnęła”?
OKTAWIAN SKRZECZ: Sporo o mnie wtedy pisano, padały różne wersje... Media informowały, że tato bardzo chce mojego wyjazdu. Tymczasem byliśmy dwukrotnie na rozmowach w Lechii, rozmawialiśmy o warunkach mojej gry w Gdańsku. I zaręczam panu: ani przez chwilę nie odczuliśmy ze strony klubu chęci zatrzymania mnie... W Lechii oczywiście rodzice płacili za mnie składki członkowskie, kupowali mi obuwie piłkarskie, opłacali udział w obozach; z tatą jeździłem na odnowę biologiczną, bo w klubie jej nie było. A kiedy przyszło do propozycji kontraktu, zaoferowano mi takie pieniądze, które... nie starczyłyby nawet na porządne buty do gry. Moim rówieśnikom, ściąganym z różnych stron Polski, proponowano zaś 3-4 razy więcej. Po drugim spotkaniu w klubie temat się więc skończył.

Z tej samej kategorii