Wojciech Cygan: Gubiąc perspektywę...

GKS Katowice - wreczenie nagrod Kinoteatr Rialto
 fot. Przemek Charatynowicz  /  źródło: Pressfocus

U nas, na lokalnym podwórku, wciąż rządzą emocje, zniecierpliwienie i rozgoryczenie: „Znów się nie udało”... Właśnie tak spoglądają na klub kibice z „Blaszoka” czy sektora czwartego - były już prezes klubu z Bukowej sumuje swe rządy w pierwszej części obszernego wywiadu.

Dariusz LEŚNIKOWSKI: Minął miesiąc od złożenia przez pana dymisji z funkcji prezesa GKS-u po meczu w Sosnowcu. W zasadzie przez ten czas nie odniósł się pan do niej w szerszy sposób. Nie była przypadkiem zbyt emocjonalna?
Wojciech CYGAN: - Nie. Ta decyzja dojrzewała przez dłuższy czas. Patrzyłem nie tylko na wyniki piłkarskie, ale też na mój poziom zmęczenia czy znużenia funkcjonowaniem w klubie na co dzień. I przeświadczenia, że może warto dać szansę komuś innemu. Spędziłem w klubie przeszło 7 lat. To naprawdę szmat czasu. Proszę spojrzeć na średnią długość pracy prezesów innych klubów piłkarskich. Powoli stawałem się nestorem…

Pytam o poziom emocji, bo potrafił pan zwolnić trenera Góraka - podobno - w 80 minucie meczu w Bełchatowie, a trenera Skowronka - w trzy minuty po zakończeniu spotkania z Zagłębiem Lubin. Może więc i w Sosnowcu zadziałał pan pod wpływem impulsu?
Wojciech CYGAN: - Mecz w Sosnowcu oglądałem w towarzystwie prezesa Zagłębia, Marcina Jaroszewskiego. Można go spytać: ostateczna decyzja zapadała w trakcie gry i to wcale nie jest tak, że rozmiary porażki miały znaczenie. Sam mecz był oczywiście kroplą, która przelała czarę goryczy, ale czynników skłaniających mnie do rezygnacji było więcej.

Rozczarowanie ludźmi?
Wojciech CYGAN: - W ostatnim czasie wiele osób nie tylko w GKS-ie, ale i wokół GKS-u, zachowywało się w sposób, który tylko utwierdzał mnie w przekonaniu o konieczności podjęcia takiej decyzji. Nie mówię wyłącznie o piłkarzach, choć z pewnością grali poniżej oczekiwań i stworzonych im warunków.

No to o kim pan mówi? Kibicach?
Wojciech CYGAN: - Też. I nie chodzi o różnego rodzaju komentarze internetowe, bo niewiele ich czytałem. Mówię także o tym, co się działo na trybunach - o frekwencji, którą za chwilę być może wyrażać będziemy w setkach, a nie tysiącach. To znak, że i kibicom potrzebny jest nowy impuls.

Kibice mają krótką pamięć? Przecież 5-6 lat temu GieKSy mogło zabraknąć w ogóle na mapie Polski...
Wojciech CYGAN: - Owszem. W ostatnich latach przynajmniej dwa razy było takie zagrożenie, związane z procesem licencyjnym. Parę dni temu, przy okazji meczu z Czarnogórą, spotkałem w Warszawie jednego z ludzi zajmujących się licencjami z czasów, gdy przychodziło nam zmagać się z tym procesem. Do dziś te nasze starania, sposób argumentacji, i ostateczne wyjście na prostą - ukłon oczywiście w stronę miasta za pomoc, i w stronę tych osób, które namawiały miasto na wsparcie klubu - są postrzegane w tejże komisji niemal jako wzorcowe. Część tych kibiców, którzy dziś siedzą na przykład na sektorze czwartym i złorzeczą wszystkim wokół, narzekając na wyniki, w tamtych latach być może nie interesowała się tymi sprawami, a może traktowała licencję jako rzecz oczywistą: „ma być i już”. A naprawdę byliśmy blisko upadku. Zresztą ja generalnie się nie zgadzam z patrzeniem na dzieje najnowsze GieKSy wyłącznie przez pryzmat dwóch ostatnich sezonów i ocenianie ich tylko na podstawie faktu, że piłkarzom nie udało się awansować do ekstraklasy. Choć, oczywiście, sportowo to był potężny cios - do teraz wielu ludzi w Polsce nie może zrozumieć, jak do tego doszło; przecież wielu już „witało” drużynę Jerzego Brzęczka w ekstraklasie… Nie osiągnęliśmy jej na własne życzenie.

Co pan przez to rozumie?
Wojciech CYGAN: - Pewnie przyczyn było kilka. Zabrakło nam wyrachowania, wykorzystania słabości rywali – takie mecze jak z Chojniczanką czy ze Stomilem po prostu musieliśmy wygrać. Na pewno nie ustrzegliśmy się błędów w zimowym oknie transferowym. Wzięliśmy w jego trakcie za dużo zawodników i nie skorzystaliśmy potem z ich potencjału. Owszem, Kamil Jóźwiak pomógł nam w kilku meczach. Być może jednak gdybyśmy z pozostałych transferów „ulepili” jeden-dwa - w postaci na przykład megamocnego piłkarza do środka pola – byłaby większa szansa zrealizować cel.

Sprowadza pan końcowe niepowodzenie do spraw czysto sportowych...
Wojciech CYGAN: - Nie chcę sprowadzać odpowiedzi na tak ważne pytanie do szczęścia lub jego braku. Odrzucam też wszelkie koncepcje wiążące się z kwestiami pozaboiskowymi, niesportowymi. Nawet posprawdzaliśmy pewne hipotezy i te podejrzenia nie zostały potwierdzone. Nie zgadzam się też z tymi głosami, że komuś nie zależało lub się nie starał. Nie wierzę, że w szatni był piłkarz, który nie chciał zarobić premii za awans i zagrać w ekstraklasie, bo było dla wszystkich jasne, że zdecydowana większość zawodników na pewno by dalej w GieKSie grała. Ta przegrana szansa na awans to coś, co tkwi z tyłu głowy kibiców, działaczy i samych zawodników. I niewątpliwie wpłynęło na początek obecnego sezonu w wykonaniu zespołu. Ja sam do teraz czasami jeszcze mam przed oczami ostatni strzał w meczu z Kluczborkiem i tę „piłkę z Turbokozaka”, lądującą w naszej siatce po uderzeniu ze środka boiska.

A może - to moja osobista wątpliwość - rzuceniu wszystkich sił na awans piłkarzy przeszkodziła idea klubu wielosekcyjnego?
Wojciech CYGAN: - Nie. Działalność siatkarzy czy hokeistów nie miała żadnego przełożenia na piłkarzy. Wiem, że wiele osób sceptycznie do tej wielosekcyjności podchodziło. Ale ci, którzy są dziś uczestnikami GieKSiarskich wydarzeń w „małym Spodku” czy „wielkim Spodku”, mocno sobie ten pomysł chwalą. Swoją drogą - to też jest pewna „prawda tych czasów” - GKS dziś postrzegany jest dużo lepiej gdzieś w Polsce, niż w samych Katowicach! U nas, na lokalnym podwórku, wciąż rządzą emocje, zniecierpliwienie i rozgoryczenie: „Znów się nie udało”... Właśnie tak - chwilami „gubiąc perspektywę” - spoglądają na klub kibice z „Blaszoka” czy sektora czwartego. Są za blisko, widzą 11 piłkarzy na boisku, a nie widzą całości klubu. Tymczasem „na zewnątrz”, czyli w innych regionach, ludzie sportu postrzegają GieKSę jako klub nieźle zarządzany, z ambicjami sportowymi. Siatkarze, hokeiści i szachiści w krajowej elicie, piłkarki nożne na dobrej drodze do ekstraklasy, piłkarze, którym w ostatnim sezonie niewiele do awansu zabrakło. Na szybko trudno mi znaleźć inny klub z tak szeroką obecnością w krajowej czołówce.

I tak jednak postrzegany będzie głównie przez pryzmat piłkarzy.
Wojciech CYGAN: - To prawda. Gdyby sprowadzić funkcjonowanie GKS-u tylko do siatkówki, pewnie zarząd mógłby sprawować władzę nieprzerwanie przez 25 lat! Fani piłkarscy są jednak zupełnie inni. A slogan: „Nie musicie wygrać, pokażcie jednak walkę” można między bajki włożyć. Dla kibiców futbolowych liczą się tylko zwycięstwa i osiągnięcie upragnionego awansu, czasami nawet wbrew możliwościom klubu czy nawet zdrowemu rozsądkowi, jak to miało miejsce w czasach, gdy egzystencja GKS-u była poważnie zagrożona. Dlatego funkcjonowanie w piłce nożnej jest psychicznie dużo bardziej obciążające.

Gdyby dziś znalazł się pan w sytuacji doradcy, mającego doradzić władzom miasta przeznaczenie dużych pieniędzy na futbol, zasugerowałby pan takie rozwiązanie?
Wojciech CYGAN: - Pieniądze wydawane na GKS - pomijając te, które poszły na spłatę zadłużenia - to, moim zdaniem, dobra inwestycja. Oczywiście dla spółki sportowej idealny model to własność prywatna. Ale - zwłaszcza na Śląsku - nie ma chyba klubu z ambicjami, który nie byłby wspierany środkami samorządowymi. I tylko dlatego te kluby mogą funkcjonować. A druga strona medalu - wspieranie sportu, aktywności fizycznej to takie samo zadanie gmin, jak wspieranie kultury czy prowadzenie szkół albo przedszkoli.

Ależ „państwowotwórcza” odpowiedź... A ja pytałem raczej o refleksje na temat samego środowiska piłkarskiego, na które spoglądał pan od wewnątrz przez ponad 7 lat. Warte tych milionów, wydawanych przez miasto?
Wojciech CYGAN: - Nie tylko przez miasto. Część przychodów generuje sam klub i ta wartość z roku na rok rośnie. Oczywiście znam głosy sugerujące, że w Polsce piłkarze są przepłacani, że nie dają jakości odpowiadającej ich wynagrodzeniom. Myślę, że jest to problem generalny i wcale nie dotyczy tylko piłki nożnej. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do wyniku sportowego, bo to on jest w stanie rozgrzeszyć wszelkie wydatki lub wzmocnić głosy przeciwników współfinansowania klubu ze środków miejskich. Do tego dochodzi coś tak subiektywnego jak ocena zaangażowania samych sportowców. Przez te lata poznałem wielu piłkarzy, wśród nich naprawdę zdecydowanie więcej ambitnych, fajnych ludzi niż zblazowanych „odcinaczy kuponów”… Poza tym spójrzmy na trybuny przy Bukowej w ubiegłym sezonie, do momentu owego nieszczęsnego meczu z Kluczborkiem. Gra o awans była jakimś „ożywczym powiewem” dla kibiców, dla mieszkańców miasta. Podobnym do tego, jakim dla Zabrza jest w tej chwili postawa Górnika. Pamiętajmy też, że sukces w futbolu, budowa drużyny zdolnej awansować, to nie jest działanie na próbę: „ot, sypnijmy kasą na miesiąc albo sześć i sprawdźmy, co się stanie”. Kontrakty zawodnicze są z reguły co najmniej roczne, w zasadzie nierozwiązywalne... Zatem inwestycja w futbol jest obarczona dużym ryzykiem, i to w wymiarze wieloletnim. A patentu na sukces, tajemniczej wiedzy gwarantującej zwycięstwo, nie ma w tej dziedzinie nikt. Tutaj potrzeba przede wszystkim cierpliwości i konsekwencji. I często chłodnej głowy.

 

Druga część rozmowy z Wojciechem Cyganem w poniedziałkowym wydaniu „Sportu”

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~volleyfanUżytkownik anonimowy
~volleyfan :
No photo~volleyfanUżytkownik anonimowy
"Gdyby sprowadzić funkcjonowanie GKS-u tylko do siatkówki, pewnie zarząd mógłby sprawować władzę nieprzerwanie przez 25 lat!" panie Wojtku więcej pokory i skromności. To nie pana zasługa, że siatkarski GKS tak dobrze wygląda.
16 paź 08:31 | ocena:86%
Liczba głosów:7
86%
14%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~GKS WITOSAUżytkownik anonimowy
~GKS WITOSA :
No photo~GKS WITOSAUżytkownik anonimowy
Wojtek dziękujemy za wszystko.Tylko GIEKSA.
16 paź 12:54 | ocena:100%
Liczba głosów:4
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii