Marek Gancarczyk wciąż ma ambitne plany sportowe

Marek Gancarczyk
 /  fot. Michał Chwieduk  /  źródło: Fokusmedia

Pomocnik Odry Opole wszystkie mecze swojej drużyny w rundzie wiosennej rozpoczynał w podstawowej jedenastce. Mimo to nie jest do końca jest z siebie zadowolony. Zdobyte bramki bardzo mnie cieszą, ale wciąż jestem głodny ich zdobywania. - Mój bilans byłyby imponujący, gdyby moja skuteczność była lepsza. Przy lepiej nastawionym celowniku mógłbym być królem strzelców - przekonuje.

BOGDAN NATHER: Szampany są już zmrożone?
MAREK GANCARCZYK: - Myślę, że tak. I to dobrze zmrożone, bo nasi działacze byli już na to przygotowani w poprzednim meczu z Rozwojem Katowice.


W I lidze byliście przez 40 minut, potem Radomiak strzelił dwa gole Olimpii Elbląg i odłożył waszą „koronację”.
MAREK GANCARCZYK: - Nie wiedzieliśmy o tym i tak naprawdę nie myśleliśmy o meczu w Radomiu, bo mieliśmy swoją pracę do wykonania w Katowicach.


Zrobiliście to koncertowo…
MAREK GANCARCZYK: - Mecz z Rozwojem jest już za nami, teraz przygotowujemy się do następnego spotkania z Błękitnymi Stargard. Robimy to tak jak zwykle, a efekt? Zobaczymy, co Bozia da.


Zdobył pan pięć goli w 27 meczach. A ile miał pan asyst?
MAREK GANCARCZYK: - Nie liczę ich, chociaż na pewno było ich więcej niż bramek.


Ten dorobek w pełni pana satysfakcjonuje?
MAREK GANCARCZYK: - Zdobyte bramki bardzo mnie cieszą, ale wciąż jestem głodny ich zdobywania. Mój bilans byłby imponujący, gdyby moja skuteczność była lepsza. Mówię otwarcie - nie jestem z niej zadowolony, bo przy lepiej nastawionym celowniku mógłbym być królem strzelców. Dlatego trzeba cieszyć się z tego, że przynajmniej drużyna wygrywa i jest bliska awansu do I ligi. Fajnie, że wiosną imponuje skutecznością Szymon Skrzypczak, bo tego wymaga się od środkowego napastnika. Od bocznego pomocnika już niekoniecznie, on ma stwarzać sytuacje kolegom z drużyny.


W meczu z Wartą Poznań zdobył pan gola już w 58 sekundzie gry. To była najszybciej zdobyta bramka w pańskiej karierze?
MAREK GANCARCZYK: - Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek szybciej posłał piłkę do siatki. Najważniejsze, że ten mecz rozstrzygnęliśmy na swoją korzyść.
W rundzie wiosennej, jako jeden z nielicznych piłkarzy Odry zagrał pan we wszystkich meczach od pierwszej minuty. Od początku czuł pan, że jest w wysokiej formie?
- W okresie przygotowawczym czułem, że moja forma cały czas zwyżkuje. Ale podczas zgrupowania w Kamieniu zachorowałem i musiałem na kilka dni przerwać treningi. Gdyby nie choroba, jestem przekonany, że byłbym w jeszcze wyższej formie. O tym, czy gram we wszystkich meczach od pierwszej minuty, w ogóle nie myślę. Skupiam się na swojej robocie, na boisku zawsze staram podpowiadać się kolegom z drużyny, młodszym braciom.


Trener Jan Furlepa z meczu na mecz często zmienia podstawowy skład, nawet jeżeli poprzedni mecz Odra wygrała. Te rotacje pana denerwują, czy też przyjmuje je pan z olimpijskim spokojem?
MAREK GANCARCZYK: - Pytanie powinien skierować pan do trenera Furlepy, dlaczego tak często zmienia skład. Bardziej zaskakujące są jednak zmiany, gdy zawodnikowi gra się w meczu układa i jest zmieniany - powiedzmy - w 55 minucie spotkania. Piłkarz się wtedy niepotrzebnie denerwuje, lecz my musimy szanować zmiany dokonywane przez trenera. Rozumiem, że stosuje rotacje w podstawowej jedenastce, bo mamy w kadrze wielu zawodników i każdy chce mieć wkład w wynik drużyny i jej awans do I ligi.


Awans do I ligi to dla pana, piłkarza z ekstraklasową przeszłością, sukces wart uwagi, czy też bez znaczenia? W końcu ze Śląskiem Wrocław zdobył pan mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski oraz Puchar Ligi.
MAREK GANCARCZYK: - Mistrzostwo Polski mam w sercu i złoty medal. Zagrałem wtedy tylko w rundzie jesiennej i to zaledwie trzy mecze, lecz wystąpiłem we wszystkich spotkaniach eliminacyjnych do europejskich pucharów. Bardziej cenię sobie wicemistrzostwo Polski wywalczone rok wcześniej, bo mój wkład był o wiele większy. Były inne sukcesy, może mniejszej rangi niż medale mistrzostw Polski, jak chociażby awans do ekstraklasy czy Puchar Ligi, o którym pan raczył wspomnieć. Awans z Odrą Opole do I ligi będzie dla mnie ważnym osiągnięciem, bo jest to liga z prawdziwego zdarzenia. Jej ranga wzrosła, bo są transmisje meczów w Polsacie, a skoro jest większy prestiż, to awans do niej naprawdę cieszy. Tym bardziej, że jesteśmy beniaminkiem II ligi.


Myśli pan jeszcze o występach w ekstraklasie?
MAREK GANCARCZYK: - Nie oglądam się na swój wiek i powiem szczerze, że nadal jestem głodny nie tylko sukcesów, ale również gry na najwyższym poziomie, czyli w ekstraklasie. Może jeszcze nie wszystko stracone?


Przed dwoma laty miał pan świetny sezon w Chojniczance (10 goli w 32 meczach - przyp. BN), po czym przeniósł się pan do Miedzi Legnica. Żałował pan kiedyś tej decyzji? Bo nie wierzę, że klub z Chojnic chciał się pana pozbyć…
MAREK GANCARCZYK: - Kwestia mojej przeprowadzki do Miedzi Legnica to dwie strony medalu. Chciałem coś osiągnąć z Miedzią, a konkretnie awansować z nią do ekstraklasy. Niestety, nie udało się, mimo że skład mieliśmy bardzo dobry. Wielokrotnie zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem opuszczając Chojnice i przenosząc się do Legnicy. Teraz mogę powiedzieć, że z mojej strony był to niewypał. Brutalnie zderzyłem się z rzeczywistością, chociaż takie doświadczenie przydaje się.


Zostając w Chojniczance, być może w tym roku świętowałby pan z nią awans do ekstraklasy…
MAREK GANCARCZYK: - Niczego nie można przewidzieć i niczego nie można przesądzać. Nie będę jednak ukrywał, patrząc na wszystko z perspektywy czasu, że trochę żałuję, że nie zostałem w Chojniczance. Czułem się tam wyśmienicie, bo otaczali nas bardzo życzliwi ludzie. Atmosfera wokół klubu była naprawdę rewelacyjna. Chciałbym, żeby taka atmosfera panowała w każdym polskim klubie. Do dzisiaj utrzymuję kontakt ze wszystkimi piłkarzami, z którymi grałem. Ksiądz Tomek, kapelan drużyny, dzwoni regularnie i pyta, co u mnie słychać. To jest bardzo budujące, człowiekowi aż chce się pracować na treningach i w meczach, żeby ktoś o Tobie słyszał na drugim końcu Polski. Prezes Chojniczanki był dostępny 24 godziny na dobę, co jest niespotykane w dzisiejszych czasach. Tak jak 125 sponsorów, miejscowych biznesmenów, którzy wspierają klub finansowo. No i można liczyć na władze miejskie, które również przychylnie patrzą na piłkarzy.

 

Z tej samej kategorii