Górale w Łęcznej, czyli stare rany wciąż bolą

Gornik Leczna - Podbeskidzie Bielsko Biala
 fot. Wojciech Szubartowski  /  źródło: Pressfocus

Szesnaście miesięcy temu po klęsce w Łęcznej Podbeskidzie spadło z ekstraklasy. Zespół, z którym bielszczanie zagrają jutro, prowadził wówczas... Andrzej Rybarski, dziś dyrektor sportowy klubu spod Klimczoka.

W maju 2016 roku Podbeskidzie z hukiem spadło z ekstraklasy. Po porażce aż 1:5 w... Łęcznej, do której piłkarze Adama Noconia wybierają się już dziś. To będzie pierwsza wizyta „górali” na Lubelszczyźnie od tamtej, niezwykle smutnej eskapady. Była przedostatnia kolejka rozgrywek grupy spadkowej, której rywalizację bielszczanie rozpoczęli przecież na pierwszym miejscu, ale niespełna miesiąc później znaleźli się w strefie spadkowej i – jako pierwsza z drużyn – zaliczyli bolesną degradację.

 

Nie tak miało być
Przypomnijmy kontekst. Po ostatnim meczu fazy zasadniczej, bielszczanie pokonali w nim Termalikę, drużyna zajmowała ósme miejsce w tabeli, co oznaczało grupę mistrzowską dla „górali”. Bielszczanie mieli 38 punktów. Tyle samo, co chorzowski Ruch. Mało tego, zespół spod Klimczoka miał identyczny bilans bezpośrednich starć i bramek z „Niebieskimi”. Decydował w takiej sytuacji ranking fair play, w którym lepsi byli piłkarze prowadzeni wówczas przez Roberta Podolińskiego. Jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji w ostatniej serii gier Trybunał Arbitrażowy PKOl. wstrzymał karę jednego ujemnego punktu dla Lechii Gdańsk, co oznaczało, że „biało-zieloni” mieli na swoim koncie 39 „oczek” i zajmowali siódme miejsce. Ale ostateczną decyzję w tej sprawie miał podjąć dopiero w środę (mecze rozegrano w sobotę i niedzielę). W poniedziałek Lechia postanowiła jednak... wycofać skargę, co oznaczało, że wszystkie zainteresowane zespoły miały po 38 punktów. W tej sytuacji decydowała mała tabelka między trzema drużynami. W niej najsłabsi byli „górale”...

 

Piętnować na każdym kroku, ale...
Wycofanie skargi przez Lechię odbiło się szerokim echem. Pod Klimczokiem zawrzało. Już po zakończeniu rozgrywek prezydent Bielska-Białej, Jacek Krywult, wdał się w polemikę z prezesem PZPN-u, Zbigniewem Bońkiem. Sprawą zajęła się nawet komisja sejmowa, ale nic z tego nie wynikło. Wszystko działo się już po meczu w Łęcznej, a wcześniej wszyscy sugerowali nieczysty układ, jaki zawiązano przeciwko Podbeskidziu. Owszem, jeżeli tak było, to należy to jednoznacznie piętnować i przypominać o tym na każdym kroku. Niemniej jednak zespół miał wcześniej wszystko w swoich rękach. Zanim doszło do przygnębiającego meczu w Łęcznej, Podbeskidzie rozegrało pięć spotkań. Żadnego nie wygrało, tylko jedno – szczęśliwie, z Koroną Kielce – zremisowało. Po wszystkim okazało się, że aby utrzymać się w ekstraklasie musieli „górale” zdobyć tylko pięć punktów w siedmiu meczach. Takie zadanie przerosło możliwości zespołu.

 

Widok niezbyt miły
Z „górali” ewidentnie zeszło powietrze. A w oczach Roberta Podolińskiego było widać częściej przerażenie. Ani zawodnicy, ani sztab szkoleniowy nie mógł sobie poradzić w zaistniałej sytuacji. Przed meczem w Łęcznej sytuacja była krytyczna. Porażka z Górnikiem oznaczała spadek Podbeskidzia z ekstraklasy. Katastrofa zaczęła się przed przerwą, a po niej Górnik znokautował rywala. Z ciekawszych rzeczy należy przypomnieć, że swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie strzelił w tamtym meczu Adam Deja. Trener Podoliński, poproszony o komentarz do meczu, zamilkł na chwilę, a później powiedział. - To chyba tyle, dziękuję. Później powiedział jednak kilka zdań. - Po stracie pierwszej bramki otworzyliśmy się. Górnik wykorzystał wszystko, co miał. Mieliśmy ogromny problem z utrzymaniem piłki z przodu. Nie kreowaliśmy sytuacji. W defensywie popełniliśmy błędy. Chciałbym podziękować kibicom, że za nami jeździli. I przeprosić ich za to, że zawiedliśmy. Tak na to trzeba spojrzeć, jeszcze dwa i pół tygodnia temu nikt nie wyobrażał sobie, że znajdziemy się w takim miejscu. Całą przyjemność pracy w Podbeskidziu czerpałem z szatni. Podbeskidzie to był zespół, który nie był wybitny, ale bardzo charakterny. Dostał w tym sezonie wiele ciosów i za każdym razem potrafił się podnieść. Za wyjątkiem tego ostatniego. Widok dorosłych facetów w szatni nie jest teraz niczym miłym – mówił Robert Podoliński, który poprowadził zespół raz jeszcze, na koniec sezonu przeciwko Wiśle Kraków u siebie.

 

Znów na dole tabeli
Jutro w Łęcznej, chociaż od tamtego meczu minęło zaledwie 16 miesięcy, na boisku pojawi się zupełnie inny bielski zespół. Obecnie w zespole „górali” jest tylko jeden uczestnik spotkania z maja 2016 roku. To Bartosz Jaroch, który wszedł na boisko w 88 minucie, a teraz jest raczej zmiennikiem. Damian Chmiel, który zagrał wówczas cały mecz, wciąż się leczy i wielce prawdopodobne, że w tym roku kibice nie zobaczą go na placu gry. Nieco mniej zmienił się zespół Górnika, w którym wciąż znajdują się: Sergiusz Prusak, Paweł Sasin, Łukasz Mierzejewski, Grzegorz Bonin, Maciej Szmatiuk i Przemysław Pitry. - Nie wiem, czy to był nasz najlepszy mecz. Wiem, że zespół zapracował na zwycięstwo. Strzeliliśmy pięć bramek i nadaj jesteśmy w grze. Wszystko jest w naszych nogach. Mecz z Podbeskidziem dodał nam wiary w to, że zmierzamy w dobrym kierunku – powiedział po spotkaniu ówczesny trener Górnika Łęczna, [Andrzej Rybarski]. Dziś jest on dyrektorem sportowym w Podbeskidziu, a więc w pewnym sensie historia zatoczyła koło. A dodatkowo nie zmieniło się to, że oba zespoły znajdują się dziś na dole ligowej tabeli.

 

Z tej samej kategorii