Marek Koniarek o sezonie w wykonaniu GKS-u: Klęska w tempie spacerowym

Marek Koniarek
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Jeden z najważniejszych zawodników GieKSy w jej historii towarzyszył obecnym piłkarzom z Bukowej niemal na każdym domowym meczu w sezonie 2016/17. I wiele razy - zdecydowanie za często, jak na jego gust - przełykać musiał gorycz rozczarowań.

DARIUSZ LEŚNIKOWSKI: Od dziesięciu lat GKS gra na zapleczu ekstraklasy i... zagra jeszcze przynajmniej przez rok. Czemu?

MAREK KONIAREK: Bo krótkie przebłyski to za mało, by zrobić awans, choć ja - mimo kiepskiej wiosny - długo w niego wierzyłem. W tym sezonie rywale po prostu nie byli za mocni, potykali się często. W najczarniejszych snach nie zakładałem jednak, że można przegrać z MKS-em Kluczbork! Siedziałem na tym meczu na trybunach z Jankiem Furtokiem. Obaj przecieraliśmy oczy ze zdumienia! Z rywalem, którego ma się na łopatkach - a było przecież 2:0 - trzeba grać piłką; zmusić rywali do biegania za nią. Tymczasem tą piłką zaczęli grać przeciwnicy, a bezradność GKS-u była porażająca. I nie tylko bezradność. Przecież kiedy remisuję z takim rywalem, a wiem, że muszę wygrać, zapieprzam do każdej piłki. A tu wszystko odbywało się w tempie spacerowym! Tego nie potrafię zrozumieć! Piłkarze wyglądali na wystraszonych; takich, których sytuacja przerosła. Zagrali co najwyżej na 50 procent swych umiejętności.

Może sił nie mieli? Widział pan wiele meczów GieKSy; jak - pana zdaniem - piłkarze wyglądali od strony fizycznej?
MAREK KONIAREK: Wiosną - na pewno gorzej niż jesienią. Mówię o owym „zapieprzaniu” - a raczej jego braku - co mogło wynikać właśnie z przygotowania motorycznego.

„Zapieprzanie” to także kwestia mentalna. A ja pytam o pańskie wrażenia na temat przygotowania fizycznego drużyny...
MAREK KONIAREK: Rozmawialiśmy o tym z Jankiem. Wnioski mieliśmy podobne: GieKSiarze w większości wiosennych spotkań prezentowali się słabo w końcówkach. Biegali bardzo ciężko, wolno. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby w jakimkolwiek spotkaniu musieli zagrać jeszcze dogrywkę. Reanimacja?

 

ZOBACZ NASZE AUTORSKIE PODSUMOWANIE SEZONU 2016/17 W WYKONANIU GKS-U

 

Mamy więc wątek fizyczny jako ewentualną przyczynę kłopotów. Janusz Białek niedawno podniósł zaś jeszcze wątek personalny, czyli brak „żelaznego składu”. 13 wiosennych meczów rozpoczynało 13 różnych jedenastek...
MAREK KONIAREK: Nie wnikam w konkretne wybory trenera Brzęczka: oglądał zawodników codziennie na treningu, podejmował na tej podstawie decyzje. Natomiast mam wrażenie, że tej drużynie nie pomagały niektóre strategiczne rozstrzygnięcia, czyli „przydziały” zadań dla poszczególnych piłkarzy. Przykład: Tomasz Foszmańczyk nie jest prawym pomocnikiem! Powinien grać na „dziesiątce”, bo potrafi rozegrać piłkę, kiwnąć rywala, posłać prostopadłe podanie. Ustawienie go na boku to „strzał w stopę”, strata faceta - masz po „Fosie”. To nie jest zawodnik, który będzie biegał wzdłuż linii do obrony, za swoim zawodnikiem. Przebiegnie się raz i drugi - i będzie na dłużej wyłączony z akcji ofensywnych. Podpieram się tu zdaniem... Piotra Mandrysza, z którym często oglądałem mecze GKS-u, a który pracował z Foszmańczykiem w Niecieczy. Przydzieliłbym więc „Fosie” zupełnie inną rolę, niż pełnił u trenera Brzęczka.

Byli też inni z „niewykorzystanym potencjałem”?
MAREK KONIAREK: Wydaje mi się, że więcej powinien grać Mikołaj Lebedyński, wobec którego stosowano dziwną politykę. Zagrał świetny mecz w wyjściowym składzie przeciwko Tychom, po czym w następnej kolejce, w Siedlcach, siadł na ławie. Jakby mnie tak trener rzucał: pierwsza jedenastka, a zaraz potem rezerwowy, też bym stracił pewność siebie.

Czyli potwierdza się syndrom „kłopotu bogactwa”, o którym mówił Białek?
MAREK KONIAREK: Taka to cholerna robota trenera, że musisz dokonywać wyborów najlepszych dla drużyny. Nie dasz rady, jeśli chcesz być za dobry dla wszystkich. To się prędzej czy później odbije na zespole. Tych bardzo widocznych bolączek było zaś wiele. Ot, choćby poszukiwania partnera dla Mateusza Kamińskiego na środku obrony. Słabo zaczął wiosnę Wisio, katastrofalne błędy przydarzały się Praznovskiemu. Idźmy dalej: wiosną w środku pola nie było komu przytrzymać piłki, rozegrać jej. Żenujące jest, że niemal każdy rywal w tej strefie miał przewagę! A wystarczyło wspomnianego Foszmańczyka przesunąć do środka, za plecy dać mu zaś człowieka od „czarnej roboty”. Kiedy grałem w Widzewie, ten układ znakomicie sprawdzał się w duecie Ryszard Czerwiec - Zbigniew Wyciszkiewicz.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~kibicUżytkownik anonimowy
~kibic :
No photo~kibicUżytkownik anonimowy
Koniarek?czemu jak Eintraht zlał wizdew w pucharach 0-9 nie zapieprzales?!nie rozumiem tego :)pzreciez jak wiem ze przegrywam to zapieprzam twoje slowa .
21 cze 07:18 | ocena:100%
Liczba głosów:1
0%
100%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii