Wtedy nie tylko sport rządził

Termalica Bruk Bet Nieciecza - Gornik Zabrze
 źródło: Pressfocus

Czternaście lat temu, w ostatniej konfrontacji GKS-u z Ruchem, Piotr Mandrysz prowadził... „Niebieskich”! Zresztą u progów swej zawodniczej kariery omal przy Cichej nie wylądował.

Dariusz LEŚNIKOWSKI: Przypomni pan historię z 1989 roku?
Piotr MANDRYSZ: - Ruch był właśnie świeżo upieczonym mistrzem Polski. Wszystkie szczegóły mojej przeprowadzki z ROW-u Rybnik były już dogadane, pojechałem nawet z „Niebieskimi” na zgrupowanie do COS-u w Zakopanem. I... zerwałem mięsień prosty uda. W tamtych czasach diagnoza - i rehabilitacja - nie była sprawą tak prostą jak dziś. Przez rok leczyłem ten uraz - tak naprawdę jedyny poważny w życiu! Nigdy potem propozycji gry w Ruchu już nie dostałem.

Na Cichej pojawił się pan 13 lat później - już jako trener. W nieciekawej jednak - głównie organizacyjnie - sytuacji. Decyzja była trudna?
Piotr MANDRYSZ: - Nie. Po pierwsze, bo - po dwuipółletnim pobycie poza domem, w Radomsku - znów mogłem być na co dzień z rodziną. Po drugie - co prawda w Chorzowie niedobrze działo się już wcześniej, ale ja... o tym nie wiedziałem. Myślę jednak, że gdybym znał prawdziwą sytuację panującą w klubie, nie podjąłbym się roli trenera. Niestety, została ona przez ówczesnego prezesa, pana Krystiana Rogalę, przedstawiona w zupełnie innym świetle, znacznie mijała się z rzeczywistością.

Sportowo nie było jednak tak źle. W momencie obejmowania przez pana drużyny, zajmowała ona w tabeli 11 miejsce...
Piotr MANDRYSZ: - Owszem. Ale zespół grał poniżej oczekiwań, a problemy ekonomiczne nasilały się z każdym miesiącem. Ja też odczułem je na własnej skórze, a niektóre osoby związane z Ruchem jeszcze przed moim przyjściem, do dziś procesują się z klubem o zaległe pieniądze. Efekt końcowy - nasza degradacja - był więc wypadkową zarówno tej sytuacji, jak i szeroko rozpleniającej się korupcji. W obecnych czasach zespół nie spadłby z ligi. Ale wtedy nie tylko sport rządził. Wyszło to na jaw po latach, choć ja już wtedy mówiłem o tym głośno. Wówczas traktowano to jednak wyłącznie jako próbę moich tłumaczeń....

Może gdyby Mariusz Śrutwa grał z wami całą wiosnę - a nie tylko jej końcówkę - Ruch utrzymałby się w ekstraklasie?
Piotr MANDRYSZ: - Nie w tych okolicznościach. Z nim czy bez niego - i tak skończyłoby się identycznie. Bo my nie spadliśmy sportowo - powtórzę. Chciałem przypomnieć, że potrafiliśmy na boisku ograć Legię: 1:0 przy Cichej po bramce Bartka Jamroza...

… Legii tak w ogóle zabraliście wtedy puchary, remisując w przedostatniej kolejce przy Łazienkowskiej 3:3!
Piotr MANDRYSZ: - Ale wtedy tylko wygrana dawała nam utrzymanie. To był więc pyrrusowy remis: Legię wyrzucił z pucharów, nas spuścił z ligi. Wracając zaś do Mariusza: warto wyjaśnić po latach jedną sprawę. U Oresta Lenczyka - mojego poprzednika - był grającym asystentem, podobnie jak Marek Wleciałowski. Marek objął te obowiązki również u mojego boku, Mariusz z nich zrezygnował. Ja z kolei dostałem sygnał od kierownictwa klubu, że jego umowa z Ruchem po rundzie jesiennej nie zostanie przedłużona. Tak się stało, choć sam Mariusz zadeklarował gotowość gry dla „Niebieskich” za najniższą krajową. Nie było jednak zgody „góry”, więc trenował z Rozwojem Katowice. Gdy jednak wiosną sytuacja w tabeli zrobiła się podbramkowa, „przeproszono” się z nim. I wniósł trochę do zespołu; zdobył gola, po jednym z meczów - z niesłuszną dla nas czerwoną kartką - rozwalił drzwi szatni. Zawsze był charakterną osobą.

Ostatecznie Ruch z ligi spadł, pan się z Cichą pożegnał. Gdybyście się utrzymali, zostałby pan na dłużej?
Piotr MANDRYSZ: - Nie. Bardzo źle się pracuje w klubie, który nie płaci. Odszedłbym więc tak czy siak, choć w nieco przyjemniejszych okolicznościach. Ale Chorzów wspominam bardzo miło. Wspaniale mi się pracowało z Ryśkiem Kołodziejczykiem - do dziś trenerem bramkarzy; z panią Renią dbającą o sprzęt, z Paulkiem odpowiadającym za murawę.

Parę lat później - w jednym z wywiadów - mówił pan o sześciomiesięcznych poborach, któremu klub wciąż panu zalega. Udało się odzyskać należne pieniądze?
Piotr MANDRYSZ: - Tak. Moja sprawa została dość szybko zamknięta przez pana Mariusza Klimka, który wykazywał daleko idącą chęć wywiązania się z tych zobowiązań. A ja wykazałem daleko idącą uległość, rezygnując z wszystkich odsetek.

Pamięta pan jeszcze mecz GKS - Ruch z 2003 roku, kiedy siedział pan na Bukowej na trenerskiej ławce „Niebieskich”?
Piotr MANDRYSZ: - Pamiętam. Przegraliśmy 0:1 po bramce Jacka Kowalczyka, który - oddając strzał - podniósł nogę na wysokość głowy tak niskiego (192 cm - dop. red.) zawodnika, jak Jacek Matyja... Tamten mecz sędziował wówczas Zbigniew Marczyk, tylko „przypadkowo” później skazany w aferze korupcyjnej.

 

Z tej samej kategorii