Tysięczny daj autograf, zrób zdjęcie... Transfer Matsuiego do Odry to ucieczka?

Daisuke Matsui
 fot. Mirosław Szozda  /  źródło: SPORT

Dzięki sensacyjnej i trudnej dla wielu do zrozumienia przeprowadzce do beniaminka I ligi, Daisuke Matsui zyskał spokój, na który nie mógł liczyć w Japonii. Czy z ojczyzny uciekł przed popularnością?

 

To w końcówce ubiegłego tygodnia był mały hit internetu. Yoko, fanka Daisuke Matsuiego, specjalnie pokonała 9000 kilometrów dzielące Japonię od Opola, by móc spotkać swojego idola. Odwiedziła drużynę Odry na piątkowym treningu, zrobiła sobie pamiątkowe zdjęcie, a dzień później przyszła na Oleską na ligowy mecz z Podbeskidziem Bielsko-Biała, który Matsui… w całości przesiedział na ławce rezerwowych. Jak usłyszeliśmy na Opolszczyźnie, 37-letni Azjata – delikatnie mówiąc – nie był zachwycony wizytą swojej fanki. Ten fakt zbliża nas do rozwiązania pewnej łamigłówki…

 

Z mundialem w CV
Gdy w sierpniu gruchnęła wieść o tym, że Daisuke Matsui może wzmocnić beniaminka Nice 1 Ligi, trudno było się nie dziwić. Mowa o zawodniku, mającym w CV występy na mundialu 2010 czy we francuskiej Ligue 1. Pamiętanym w Polsce ze świetnej gry w Lechii Gdańsk, z której na przełomie 2013 i 2014 roku został sprzedany za blisko pół miliona euro do Jubilo Iwata. Dość regularnie tam - w japońskiej ekstraklasie – wystawianym do walki o punkty.
- Jest to zagadkowa historia nie tylko dla kibiców, ale też poniekąd dla nas samych. Do końca sam w to nie wierzyłem, ale bardzo cieszymy się, że wybrał Opole. Nie przyjeżdża do nas dla pieniędzy. Daisuke chciał zakończyć karierę w Europie, a my znaliśmy się z jego menedżerem, który kilka lat temu wprowadził go na polski rynek do Lechii. Skontaktowaliśmy się i po jednej, dwóch rozmowach, narodził się temat jego gry w Odrze. To bomba zwłaszcza marketingowa, bo Daisuke wraz ze swoją żoną są w Japonii bardzo popularni – opowiadał Karol Wójcik, prezes Odry.
Japończyk rozwiązał kontrakt w Iwacie, który gwarantował mu zarobki około 30-krotnie większe niż kilkutysięczna pensja w Opolu. On sam o swoich przenosinach mówił tak, by… niczego nie powiedzieć.
- Odra przedstawiła mi ofertę. Bardzo spodobało mi się jej zaangażowanie. Postaram się być wzorem dla wszystkich nie tylko na boisku, ale i poza nim – przyznawał lakonicznie były kilkudziesięciokrotny reprezentant Japonii, niczego tak naprawdę nie wyjaśniając. W Opolu spekulowano, że być może nosi się z pomysłem założenia tu szkółki piłkarskiej.

 

Indywidualny fanatyzm
Sytuacja z ubiegłego tygodnia i reakcja Matsuiego podpowiada jednak zupełnie inną odpowiedź. Nie piłkarską, sportową, nie biznesową, a po prostu życiową. Mógł chcieć po prostu z Japonii… uciec, w czym utwierdzają nas słowa Natalii Grębowicz, partnerki Krzysztofa Kamińskiego, bramkarza występującego od trzech sezonów w Iwacie.
- Popularność mogła męczyć Matsuiego. Wcale nie dziwi mnie, że do Opola zawitała jego fanka z tak daleka. W Japonii, kibice nie są fanatykami tylko klubów - tak jak w Polsce - ale też poszczególnych zawodników. Gdy dany piłkarz zmienia klub, bardzo często oni momentalnie stają się kibicami tej drużyny, do której przeszedł ich ulubieniec – zwraca nam uwagę Grębowicz.
I dodaje: - Z tego co, zdążyłam zauważyć, japońscy piłkarze, którzy wyjeżdżają za granicę – najczęściej do Europy - mają więcej takich fanatycznych kibiców. Podobnie jest z zagranicznymi zawodnikami grającymi w Japonii. Krzysiek też takich fanów ma, ale oczywiście tych Matsuiego jest zdecydowanie więcej. Zdarzały się u kibiców skrajne przypadki – na przykład stalking – o czym mówi się w klubach. Zazwyczaj ten „indywidualny fanatyzm” opiera się na tym, że dany kibic pojawia się na każdym treningu i od jednego piłkarza po raz setny bierze autograf, po raz setny robi sobie pamiątkowe zdjęcie – opowiada nam partnerka Krzysztofa Kamińskiego.

 

Idąc ulicą…
Za jeden z koronnych przykładów popularności pojedynczego piłkarza z Japonii uchodzić może sytuacja jeszcze z końca XX wieku. Gdy we włoskiej Perugii debiutował Hidetoshi Nakata, mógł liczyć z trybun na wsparcie kilku tysięcy rodaków! Daisuke Matsui w Opolu też wzbudził popularność – już na jego pierwszy mecz, z Miedzią Legnica, przybyło kilku Japończyków z Dolnego Śląska, a o vip-owskie bilety wypytywał biznesmen z województwa lubuskiego, związany z japońskim rynkiem. Przede wszystkim jednak, wydaje się, że 36-latek może tu odetchnąć. Móc – czego nie ukrywa – w wolnym czasie pozwiedzać (był we Wrocławiu i Pradze, ma w planach Berlin i Paryż), a na co dzień na ulicy być po prostu „tym Japończykiem z Odry”, a nie herosem.

 

Od mundialu do „okręgówki”
Japończyk pokazał, że się nie nadaje – stwierdził na naszych łamach bez ogródek Andrzej Iwan, ekspert Polsatu Sport po pierwszym – i jak na razie jedynym – występie Daisuke Matsuiego w wyjściowym składzie Odry (w wygranym 1:0 meczu ze Stalą Mielec). Poza tym, przez ponad dwa miesiące pobytu w Opolu, środkowy pomocnik zanotował jeszcze w trzech spotkaniach wejścia z ławki: w debiucie z Miedzią Legnica, a następnie w Suwałkach i Głogowie. Patrząc przez pryzmat czysto sportowy, jego pobyt przy Oleskiej to jak dotąd duży niewypał. Mimo to, trener Mirosław Smyła dyplomatycznie broni Matsuiego.
- Jest pozytywną postacią naszego zespołu. Widać, że jego nazwisko, popularność, bogate CV, nie ma żadnego znaczenia. On po prostu kocha grać w piłkę i stara się jak może. Wierzę, że jeszcze stanie się jednym z zawodników, którzy będą pomagać nam w zdobywaniu punktów – mówi trener niebiesko-czerwonych.
W miniony weekend Matsui po raz pierwszy zagrał w… rezerwach Odry. „Z mundialu do II grupy opolskiej klasy okręgowej” – prawda, że barwne? Japończyk pomógł w wygranej z GLKS-em Kietrz (7:1), ustalając wynik strzałem z rzutu karnego. Był to jego pierwszy gol, odkąd wrócił do Polski.
- Od dłuższego czasu Daisuke zgłaszał akces do gry w rezerwach. Dla niego to żadna ujma, dlatego zapadła decyzja, że ma w niedzielę wystąpić. Cieszył się, móc złapać meczowe minuty. To godne podziwu, a dla młodych piłkarzy – walor wychowawczy, motywacyjny. Matsui nie ma żadnego problemu z tym, by grać w „okręgówce”. Skoro kocha futbol, to nie ma znaczenia, na jakim szczeblu – dodaje Mirosław Smyła.

 

Z tej samej kategorii