W Rakowie Częstochowa udana zmiana między słupkami

30-letni bramkarz zadebiutował na zapleczu ekstraklasy zastępując o 10 lat młodszego kolegę po fachu.

Cezary Demianiuk Mateusz Kos Raków Częstochowa Pogoń Siedlce
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: newspix.pl

Mateusz Kos zawodnikiem Rakowa jest od 2010 roku. Pod Jasną Górę trafił ze Skalnika Gracze i od tamtej pory rozegrał w barwach częstochowskiej drużyny 126 spotkań, zarówno w II lidze, jak i w Pucharze Polski. W poprzednim sezonie nie zaliczył jednak ani jednego występu ligowego, bo najpierw, jesienią, bramki Rakowa strzegł Tomasz Loska, a następnie Mateusz Lis. Kos zagrał tylko w jednym meczu, 9 sierpnia 2016 roku przeciwko KSZO Ostrowiec Świętokrzyski w Pucharze Polski.

 

Tym razem wypaliło
Ponad rok czekał na kolejną szansę od trenera Marka Papuszna, bo ten sezon również rozpoczął na ławce, pozostając zmiennikiem Lisa. Po meczu ze Stalą Mielec szkoleniowiec częstochowskiej drużyny postanowił jednak dokonać roszady między słupkami i postawił na golkipera o 10 lat starszego. Nie po raz pierwszy trener zdecydował się na zmianę, aby poszukać przełamania. Przypomnijmy, że wcześniej posadził na ławce Piotra Malinowskiego. Wówczas się nie udało. Ostatnia zmiana przyniosła efekt, bo drużyna nareszcie wygrała. Przypomnijmy, że w pięciu poprzednich spotkaniach Raków zdobył zaledwie jeden punkt i sytuacja zaczęła się robić coraz mniej ciekawa. W Głogowie udało się sprawić niespodziankę. - Graliśmy bardzo dobrze w pierwszej połowie. Strzeliliśmy trzy gole i później łatwiej się grało. W przerwie powiedzieliśmy sobie, że musimy to utrzymać. W końcu wygraliśmy. W ostatnich meczach prezentowaliśmy się dobrze, ale nie mogliśmy zainkasować trzech punktów. Po takim zwycięstwie morale na pewno pójdą w górę – mówił po meczu Mateusz Kos.

 

Trzeba żyć w bramce
Bramkarz spisał się dobrze, mimo iż dawno nie brał udziału w meczu o stawkę. Na dodatek starcie z Chrobrym było dla niego... debiutem na zapleczu ekstraklasy. - Dobra interwencja na początku meczu na pewno dała mi pozytywnego kopa. Trener mówił, żebym nie myślał o tym, co będzie, tylko, że mam żyć w bramce i myślę, że wyszło całkiem fajnie. Czułem się dobrze. Byłem pewien siebie. Jak na pierwszoligowy debiut, to wypadłem bardzo dobrze. Może przy drugim straconym golu mogłem być nieco bardziej skoncentrowany. „Wujo” (Andrzej Niewulis – dop. red.) powiedział mi jednak, że nie zauważył piłki. Otarła się o głowę jednego z graczy i od słupka wpadła do siatki. Było później trochę nerwowo, ale najważniejsze, że udało się wygrać – podsumował występ częstochowski bramkarz. Ta zmiana wyszła drużynie na dobre. I można się spodziewać, że taka decyzja Marka Papszuna nie była jednorazowym rozwiązaniem.

 

Z tej samej kategorii