Faworyt? To nie w tej lidze - mówi Mateusz Machaj

Mateusz Machaj
 /  fot. Paweł Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

Zagłębie zagra dzisiaj (godz. 19.00) bez swego lidera, Tomasza Nowaka. W ekipie rywala z Głogowa takich trosk brak. Serce Chrobrego, Mateusz Machaj, wybiegnie w podstawowym składzie i zamierza powiększyć swój bramkowy dorobek.

Łukasz ŻUREK: - Co powoduje, że w tym sezonie nikomu jeszcze nie udało się pokonać Chrobrego poza Głogowem?
Mateusz MACHAJ: - Niełatwo na to pytanie odpowiedzieć, bo do każdego spotkania podchodzimy z taką samą mobilizacją. Taktykę też obieramy podobną bez względu na to, gdzie rozgrywany jest mecz. Być może w potyczkach wyjazdowych nie towarzyszy nam tak duża presja jak w domowych. Mamy młody zespół. Niewykluczone, że chłopcy przed własną publicznością za bardzo się spinają i wtedy nie wszystko wychodzi tak, jakbyśmy chcieli.

Wygrana w najbliższej kolejce wywinduje was na pozycję wicelidera. Tymczasem poprzedni szkoleniowiec, Ireneusz Mamrot, powtarzał przy każdej okazji, że nie da się usadzić drużyny w czołówce tabeli, jeśli co pół roku odchodzą z niej wartościowi zawodnicy…
Mateusz MACHAJ: - Trener miał rację. Sytuacja, w której co chwilę wymienia się w zespole kilka ważnych ogniw, na pewno nie wpływa na drużynę pozytywnie. Trudno złożyć jedenastkę na nowo i z marszu prezentować wysoki poziom. Mam nadzieję, że najbliższej zimy scenariusz się nie powtórzy. Liczymy na wzmocnienia kadrowe, nie na ubytki.

Kibice byliby rozczarowani przede wszystkim odejściem Mateusza Machaja. To już siedem bramek na koncie. Czuje pan, że to może być najlepszy sezon kariery?
Mateusz MACHAJ: - Staram się nie budować takich założeń. Szczerze mówiąc, nawet nie patrzę, ile tych goli mi się uzbierało. Ostatnio żona podesłała mi jakiś artykuł, który znalazła w Internecie i stąd wiem, że prowadzę w klasyfikacji strzelców. Jestem skromną osobą, ale oczywiście cieszę się z tego prowadzenia.

Na pewno cały czas gdzieś z tyłu głowy nosi pan chęć powrotu do ekstraklasy…
Mateusz MACHAJ: - Oczywiście, że tak. Każdy ambitny człowiek stawia przed sobą cele i wyzwania. Czuję, że gdybym ponownie trafił na ekstraklasowe boiska, poradziłbym sobie. Ale nie zakładam, kiedy się to powinno stać. Staram się w każdym meczu zagrać dobrze. Jeśli ktoś to zauważy, być może któregoś dnia pojawi się oferta z wyższej klasy rozgrywkowej.

Na razie obracamy się jeszcze w rzeczywistości pierwszoligowej. Żeby zdobyć w Sosnowcu przynajmniej punkt, trzeba zagrać znacznie lepiej niż w ostatniej kolejce z Wigrami Suwałki. Trzybramkowe prowadzenie wzięło się w zasadzie z niczego, a potem… przyszło drżeć o remis.
Mateusz MACHAJ: - Zgadza się. Było 3:0, skończyło się 3:3. To nie był nasz dobry występ. Dopisało nam sporo szczęścia i trzeba przyznać, że byliśmy cholernie skuteczni. Nie wiem, dlaczego nie dowieźliśmy korzystnego rezultatu do końcowego gwizdka. Może uśpiło nas tak wysokie prowadzenie, może rozkojarzyło. Wigry szybko sprowadziły nas na ziemię i uważam, że trzeba szanować ten remis.

Zagłębie to najrzadziej punktująca drużyna w tym sezonie. Ma pan swoją teorię na ten temat?
Mateusz MACHAJ: - Nie potrafię postawić diagnozy. Ta drużyna ma jakiś problem, ale w środę wieczorem nie możemy o tym myśleć. Żadnego rywala nie wolno lekceważyć. Musimy zagrać ze 100-procentową koncentracją, żeby nie powtórzyło się to, co spotkało nas w meczu z Wigrami.

Jak wiele traci Zagłębie bez Tomasza Nowaka, którego czeka kartkowa karencja?
Mateusz MACHAJ: - Sporo. Znam Tomka od kilku dobrych lat i nie muszę mówić, jak dobrym jest piłkarzem. Jest mózgiem drużyny, głównym kreatorem gry. Ale w ekipie z Sosnowca są też inne fajne nazwiska. Jest kilku młodych zawodników, którzy potrafią się pokazać z jak najlepszej strony. To nie jest tak, że jak nie ma Nowaka, to Zagłębie przestaje grać w piłkę.
Co pan zapamiętał z dotychczasowych wizyt na Stadionie Ludowym?
Mateusz MACHAJ: - Najświeższy obrazek w pamięci to ten ostatni mecz, z poprzedniej jesieni. Strzeliłem ładnego gola, wygraliśmy 2:0. Ale nie ma co żyć tamtym spotkaniem. Trzeba wyjść na murawę i udowodnić swoją wyższość. Gramy w bardzo dziwnej i wyrównanej lidze, w której każdy może wygrać z każdym. Taki termin jak „faworyt” w zasadzie stracił rację bytu…

Z tej samej kategorii