„Kuchcik” się doczekał

Mateusz Kuchta
 fot. Mirosław Szozda  /  źródło: SPORT

Dopiero w końcówce rundy jesiennej Mateusz Kuchta wywalczył miejsce w bramce Odry Opole.

Za mną ciężki czas. W sobotę, czyli dni meczu z GKS-em Tychy, minął dokładnie 1 rok, 1 miesiąc i 1 dzień od mojego ostatniego występu, jeszcze przed kontuzją. Fajna symbolika – mówi Mateusz Kuchta. 21-letni bramkarz zanotował świetne wejście do składu Odry. W starciu z tyszanami zachował czyste konto, wydatnie pomagając drużynie w odniesieniu cennej wygranej (1:0). Na debiut w opolskich barwach czekał bardzo długo, bo aż do 16 kolejki.

 

Podrażniona ambicja
Dla Kuchty wielką szansą miał być spadek Górnika Zabrze z ekstraklasy. Od dawna uchodził w klubie z Roosevelta za takie „złote dziecko”, ale nigdy nie było mu tam dane zaistnieć. Zmienić miało się to w ubiegłym sezonie, dla zabrzan – I-ligowym. 21-letni dziś golkiper zaczął go w wyjściowym składzie, ale wytrwał w nim jedynie przez pięć kolejek. Potem przyszła ławka rezerwowych, kontuzja i operacja łękotki, kilka miesięcy pauzy, występy w III-ligowych rezerwach – aż wreszcie, w lipcu, wypożyczenie do Odry.
- Trafiłem do Opola dość późno, nie przepracowałem całego okresu przygotowawczego i wiedziałem, że czeka mnie rywalizacja. „Tobi” zaczął sezon, bardzo dobrze bronił, wykorzystał swoją szansę. Moja ambicja była podrażniona tylko przed pierwszą kolejką, gdy dowiedziałem się, że nie wyjdę w podstawowym składzie. Potem nie miałem już do kogo kierować pretensji, widząc, jak spisuje się zespół. Pozostało mi tylko pracować jak najmocniej. Wiedziałem, że prędzej czy później dostanę szansę i wtedy będę musiał ją wykorzystać. Myślę, że tak właśnie się stało – przekonuje „Kuchcik”, który przy Oleskiej jest jednym z przedstawicieli licznego grona Ślązaków. Na treningi dojeżdża codziennie z Katowic.

 

Pokazał klasę
Numerem 1 między słupkami długo był Tobiasz Weinzettel. Rówieśnik Kuchty zbierał pochlebne recenzje, popisywał się świetnymi interwencjami. Ostatni mecz wyjazdowy, w Chorzowie, mu jednak nie wyszedł. Odra przegrała 1:3, a on popełnił błąd przy trzeciej straconej bramce, gdy dał się przelobować Bartoszowi Nowakowi. Sztab szkoleniowy uznał, że to pora, by dać mu odpocząć.
- Mateusz udowodnił, że jest zawodnikiem nieprzypadkowym – mówi trener Mirosław Smyła. – Mamy fajnych bramkarzy, rywalizacja na pewno pomaga im w rozwoju. Szkoda tylko, że nie są… rok młodsi, bo byliby świetnymi młodzieżowcami. Nie wszystko jednak można mieć. Cieszymy się, że Mateusz pokazał klasę. W odpowiednim momencie wszedł do bramki i nie zawiódł. Cieszę się, że mamy kogoś takiego jak trener bramkarzy Adam Kania. To perfekcjonista, bardzo pracowity i sumienny człowiek. Analizuje każdy szczegół, wiele razy indywidualnie rozmawia z chłopakami, przygotowuje dla nich wideo, omawia statystyki. Zmiana w bramce była naszą wspólną decyzją. Trafiliśmy z nią, Mateusz dał trochę odpocząć koledze, którzy dotąd bronił wszystko. A jego interwencja po strzale Seweryna Gancarczyka bezpośrednio z rożnego? Czapki z głów! – dodaje szkoleniowiec Odry.

 

 

Z tej samej kategorii