Marcin Malinowski: Derby to nie matematyka

Były piłkarz Odry Wodzisław Śląski i Ruchu Chorzów przekonuje, że w meczach derbowych najważniejsi są kibice. - To utarty slogan, ale dla nich jest bardzo ważne, kto będzie „rządził” w regionie. Piłkarze też gdzieś z tyłu głowy mają zakodowane, że taki mecz - mimo wszystko - jest o wiele ważniejszy od pozostałych - twierdzi "Malina".

Marcin Malinowski
 /  fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

BOGDAN NATHER: Podczas swojej kariery rozegrał pan mnóstwo meczów derbowych w ekstraklasie. Co w tych potyczkach jest takiego wyjątkowego?
MARCIN MALINOWSKI: - Na plan pierwszy wysuwają się kibice. To utarty slogan, ale dla nich jest bardzo ważne, kto będzie „rządził” w regionie. Piłkarze też gdzieś z tyłu głowy mają zakodowane, że taki mecz - mimo wszystko - jest o wiele ważniejszy od pozostałych. Trenerzy zawsze powtarzają, że za zwycięstwo w każdym meczu, również tym derbowym, dostaje się tylko trzy punkty i z matematycznego punktu widzenia to prawda. Ale z psychologicznego już nie, bo kibice w takich pojedynkach wręcz żądają zwycięstw. A jeżeli już się nie uda wygrać, to porażka jest po prostu niedopuszczalna. W ich mniemaniu drużyna może przegrać wszystkie mecze, ale derbowego za żadne skarby świata.


Walka z kolegą, który gra w przeciwnej drużynie, wywołuje dodatkową motywację?
MARCIN MALINOWSKI: - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. W meczu nie ma kolegów, są tylko przeciwnicy. Dopiero po zakończeniu spotkania są docinki, przekomarzanie i żarty. Ja nigdy nie odczuwałem chęci udowodnienia kolegom, że jestem lepszy, chociaż nie ukrywam, że wygrywanie jest bardzo miłym uczuciem.


Gra którego z obecnych pierwszoligowców z województwa śląskiego najbardziej przypadła panu do gustu?
MARCIN MALINOWSKI: - Niestety, nie mogę wskazać żadnej drużyny, bo każda z nich miała wzloty i upadki. Brakowało mi stabilizacji, dobre lub bardzo dobre mecze zespoły przeplatały słabymi występami. Podbeskidzie po objęciu rządów przez trenera Adama Noconia radziło sobie bardzo dobrze, ale na finiszu osiadło na mieliźnie. Tabela pokazuje, że najlepszym zespołem z województwa śląskiego jest Raków Częstochowa, co jest dla mnie mimo wszystko zaskoczeniem.


Skoro już pan poruszył ten wątek, czy to nie paradoks, że Raków zajmujący po rundzie jesiennej w tabeli I ligi trzecie miejsce, jest najsłabszym zespołem w walce wewnętrznej drużyn z naszego województwa?
MARCIN MALINOWSKI: - To może zapytamy trenerów i piłkarzy Rakowa, czy woleliby być najlepszym zespołem województwa śląskiego i w tabeli po rundzie jesiennej zajmować 7-8 miejsce, czy być najsłabszym i być na podium?


Nie mam żadnych wątpliwości, że bardziej interesuje ich drugi wariant.
MARCIN MALINOWSKI: - No właśnie. Dla mnie nie ma w tym żadnego paradoksu, ani ironii losu. Po prostu mecze derbowe są bardzo specyficzne, w których nie zawsze atuty czysto piłkarskie biorą górę. Widocznie Raków nie potrafił sobie poradzić z tzw. walką wręcz na boisku, albo miał problem z cechami wolicjonalnymi w tych spotkaniach, więc pękł.


Jakiś konkretny mecz derbowy z rundy jesiennej utkwił panu w pamięci?
MARCIN MALINOWSKI: - Z wiadomych względów nieco uważniej przyglądam się poczynaniom Ruchu Chorzów. Najbardziej zapadł mi w pamięci ich mecz z GKS-em Tychy. Prowadzili 2:0 i wydawało się, że trzy punkty mają pewne. W końcówce spotkania stracili jednak dwa gole i musieli zadowolić się remisem. To denerwujące i irytujące. Strata goli przez „Niebieskich” w końcówkach meczów w tej rundzie była ich wizytówką, z tego powodu uciekło im kilka bezcennych punktów. Muszą coś z tym zrobić, bo to nie jest tylko kwestia braku koncentracji. Na odpowiedzialnych pozycjach w Ruchu grają teraz młodzi ludzie, którym brakuje doświadczenia.

 

Z tej samej kategorii