Dzisiaj śmiech, wtedy trauma

Przy Kresowej są dzisiaj trzy osoby, które wydarzenia z 14 maja 2016 roku pamiętają doskonale. Walczyły wtedy w przeciwnych obozach i schodziły do szatni w skrajnie odmiennych nastrojach…

Zaglebie Sosnowiec - Wisla Krakow
 /  fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Wszystko działo się w podwarszawskim Legionowie na szczeblu drugoligowym. Przyjechał tam Znicz i poległ 0:4. Aż do niedawnego pogromu w Nowym Sączu była to najdotkliwsza porażka Dariusza Banasika w trenerskiej karierze. To on prowadził tamtego dnia pruszkowian…

 

Czerwień i egzekucja
Graczami Legionovii byli wtedy Sebastian Milewski i Kamil Wiktorski, którzy dzisiaj są podopiecznymi Banasika w Zagłębiu. Obaj zagrali w tamtym meczu 90 minut, a ten drugi wpisał się nawet na listę strzelców, ustalając końcowy rezultat spotkania. To był najlepszy występ ich drużyny w sezonie. Na mecie rozgrywek z awansu na zaplecze ekstraklasy cieszył się jednak Znicz. Dla obecnego szkoleniowca sosnowiczan to jak na razie największy sukces w seniorskiej piłce…
- Spotkanie sprzed blisko roku wspominamy dzisiaj z trenerem ze śmiechem – mówi Milewski. – Ale rzeczywiście aż do ostatniej porażki z Sandecją (0:5 – przyp. red.) był to dla niego najbardziej niemiły incydent. Mecz świetnie się dla nas wtedy ułożył, bo już do przerwy prowadziliśmy trzema bramkami. Potem Kamil trafił jeszcze raz i było po zawodach. Pamiętam też, że wszystko ustawiła czerwona kartka dla jednego z rywali w 32. minucie. Zaraz potem zaczęliśmy strzelanie.

 

Pod jednym sztandarem
- Też pamiętam tamten mecz doskonale, bo przecież mierzyły się dwie drużyny spod Warszawy – opowiada Wiktorski. – Nikt nie mówił, że to derby, ale prestiż tego spotkania był wielki. Po końcowym gwizdku ogromna radość zapanowała w Legionowie, lecz na końcu i tak cieszył się trener Banasik. Bo to on przywitał się z pierwszą ligą.
Cała trójka nie wiedziała wówczas, że niespełna rok później będą się szykować do starcia z pruszkowskim beniaminkiem już w jednym obozie. Do Zagłębia jako pierwszy trafił Wiktorski – latem 2016. Pod koniec roku szkoleniowy kontrakt w Sosnowcu podpisał Banasik, a w zimowym okienku transferowym do zespołu dołączył Milewski.

 

Zero sentymentów
Tymczasem w Pruszkowie stara gwardia trzyma się mocno. - Około 80 procent kadry Znicza to piłkarze, których doskonale znam – przyznaje Banasik. - Budowałem ten zespół, pracowałem tam dwa lata i zwieńczyliśmy ten okres awansem. Choćby z tego względu w sobotę czeka mnie bardzo ważny mecz. Fajna sprawa, że do Sosnowca przyjeżdżają moi niedawni podopieczni, ale o sentymentach naturalnie nie ma mowy. Kiedy zabrzmi pierwszy gwizdek, liczyć się będzie tylko zwycięstwo.
W tym sezonie opiekun Zagłębia mierzył się już ze Zniczem. Jako trener Pogoni pokonał w Siedlcach pruszkowian 1:0, mimo że przez ostatnie pół godziny jego drużyna grała w dziesiątkę. Teraz podobny rezultat zostanie przyjęty przy Kresowej z satysfakcją. Liczą się punkty, choćby nawet po najskromniejszym zwycięstwie.

 

Nie ten dzień
Czy w sobotnie wieczór na murawie zobaczymy Milewskiego i Wiktorskiego? W ostatnim spotkaniu, wygranym 1:0 z GKS-em Katowice, w wyjściowym składzie sosnowiczan pojawił się tylko ten pierwszy. Był to jego premierowy występ na Stadionie Ludowym.
- Nie byłem zaskoczony grą od pierwszej minuty, bo w tygodniu trener ze mną rozmawiał i wiedziałem, że tak się stanie – przyznaje 18-letni Milewski. – To nie był jednak mój najlepszy dzień. Na drugą połowę już nie wyszedłem. Czekam jednak na kolejną szansę. W Zagłębiu czuję się świetnie. Zostałem bardzo dobrze przyjęty przez starszych kolegów. Na każdym kroku mogę liczyć na dobre słowo i na ich wsparcie - również na murawie, co dla młodego zawodnika bardzo ważne.

 

Lepsi też kuleją
Potyczkę przeciwko GieKSie na ławce rozpoczął z kolei Wiktorski. Na murawie pojawił się w trakcie gry. Nie mógł liczyć na miejsce w podstawowej jedenastce, bo w Nowym Sączu zaprezentował się fatalnie - zawinił przy trzech pierwszych golach. Bez wielkiego ryzyka pomyłki można oznajmić, że najgorszy mecz w karierze ma już za sobą.
- Miałem tamtego dnia ogromnego pecha – przytakuje. – Ale takie spotkania zdarzają się najlepszym, nawet obrońcom prezentującym na co dzień poziom światowy. Zdążyłem już wyrzucić Sandecję z głowy i patrzę tylko przed siebie. Na każdym treningu pokazuję, że bardzo chcę wrócić do pierwszej jedenastki i że na to zasługuję. Determinacja i dążenie do celu to pierwszy ku temu krok.

 

***

We wrześniu Zagłębie rozgromiło ekipę Znicza 4:1. Była to jeszcze era obfitości Jacka Magiery. W tym jednym miesiącu sosnowiczanie zdobywali średnio 4 bramki na mecz. Poprzeczka została zawieszona niebotycznie wysoko…

 

Z tej samej kategorii