Na „maksa” dla Maksa, czyli radość snajpera

Wisla Pulawy - GKS Katowice
 /  fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Kropkę nad „i” w sobotnim zwycięstwie w Puławach postawił Mikołaj Lebedyński. Po jego bramce - trochę z... opóźnieniem - koledzy „wykołysali” jego niedawnego narodzonego drugiego syna.

Czemu dopiero teraz, a nie w Pruszkowie? - Mikołaj Lebedyński chwilę zastanawia się nad odpowiedzią. Przecież Maksymilian na świat przyszedł już dwa tygodnie wcześniej, a podczas efektownego 4:1 ze Zniczem okazji do tradycyjnej „kołyski” nie brakowało. - Może jednak w tym spotkaniu za wiele było emocji, czekania na przełamanie? - zastanawia się katowicki napastnik. - A może czekali na moją bramkę? Co ciekawe - nawet ja... z wrażenia zapomniałem o „kołysce”. Na szczęście „Zejdi” (Łukasz Zejdler - dop. red.) pamiętał.

Emocjom Lebedyńskiego nie sposób się dziwić. Od początku wiosny okazji na gola miał wiele; słupek, poprzeczka - ale piłka do siatki wpaść nie chciała. Udało się dopiero w Puławach, w niezwyczajnych zresztą okolicznościach. Bramkarz sparował uderzaną przez Tomasza Foszmańczyka prosto na nogę „Mikiego”. - Czas na reakcję miałem arcykrótki. Po prostu dostawiłem stopę, ale - prawdę mówiąc - wielkiego wpływu na piłkę nie miałem. Najwidoczniej jednak szczęście oddało mi to, co zabierało we wcześniejszych spotkaniach. A jakby się kto pytał, to bramka była piękna: od poprzeczki w okienko! - uśmiecha się szeroko Lebedyński.

Temu uśmiechowi trudno się dziwić; dołączył tym samym do grona GieKSiarzy, którzy „odblokowali się” strzelecko po krótkim „posiedzeniu” na ławce. Ale o rolę rezerwowego nie ma bynajmniej pretensji. - Wiosną nie dawałem trenerowi argumentów pod względem nie tyle gry, co liczb. A pole manewru jest w drużynie duże: „Gonzo” w świetnej formie, „Proki” też. Każdy z nich też w pewnym momencie znalazł się na ławce, i każdy - jak już się z niej podnosił - wchodził na boisko nie ze zwieszoną głową, ale po to, by coś wymiernego drużynie dać. To strasznie ważne. Myślę, że może mieć kluczowe znaczenie w kolejnych meczach - podkreśla „Miki”.

I choć czasu na odpoczynek katowiczanie ostatnio mieli niewiele (trzy mecze w osiem dni, a z Miedzią zagrają ledwie po pięciu kolejnych), już ostrzy sobie zęby na starcie z legniczanami. - Co prawda trochę „pokopany” jestem, bo tak już mam, że nogę wsadzam tam, gdzie inni boją się jej wsadzać. Ale... gdy się wygrywa, to i siniaki mniej bolą, i grać się chce już, zaraz... A do tego jeśli w czwartek wygramy, nasza przewaga nad Miedzią będzie już spora. No to... grajmy, na maksa!

Z tej samej kategorii