Jan Kocian w krainie punka i czerwonych latarń

Jan Kocian
 fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

W Polsce Jan Kocian kojarzony jest przede wszystkim z pracą w Ruchu Chorzów. W Niemczech jest legendą FC St. Pauli.

Jeśli o jakimś niemieckim klubie można powiedzieć, że dorobił się statusu „kultowego”, na pewno jest nim FC St. Pauli. Klub z portowej dzielnicy Hamburga od kilku lat gra w 2. Bundeslidze, walczy o utrzymanie, ale to nie ma większego znaczenia. W St. Pauli przynajmniej od trzech dekad sport istnieje jakby przy okazji. Piłkarze czasem wchodzą do Bundesligi, czasem z niej spadają, ale najważniejsza jest cała otoczka klubu, który od lat 80. jest miejscem pielgrzymek punków z całej Europy. Na jego stadionie i w okolicach odbywają się punkowe koncerty, a kibice słyną z tego, że są jedynymi lewicowymi fanami w Niemczech. Fani St. Pauli sprzeciwiają się od lat wszelkiej dyskryminacji, angażują się w politykę, wstawiają się za pokrzywdzonymi w różnych sprawach, normą na meczach są tęczowe flagi. Kibice innych niemieckich drużyn, zwykle o prawicowych poglądach, fanów z Hamburga nie znoszą. Już w latach 60. w St. Pauli grał Guy Kokou Akolatse, pochodzący z Togo - pierwszy czarnoskóry piłkarz w niemieckim futbolu. Ale klubem innym niż wszystkie St. Pauli stało się dopiero w latach 80. A częścią tej historii był obecny trener Podbeskidzia Bielsko-Biała!

 

Jan Kocian przez zdecydowaną większość kariery piłkarskiej grał jako obrońca w czechosłowackiej Dukli Bańska Bystrzyca. - W Polsce dobrze to znacie. Za komuny piłkarz nie mógł ot tak odejść na Zachód – wspomina. - Musiały być spełnione trzy warunki: trzeba było mieć minimum trzydzieści lat, być aktualnym reprezentantem kraju i mieć rozegrane co najmniej dwieście meczów w lidze czechosłowackiej. Spełnienie ich było bardzo trudne, bo kto z Zachodu chciałby trzydziestolatka z Czechosłowacji? Nie było wtedy menedżerów i telewizji satelitarnych, żeby kluby mogły nas oglądać, więc bardzo trudno było się dostać. Mnie się to udało – podkreśla Słowak. Kocian w końcówce lat 80. był jednym z pierwszych Czechosłowaków, którzy trafili do Bundesligi. - Wzięło mnie FC St. Pauli. Wiedziałem, że w Hamburgu jest HSV, ale o klubie, do którego trafiłem, nie wiedziałem niczego – przyznaje.

 

Dzielnica Hamburga, w której w 1910 roku powstał klub piłkarski, cieszyła się złą sławą już od wieków. Zamieszkiwali ją zwykli ludzie, pracujący w porcie i biedni przybysze, którzy docierali tam drogą morską. Jak pisze Fabian Balicki w książce „Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością”, reputację dzielnicy dodatkowo pogarszał fakt, że miasto Hamburg umieściło tam szpitale dla ludzi z chorobami zakaźnymi, chorych psychicznie oraz szpital żydowski. Do tego, jak w każdej dzielnicy portowej, nie brakowało tam prostytutek. St. Pauli – w przeciwieństwie do pełnego bogatych kupców Hamburga - słynęło z tanich jarmarcznych rozrywek, prostytucji, prostych robotników portowych, marynarzy, rybaków. Gdy w mieście wybuchał pożar czy epidemia dżumy – działo się to zwykle w St. Pauli. Gdy w trakcie II wojny światowej alianci zbombardowali Hamburg, najbardziej ucierpiała właśnie portowa dzielnica.

 

W latach 80. XX wieku rozegrały się wydarzenia, które nadały funkcjonującemu tam klubowi wspomniany charakterystyczny profil. Dzielnica działała jak magnes na lewicującą młodzież. W centralnym punkcie tej części miasta stały domy, które wynajmowano studentom. Na początku lat 80. miasto zdecydowało się wymówić umowy studentom i przekazać tereny deweloperom. W okresie przejściowym, dwanaście opuszczonych domów zostało – nielegalnie – zajętych przez punkowców, alternatywną młodzież i studentów. W 1982 roku miasto zażądało od policji eksmisji niechcianych mieszkańców. W St. Pauli rozpoczął się kilkuletni czas ulicznych bitew między dzikimi lokatorami i ich sympatykami oraz policją i neofaszystami, którzy wtedy w Niemczech rośli w siłę. Zespół grał wtedy w III lidze, a na jego mecze przychodziło po trzy tysiące osób. „Ta próżnia musiała się wypełnić. Pierwsze garstki punktów, studentów i innych dziwnych ludzi bardzo szybko rosły w setki. Stadion stał się strefą wolną od faszystów. Następuje być może to najważniejsze dla przyszłej historii FC St. Pauli – faszyści zostają wyrzuceni ze stadionu Millerntor przez nowych kibiców. W 1986 roku jeden z zajmujących nielegalnie domy na Hafenstrassse punkowiec Doc Mabuse przynosi na stadion czarną flagę z trupią czaszką i ze skrzyżowanymi piszczelami. W bardzo krótkim czasie liczba tych flag i nowych kibiców wzrasta gigantycznie. W lecie 1986 roku awans do II ligi ogląda już prawie dziesięć tysięcy kibiców. FC St. Pauli ze swoimi kibicami stał się definitywnie nowym, innym klubem” - pisze Balicki.

 

Dwa lata po tych wydarzeniach, gdy St. Pauli grało już w Bundeslidze, do klubu trafił Kocian. - Od początku wszyscy wprowadzali mnie w atmosferę okolicy. Było dla nich bardzo ważne, by piłkarze dobrze rozumieli, w jakim klubie grają. Podkreślali, że to klub robotniczy, że gramy dla robotników i marynarzy, bywalców burdeli i dziewczyn w nich pracujących. To, co tam zastałem, było bardzo „egzotyczne” - uśmiecha się Kocian. Fanom St. Pauli zawsze bardzo zależało – i tak jest do dziś – by piłkarze nie byli zblazowanymi zawodowcami, którzy równie dobrze mogliby grać w każdym innym klubie. - Mieliśmy na boisku pokazywać, dla kogo gramy. Oczekiwali więcej walki niż techniki. Mówili, że piłkarze HSV to byli gwiazdorzy, a my mieliśmy pracować – zaznacza trener Podbeskidzia.

 

Czasy spędzone w hamburskim klubie Kocian wspomina z rozrzewnieniem. - Kibice byli fantastyczni. Na każdy mecz przychodziło po osiemnaście tysięcy ludzi. Stary stadion był przepełniony. Atmosfera była niesamowita. Gdy się popatrzyło po trybunach, chodzili tam doktorzy i profesorowie, obok których siedzieli bezdomni i punkowcy. Miało to swój niezwykły klimat. Po meczach, czy się wygrywało, czy przegrywało, była impreza. Piłkarze szli w miasto razem z kibicami. To były szalone wczesne lata dziewięćdziesiąte – wspomina szkoleniowiec „górali”, któremu bardzo odpowiadał specyficzny klimat St. Pauli. - Graliśmy kiedyś turniej halowy w Hamburgu. Po jednej stronie boiska siedzieli kibice HSV, po drugiej - St. Pauli. Oczywiście, bili się między sobą. W pewnym momencie kibice HSV zaczęli krzyczeć do naszych, że są bezdomnymi. Ci z St. Pauli, zamiast się jakoś zdenerwować, skontrowali, że to tamci płacą na nich podatki: „Może i jesteśmy bezdomni, ale za to z waszych pieniędzy”. Taki był klimat St. Pauli. Do tego nietypowe, brązowe koszulki, rzadko spotykane w klubach piłkarskich. A na mecze też nigdy nie jeździliśmy w garniturach, tylko zawsze na luzie – opowiada Kocian.

 

To, że w St. Pauli było wesoło, nie oznacza, że w tym czasie nie miał sukcesów piłkarskich. - Spędziłem tam najlepsze lata w karierze. Jako 30-latek grałem na Zachodzie, co już było wielkim sukcesem. Dostałem się z reprezentacją na mundial we Włoszech, co też było dla mnie czymś nowym – mówi Kocian, który szybko się w Niemczech zaaklimatyzował. W barwach St. Pauli rozegrał w Bundeslidze dziewięćdziesiąt meczów, co daje mu piąte miejsce w historii klubu. Do tego dołożył jeszcze kilkadziesiąt występów w 2. Bundeslidze. - Przez trzy sezony grałem praktycznie od deski do deski, a to była silna liga. Niemcy przecież w tamtym czasie zostali mistrzami świata. To było pokolenie Lothara Matthaeusa. Poznałem w Hamburgu Jana Furtoka, który grał wtedy w HSV. Miło go było po latach spotkać w GKS-ie Katowice – podkreśla. - Potem spadliśmy z ligi, a ja byłem dwa razy operowany na plecy. Przez to musiałem skończyć karierę – dodaje. Do dziś jest jednak uznawany za jedną z legend klubu. Jego zdjęcie nadal wisi w korytarzach stadionu Millerntor.

 

Po zakończeniu kariery piłkarskiej Kocian został w Niemczech jako trener. Pracował jako asystent w Bundeslidze, w 1. FC Koeln, Eintrachcie Frankfurt oraz jako pierwszy szkoleniowiec w II-ligowych Rot-Weiss Erfurt i Sportfreunde Siegen. Jego wielkim trenerskie marzenie jest jednak związane z byłym klubem... - Grałem w Bańskiej Bystrzycy, a później byłem jej trenerem, grałem w reprezentacji Czechosłowacji, później byłem selekcjonerem Słowacji. Grałem w St. Pauli i miałem nadzieję, że kiedyś zostanę jego trenerem. Teraz jestem już blisko sześćdziesiątki, więc to się już raczej nie uda. Ale pięć lat, które tam przeżyłem, to był dobry okres. Bardzo lubię tam bywać, gdy organizują jakieś spotkania. Niby teraz wszystko jest już inne. Wybudowano nowy stadion, choć kibice byli przeciwko; chcieli pozostawienia miejsc stojących. Ale 30-tysięczny obiekt i tak zawsze jest pełny, a klub zachował niesamowity klimat. Zawsze jest na kontrze. Ostatnio czytałem, że niemieckie kluby głosowały nad podziałem praw telewizyjnych. Jedynymi, którzy byli przeciwko, było FC St. Pauli. Nie wiem czemu, ale... zupełnie mnie to nie dziwi – uśmiecha się trener Podbeskidzia.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~AntifascistUżytkownik anonimowy
~Antifascist
No photo~AntifascistUżytkownik anonimowy
do ~GNWP! :
No photo~GNWP! Użytkownik anonimowy
30 gru 16 15:31 użytkownik ~GNWP! napisał
St. Pauli nie jest jedyną "lewicującą" ekipą w Niemczech (są jeszcze np. Jena, Chemie Leipzig, Roter Stern Leipzig), choć jedyną w 100% antyfaszystowską.
Eintracht Frankfurt czy Darmstadt 98 tez Antifa.
30 gru 16 19:23
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~GNWP! Użytkownik anonimowy
~GNWP! :
No photo~GNWP! Użytkownik anonimowy
St. Pauli nie jest jedyną "lewicującą" ekipą w Niemczech (są jeszcze np. Jena, Chemie Leipzig, Roter Stern Leipzig), choć jedyną w 100% antyfaszystowską.
30 gru 16 15:31
Liczba głosów:0
0%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii