Ziomale z „Ciderlandu”, ale sentymentów nie ma

Artur Skowronek i Mirosław Smyła – dwaj trenerzy z Radzionkowa, mieszkający od siebie pięć minut spacerem, w sobotę staną po przeciwnych stronach barykady.

Jeden z nich pracuje w Opolu, drugi – dalekich Suwałkach. Obaj pochodzą z Radzionkowa, dlatego ich spotkanie na pierwszoligowym gruncie musi mieć dodatkowy smaczek. Mirosław Smyła z Odry i Artur Skowronek z Wigier, czyli dwaj ludzi z „Ciderlandu”, w sobotę powalczą ze sobą o punkty na polskim biegunie zimna, 570 kilometrów od domu.

 

Po trzecim zwolnieniu
- W Radzionkowie mieszkamy bardzo blisko siebie. Pięć minut spacerkiem – a może i krócej. Jesteśmy ziomalami – uśmiecha się Smyła. – Pierwszy raz spotkaliśmy się, gdy prowadziłem GKS Tychy, a Artur był w sztabie Ruchu u Rafała Góraka. „Cidry” święciły wtedy triumfy, odnosiły sukces za sukcesem. Nasz mecz zakończył się remisem 1:1, po nim porozmawialiśmy i już wtedy – mimo że Artur był bardzo młodym asystentem – widziałem u niego zmysł analityczny, szerokie spojrzenie na piłkę nożną. To utalentowany szkoleniowiec i udowadnia to. W życiu trenera raz jest się na wozie, a raz pod wozem. Sam to przeżyłem. Mówi się, że trenerem zostaje się dopiero wtedy, gdy po raz trzeci cię zwolnią. Obaj mamy to za sobą, dlatego – w cudzysłowie – jesteśmy szkoleniowcami pełną gębą – dodaje Mirosław Smyła, starszy od Skowronka o 13 lat.


Obaj uczęszczali na ten sam kurs na licencję UEFA Pro. Łączy ich też to, że obaj dla pracy trenera zrezygnowali z posad w szkole. - Artur poświęcił bardzo dużo. Mógł trzymać się ciepłej posadki, ale był bardzo zdeterminowany i poszedł inną drogą. Bardzo to szanuję, bo ja na taki krok zdecydowałem się dopiero w tym roku, po przenosinach do Opola – przyznaje szkoleniowiec Odry.

 

Jeszcze jeden znajomy
Choć zawód trenera to trudny chleb, a miejsc pracy nie jest dużo, trudno, by dwaj krajanie nie życzyli sobie dobrze i – z drugiej strony – nie smucili, gdy któryś ma bardzo pod górkę... - Artur ma swój poziom umiejętności i sądzę, że wszystko, co najlepsze, dopiero przed nim. To naturalne odruchy, że potrafimy życzyć sobie powodzenia, gratulować w dobrych momentach, a w tych trudniejszych – wspierać – mówi Mirosław Smyła, który w Suwałkach spotka też jutro innego dobrego znajomego. Mowa o Dawidzie Szulczku, drugim trenerze Wigier, ściągniętym do klubu przez Skowronka. Wcześniej przez ponad rok Szulczek był… asystentem Smyły w Rozwoju Katowice. - Przeżyliśmy wiele miłych chwil. Wyjazd na drugi koniec Polski tylko pokazuje, jak bardzo jest zdeterminowany, by uczestniczyć w futbolu na wyższym poziomie, zostać w przyszłości pierwszym trenerem. Na razie stale powtarza, że nie jest jeszcze gotowy, że musi się uczyć, co tylko świadczy o pokorze i skromności. To kolejna osoba młodego pokolenia, która została dobrze wykształcona na katowickim AWF-ie. Paweł Grycmann i Jacek Góralczyk wykonują tam kawał dobrej roboty, co trzeba chwalić. Wiedza jest przekazywana mądrze, przez mądrych ludzi, dzięki czemu młodzi trenerzy są lepiej wdrażani w zawód – podkreśla nasz rozmówca.

 

Bez rozluźnienia
Choć Odra jest wiceliderem, a Wigry walczą o wydostanie się ze strefy spadkowej, wskazanie faworyta nie jest wcale sprawą oczywistą. Ze zrozumiałych względów, w tym tygodniu dwaj radzionkowscy szkoleniowcy mieli telefoniczną ciszę. - Jeśli idę ze szwagrem zagrać w „kometkę”, o sok czy lampkę wina, to też chcę wygrać – śmieje się Smyła. – Obaj będziemy walczyć w sobotę o 3 punkty. Wigry ich bardzo potrzebują, a my nie po to jedziemy tyle kilometrów, by wracać do domów w minorowych nastrojach. Rywale w tych meczach, w których nie punktowali, grali dobrze. Niedawno wzmocnili się, są chwaleni za swoją postawę i z pewnością nie zajmują miejsca adekwatnego do potencjału, dlatego to musi nas dyscyplinować. Nie ma mowy o żadnym rozluźnieniu. Odry dziś na to nie stać.

 

Fot. Rafal Rusek / źródło: Pressfocus

Z tej samej kategorii