Dobrze, że te lata już minęły

Mateusz Cieluch
 /  fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

Od Łęcznej do Łęcznej... Meczem z tym rywalem opolanie mieli w 2009 roku pożegnać się z I ligą, a dziś (początek godz. 17.00) meczem z tym rywalem do niej wracają. O dawnych czasach opowiada nam jeden z zawodników tamtej Odry, Mateusz Cieluch.

Maciej GRYGIERCZYK: - Historia zatacza koło. Odra wraca do I ligi po 8 latach. W 2009 roku miała pożegnać się z zapleczem ekstraklasy domowym meczem z Górnikiem Łęczna, ale nie doszło do niego, bo klubowi zawieszono licencję. Jak pan wspomina tamten czas?
Mateusz CIELUCH: - Na straconej pozycji byliśmy już od początku rundy wiosennej. Nie było wiadomo, czy pozyskani zimą zawodnicy zostaną uprawnieni do gry. Brakowało funduszy na ich rejestrację. Do ostatnich godzin część chłopaków nie wiedziała, czy będzie mogła zagrać w pierwszym meczu. Jakoś jednak się udało i wiosną walczyliśmy.

 

Zarobił pan wtedy chociaż złotówkę?
Mateusz CIELUCH: - Graliśmy, bo graliśmy. Mieliśmy zapewnione jedzenie, ale pieniędzy żadnych nie zobaczyliśmy. W najlepszej sytuacji byli chłopaki wypożyczeni z innych klubów, które pokrywały im część kontraktów. Ci „miejscowi” mieli problem. Każdy mimo to myślał o tym, by utrzymać Odrę w pierwszej lidze. Byliśmy chłopakami na dorobku, mającymi w większości po 20 kilka lat. Z tej ligi można było się wybić, dlatego to nas motywowało. Nikt nie narzekał, każdy wiedział, na co się pisze. Z nadzieją, że będzie to miejsce, w którym się wypromuje. Dobrze jednak, że te czasy się skończyły.

 

Ale nie było tak, jak czasem mówiono w innych klubach, że zawodnicy pożyczali sobie na jedzenie?

Mateusz CIELUCH: - Aż takiej biedy nie było, spokojnie, chociaż... Pamiętam, że mieszkałem w centrum, blisko muszli koncertowej, pokój w pokój z Charlesem Nwaogu i Filipe. Blisko mieliśmy bar, w którym sprzedawano jedzenie na wagę. Po godzinie 19:00 było za pół ceny i Charles zawsze wtedy stał pierwszy w kolejce. Nie było kasy na nic wykwintnego. Śmialiśmy się, że wychodził z torbą pełną kurczaków i gotował je z kaszą. Wtedy miał siłę, ale nie zdobywał bramek, a doszedł do tylu sytuacji, że gdyby je wykorzystał, to chyba byśmy się utrzymali! Potem się rozstrzelał, we Flocie Świnoujście go „puściło”.

 

Na ostatni w tamtym sezonie wyjazd, do Gorzowa Wielkopolskiego, pieniądze wyłożył jeden z kibiców. Kojarzy pan inne tego typu historie?
Mateusz CIELUCH: - Jeździliśmy zwykle w dniu meczów, bo nie było środków na hotele. Pamiętam podróż na Tur Turek. Mecz był o 11:00, rywale nie zgodzili się, by przesunąć go na późniejszą godzinę, więc wyjechaliśmy o jakiejś dość absurdalnej porze, by zdążyć. Nawet nie dotknęliśmy piłki, a przegrywaliśmy 0:1! Popatrzyliśmy po sobie na boisku, ktoś rzucił słusznie, że jeszcze nie wyszliśmy z autokaru. Trafił nas czarnoskóry Benjamin Imeh. Ale wtedy akurat daliśmy radę; skończyło się 1:1. Zresztą, najfajniejsze wspomnienia z czasów mojej gry w pierwszej lidze mam z klubów, w których się nie przelewało. Nie pamiętam zgrzytów, zawsze była atmosfera, to wszystko nas konsolidowało Mimo że nie było wyników, trzymaliśmy się razem. Patrząc na drużyny, w których byłem, najwięcej znajomości przetrwało z Radzionkowa i właśnie Opola. Nawet po latach czasami dzwonimy do siebie.

 

Jakie teraz widzi pan szanse dla Odry w I lidze
Mateusz CIELUCH: - Przede wszystkim – nie widzę teraz w tej lidze słabych drużyn. Stawka jest wyrównana. Wiele zależy od tego, jak Odra wystartuje. Życzę jej jak najlepiej. Zrobiła dwa awanse, oby dalej wygrywała. Na pewno na jakiś mecz się wybiorę. Czekają ją mecze w Sosnowcu, Katowicach czy Chorzowie, w moich rejonach, dlatego okazji do obserwowania meczów będę miał więcej niż w drugiej lidze. Historia zatoczyła koło. Każdy z niecierpliwością czeka na ten mecz z Łęczną, zwłaszcza po porażce 0:5 ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki w Pucharze Polski i zawirowaniach z trenerem. To wielka zagadka. Dzwoniąc do chłopaków, nie drążyłem jednak tematu. Dziś po prostu będę trzymał za nich kciuki.

Z tej samej kategorii